Mad Men: Być mądrym

Miesiąc temu skończył się w Ameryce Mad Men. Czas tego serialu skończył się, zanim skończył się sam serial. Z tego powodu nie płakałem za serialem. Ale popłaczmy za tym czasem.

[more]

Mam wrażenie, że skończyła się jakaś epoka, i to nie tylko „epoka lat 60.” (figura, którą serial wziął dość dosłownie, mieszcząc wydarzenia siedmiu sezonów niemal równo na przestrzeni kalendarzowej dekady). Oczywiście mam na myśli pewną epokę w telewizji – a ponieważ seriale nadal są dominującym światem sztuki (mam nadzieję, że pałeczki nie przejęły jeszcze oficjalnie obrazki z krótkimi podpisami? Wybaczcie, „memy”), to również świadczy to o końcu pewnej epoki w kulturze Zachodu. Oj, tak. Nie zauważyliście? Minęła. Mad Men zaczynał wśród niemałego aplauzu publiki, krytyki i branży, ale w przeciwieństwie do Breaking Bad tej samej stacji, nie kończył wcale jako wiralny fenomen. Nie doczekacie się plusików na forach internetowych, parafrazując cytaty z niego. Przez ostatnie parę lat, obecność serialu w mediach sprowadzała się właściwie do „a tak, Mad Men nadal leci, jest w miarę spoko”. Nagrody wyczerpały się w okolicach lat 2010-12 – serial, który rekordowo dostał czterokrotnie z rzędu Emmy za najlepszy dramat, nie został potem już nagrodzony w żadnej kategorii. Chociaż pewna grupa fanów pozostała pod wrażeniem do końca, w kulturze popularnej dzieło Matthew Weinera weszło właściwie w rolę pewnej ramoty, klasyka z innych czasów, „wyniosłego i przewidywalnego„, „trwającego za długo”, który nikogo już nie rusza. Duch Breaking Bad zaś żyje, nie tylko poprzez niezły spinoff Better Caul Saul, ale przede wszystkim przez liczne grono naśladowców, zachwycających i inspirujących tłumy prostych, brutalnych, mrocznych, pozbawionych porządku widowisk z zacięciem do „filmowej” spektakularności obrazu, jak Detektyw, Hannibal czy House of Cards. To one teraz rządzą w świecie seriali, a AMC samo zaczyna wyglądać archaicznie ze swoim statusem „telewizji”, gdy władcą rynku staje się Netflix i inni (jak uruchomione w kwietniu HBO Now), którzy się zaadoptują do świata internetu i „binge watchingu” (obżerania się serialami, oglądając wszystkie odcinki pod rząd). Paradoksalnie, wielu krytyków uważa, że nawet Gra o Tron bez dzieł AMC by po prostu nie powstała – nie, żeby pod względem twórczym kiczowata adaptacja słynnych książek musiała czerpać z osiągnięć Mad Men, ale według zasady konkurencji rynkowej, to wielkie powodzenie serialu Matthew Weinera i ogłoszenie w mediach nowego etapu „złotej epoki seriali” sprawiło, że zebranie ogromnych funduszy na jakże odmienną Grę o Tron stało się możliwe – bo konieczne. Na ironię, Mad Men chyba sam własnym sukcesem zamknął sobie drzwi, które właśnie zamyka za sobą, wychodząc ostatni z pokoju.

Zawsze gdy mam zabrać się za pisanie, po prostu patrzę na ten obrazek i to prawie jakbym faktycznie pracował

Złota epoka seriali, która ruszyła wraz z pierwszą dużą produkcją HBO, dobiegła końca – i, tak jak to było z kulturą lat 60., masy nie płakały, bo już wcześniej się nią znudziły. Skończyła się epoka „telewizji premium”, dająca medium filmowemu okazję do powieściowej skali. Zaczęła się epoka… internetu (ale także, na szczęście, wielkich plazm w salonach, o czym jednak innym razem). Jak to bywa z internetem, dało to szansę na start wielu ciekawych „małych” projektów, ale i zmusiło do spłycenia twórczość wysokiego sortu. Żegnaj, pisarzu – witaj, obrazku. Pożegnajmy subtelność, powitajmy krzykliwość. Do widzenia osobista, artystyczna, kontrowersyjna wypowiedzi – dzień dobry, sztuko 2.0, dopasowywana na bieżąco do oczekiwań większości widzów. Pocałujmy ostatni raz głęboki namysł, przytulmy na przywitanie postmodernistyczną anarchię wizji. Nara, jakość – siemano, ilość. Powitajmy seriale niezłe, jak Amerykanie czy Orange is New Black. Pożegnajmy seriale wielkie, jak Mad Men.

Najgorsze w całym absurdalnym wątku Ginsberga było to, że wszystko miało dla mnie sens

Moje zainteresowanie kinem i krytyką filmową miało podobny terminarz, jak kariera Mad Men: mniej więcej właśnie w roku 2007 zacząłem maniakalnie oglądać filmy i seriale, a także o nich czytać i pisać w równie obsesyjnej ilości, codziennie odkrywając coś fascynującego i zmieniającego życie, niczym małe dziecko poznające świat. Były pewne sukcesy, wygrane konkursy… Z czasem jednak stało się jednak jasne, że wydawcy, jeśli czegokolwiek obecnie pragną, to nie tego, wszystko to zbyt „wyniosłe i przewidywalne”, a to obecnie najgorsze cechy (za moment dosadnego i ostatecznego obwieszczenia mi przez branżę, że nie mam w niej czego szukać, uznać można ten, gdy jury Mętraka postawiło moje eseje niżej niż średnio wnikliwy tekst o fryzurach Nicolasa Cage’a – który nawet szanuję, nie zrozumcie mnie źle, po prostu… po prostu to coś znaczy, że moje teksty były według mędrców polskiej krytyki filmowej słabsze). Ostatnie lata zaś i tu i tu szły nieco z rozpędu, na autopilocie. Chociaż podobały mi się ostatnie sezony Mad Men, to przyznam, że piąty pozostał kulminacyjnym, robiącym największe wrażenie punktem. Sprawę pogorszyła też niska częstotliwość – przez ostatnie dwa lata dostaliśmy tylko po 7 odcinków rocznie, dodatkowo obniżając zainteresowanie. Stało się jasne, że pora ze sceny zejść, może zająć się czymś innym. I czemu nie? Zacząć na nowo – to proste, pociągające i opłacalne. Producenci pończoch mogą przecież po prostu zmienić nazwę i opakowanie na modne i wracają do walki o rynek. Człowiek chyba też może? Tak przynajmniej chcą wierzyć bohaterowie Mad Men, aż do ostatniego odcinka. Nigdy do końca takiego udanego „nowego startu” nie zobaczyliśmy. To oczywiście zamierzone, taki jest morał tej historii. A jednak osoby krytykujące serial miały prawo się tym morałem znudzić. Powiedzieć: starczy mi to. Chciałbym w końcu zobaczyć, ŻE wymyślą się na nowo Don, Joan, Peggy, Betty itp. Już wiem, że ciągle wpadają w te same schematy. Rozumiem, że nawet cholerna czołówka serialu ciągle mi go tłumaczy: facet puszcza się w dół i spada jak szalony, żeby tylko wylądować znowu na wygodnej kanapie. Ale niechże coś się ZDARZY z tymi ludźmi. Niech faktycznie zrobią COŚ NOWEGO. Mad Men nigdy na serio tego nie zrealizował. Różnorako rozumiane jest jego zakończenie, i można w nim widzieć także wiarę w pewien nowy styl życia (w końcu lata 70. często traktuje się jak synonim do „new age”!), ale, po ośmiu latach dominującego sceptycyzmu, jakoś trudno uwierzyć w taką interpretację.

Owszem, być może Don znajdzie nowe nadzieje, nowe emocje i pożądania do wydestylowania celem sprzedaży w swoich reklamach i w swoim życiu. Czy jednak może spełnić je we własnym życiu? No właśnie, odpowiedź naprawdę jest „wyniosła i przewidywalna”. Nie. W tym serialu zobaczliśmy i usłyszeliśmy sto razy, że to niemożliwe, a finalny odcinek aż do ostatnich scen z lubością rujnował wszelkie złudzenia, czasem nawet takie zbudowane ledwie kilka minut wcześniej. Pytanie staje się zabawne. Czy je spełni? Ha ha.

Niby ubiór nie czyni człowieka, ale powiedzmy wprost, wy nie wyglądacie tak zajebiście obierając ziemniaki w dresiku

Dlaczego poświęcam tyle czasu temu pytaniu o możliwość rebrandingu własnej osoby, uważając je za kluczowe dla tragedii ludzkiej? Nie tylko ze względu na to, jak nieuniknione pozostają zmiany na świecie i ich wpływ na życie każdego z nas. Pytanie o nowy start to w Mad Men rodzaj rytuału, w którym wyodrębniają się charaktery postaci. Chciałbym zwrócić tu uwagę na dwie spośród najbardziej atrakcyjnych postaci w przedstawionym światku elit: Dona Drapera i Joan Holloway. Don – co jest często naginane, ale nigdy nie zostaje złamane – jawi się nieco jako postać bondowska, supersamiec: bywa miły, bywa niemiły, bywa ładny lub brzydki, inteligentny lub prosty, ale jego podstawową cechą jest to, że SOBIE RADZI. Po takiej Peggy zawsze widać, że pochodzi z rodziny niezamożnej, nie skończyła studiów. Jest bystra, ale nie jest… mądra. Po Donie tego nie widać. Wiemy, że to, co on wie, wiedziała – bo on to ROBI. Choć pochodzi z biednej rodziny, rozumie ludzi, rozumie sztukę i media, a ponadto ma sporo umiejętności nie tylko związanych z tworzeniem reklam: umie się ubrać, zrobić drinka, naprawić kran czy samochód, i tak dalej. Jest mądry. Na pierwszy rzut oka, rozumie właściwie wszystko, co w życiu rozumieć należy, choć trudno powiedzieć, skąd. To na tyle nierealny ideał, że Don szybko wrósł w rolę symbolu mądrości, zaradności, postępowania właściwie (co akurat nie było trudne, bo bohaterzy filmowi często mają wpisaną taką rolę). Twórcy serialu nieraz próbowali dać mu nieco bardziej „ludzką”, wrażliwą stronę, ale zazwyczaj wypadało to płasko lub wręcz – co w Mad Men rzadkie – słabo (jak wyklinane przez widzów retrospekcje z jego przeszłości). Wizja sytuacji, z którą Don sobie nie poradzi w ten czy inny sposób, właściwie zawsze tylko majaczy na horyzoncie, niepokojąca w swoim istnieniu bez wyobrażalnych kształtów, niczym potwór w pierwszej połowie horroru. Gdy nadchodziły naprawdę dramatyczne momenty, stawało się jasne, że tego faceta wykończyć może głównie on sam – żadna ze stu kobiet w jego łóżku ani żadne trudne zlecenie w pracy. Prawdziwe kryzysy powodują dopiero jego własne (w ostatnich sezonach dość częste) napady głupoty, gdy nagle zaprzecza całej swojej wykreowanej personie i staje się rzeczywiście bardzo „ludzką” postacią: impulsywną, kierowaną emocjonalnymi pragnieniami i trudną do zaleczenia samotnością. Słabą, potrzebującą, pozbawioną kontroli nad wydarzeniami – a przez to żałosną. Dokładnym przeciwieństwem tego, co znaczy „Don Draper”.

Od początku do końca, Mad Men robił wrażenie tym, jak ładnie potrafił ukazać przepaść pomiędzy zewnętrznym a wewnętrznym życiem człowieka, pomiędzy przebraniem, w które wchodzimy, by podobać się innym, a własnymi uczuciami – przepaść, z której skok jest zabójczy.

Tak wygląda Don w trybie nie-Dona

Człowiek żyje przede wszystkim społecznie. Może tysiące lat temu było inaczej, nie wiem, ale dziś – na pewno jakieś 99,9% naszego życia wynika z tego, co o nas myślą inni ludzie i co nam dadzą. Z tego względu, tytułowa „mądrość”, faktyczna mądrość życiowa, na której chciałbym się skupić, dotyczy przede wszystkim życia społecznego. Robić dobrze – znaczy: umieć się zachować wobec ludzi. Jak? Tak, by być lubianym, cenionym itp. Mad Men bardzo często przeciwstawiał Dona i Joan szeregowi postaci, które mądre nie są, nie umieją się zachować, nie robią wrażenia. Jak doskonale wiemy z… samego Mad Men, media popularne są stworzone do sprzedawania produktów, więc naturalnie mówią nam wiele o tym, jak być szczęśliwym (rozbudzają potrzebę, którą reklama w przerwie obiecuje zaspokoić). Sam Mad Men – i to syndrom tej minionej właśnie epoki „telewizji premium” – w ogóle nie jest tym zainteresowany, to najgorszy poradnik bycia szczęśliwym, jaki można sobie wyobrazić. Ale… serial można potraktować jako całkiem niezły poradnik tego, jak być mądrym. Jak być skutecznym. Nieco podobnie jak znienawidzony przez mnie byt szkoleń motywacyjnych, Mad Men często używa (choć edukacyjnie, nie agitacyjnie) kontrastu mądrej i głupiej drogi. Oto któryś z pracowników agencji (choćby jakże pierdołowaty Pete Campbell) nie może znaleźć porozumienia z klientem. Jego teksty „nie wchodzą”. Później spotyka się z tym samym klientem Don. I mówi właściwie to samo, w sensie zawartości, ale… milej. Ładniej. Mniej potrzebująco. Bardziej pociągająco. Klient jest przekonany. Pracownik, widząc to, dyszy wściekły: czemu Donowi się to wiecznie udaje? Tylko dlatego, że jest fajny? Jeden wyjątkowo śmieszny typek w siódmym sezonie krzyczy wprost, oburzony, na granicy płaczu: „ty po prostu jesteś przystojny”! Odpowiedź serialu, tak jak naszego świata, jest prosta: tak. Tak, on ma fory, bo jest fajny. Nie zmienisz tego w świecie. Chcesz też mieć fory – też bądź fajny. Te wszystkie małe rzeczy, które decydują o jego sukcesie? Warto je robić. To niesprawiedliwe. Przyznanie, że to niesprawiedliwe, nie zmienia kompletnie faktu, że tak to działa. Gdyby może wyjąć te powracające napady głupoty Dona, gdy maska spada, Mad Men naprawdę można by uznać za najlepsze szkolenie zdobywania wpływu na ludzi i robienia kariery. Serial prawdopodobnie w tej kreacji popadłby w śmieszność (znaną z wielu innych „zbyt długich” serialu), gdyby nie ten jeden, „mały” zabieg przypominania nam na przykładzie kryzysów Dona często – z biegem sezonów coraz częściej – że wszelkie koncepci „drogi życia” są tylko nieosiągnalnym ideałem, bo ludzie w praktyce mają nadal swoje słabości i potrzeby, których nie mogą tak naprawdę porzucić po prostu sobie tak postanawiając. JEDNAK – bez idealizowania jej, serial nie ukrywa, że ta „droga” ma niewątpliwe zalety. Don to postać udręczona, jasne, ale przyznam – z dwojga udręczonego, wolałbym być udręczony jak bogaty, sławny, ceniony, atrakcyjny i bezpieczny koleś, niż udręczony jak ja.

Postać Betty zazwyczaj nie dostawała najlepszych historii

Ponieważ Mad Men zawsze był nieco niedoceniany jako komedia, spróbujmy temu nie ulec i mówmy chwilę językiem komedii. Każdy z bohaterów serialu jest zabawny, ale zwróćmy uwagę, jak. Roger Sterling ma najbardziej klasycznie komediową rolę, zachowując się jak najpopularniejszy bohater każdego sitcomu, tutejszy Barney Stinson czy Stewie Griffin: hedonista zdolny lekceważyć wszystko, co mogłoby pogorszyć nastrój (włącznie z niezapomnianym występęm w pomalowanej na czarno twarzy, gdy śpiewał radośnie, że „the darkies are gay” – stara wersja, w latach 80. zmieniono tę linijkę hymnu Kentucky). Don i Joan bawią swoją mądrością – tym, jak ROZUMIEJĄ, co się dzieje w danej sytuacji społecznej. Często robią to uwagą, która przelatuje innym nad głowami, tak że ci nigdy nawet nie dowiadują się, że zostali pojechani. Zdarza się, że i jednym spojrzeniem. Don rozmawia z agentem swojej żony, który rzuca żart w złym guście – bawi nas sam brak reakcji na twarzy Dona. Agent chce świętować, zamawia „francuskiego szampana dla mojej francuskiej gwiazdy”, ale zanim zdąży to zrobić, pstryka na kelnera palcami i krzyczy po angielsku: „young man!”. Kamera pokazuje w tym momencie twarz Dona, leeeciutko wywracającego oczami. Prycham śmiechem. Ten koleś nie wie, czemu właśnie się poniża, ale Don wie, i ja też (ileż tego typu małych cudownych momentów dostaliśmy w tym cudownym serialu!). Postaci takie jak Pete i Peggy, mniej mądre, bawią w zupełnie inny sposób: zazwyczaj wybuchami oburzenia, focha lub innej słabości. Sztandardowym momentem komedii Pete’a jest jego „not great, Bob!„, pokaz najbardziej nieudolnie udawanego opanowania w historii. Dla Peggy ikonicznym obrazem komicznym pozostanie widok jak liczy pieniądze, które łaskawie rzucił jej Sterling, ale też nagranie z jednego z ostatnich odcinków, gdy wchodzi do nowego biura (czego nie linkuję w trosce o „efekt zaskoczenia”). Pete bawi nas tym, jak próbuje wchodzić w skórę supersamca, którym ewidentnie nie jest. Peggy bawi i biedą i porażkami, ale najbardziej – swoimi nielicznymi triumfami, które właśnie poprzez „efekt zaskoczenia” wywołują uśmiech. Bo Peggy to osoba, której tak nie do twarzy z sukcesem. Czemu tak myślimy – to głęboki temat na poważną refleksję, którą naprawdę polecam… ale też po prostu jest zabawne to zobaczyć. Peggy po prostu naprawdę tak wygląda, że gdy jest przez chwilę na szczycie, to jest jakoś śmieszne. Każda z kilkunastu czy może kilkudziesięciu głównych postaci ma w podobny sposób wpisany humor w swoją pozycję. Jedni przyzwyczajają nas do swojej przewagi i łatwego robienia sprytnych rzeczy, radując tym, że możemy spędzać z nimi czas – od innych oczekujemy porażek, bycia gorszym oraz niedostosowania, i to one dają nam uśmiech. Mądrość i głupota – wpisane w rolę, jaką mamy do grania w społeczeństwie.

Serial zakończył wątek kolejnych sekretarek Dona na dość dobrym stopniu, choć oczywiście nikt nie dorównał już Pani Blankenship

Siódmy sezon często stara się ukazać zamykane wątki, czyli np. skutki podjętych w przeszłości decyzji. Żadnego z bohaterów Mad Men nie czeka sielanka, jednak mądrość postaci takich jak Don i Joan stawia ich porażki w innym świetle. Dona i Joan różni od wielu „szeregowych” postaci to, że są zazwyczaj doskonale świadomi skutków swoich decyzji, i przyczyn swojego bólu. W ten sposób (podobnie jak opisywany tu heros Walter White), nawet gdy przegrywają, to w dość „godny” sposób, bo wskutek własnych wyborów, podjętych czy to z afektu, czy z jakiejś potrzeby charakteru (np. potrzeba niezależności). Można by spytać, jaka to różnica, czy ktoś wjedzie pociąg z głupoty („po tych torach coś może jechać? Nie wiedziałem!”), czy „z mądrości” („oczywiście, że może za chwilę jechać pociąg. Let’s go”), ale… parę różnic jest, a poza tym, chciałbym zwrócić uwagę na podstawowy tu fakt, że to drugie wygląda znacznie bardziej cool.

Inne (głupie) postaci często są zdziwione wydarzeniami. Jak to, złe wrażenie z przeszłości oddziałuje na to, co ugram u danej osoby? Jak to, nie ucieknę z tej czy innej pułapki bez poświęceń? Gdy nie podoba im się, co słyszą, nie zmieniają rozmowy – tylko się obrażają. Nie kierują własnym życiem tak, jak ludzie mądrzy – ciągle liczą na to, że ktoś/coś nagle da im lepszą rękę. Joan i Don, odwrotnie – stają wręcz czasem w obliczu sytuacji, gdy chcieliby przez chwilę być poza kontrolą, dać się ponieść przeznaczeniu, ale ktoś przychodzi z zewnątrz i otrzeźwiająco przypomina im: sam/a wybierasz ten los, trzymasz mocno lejce, pogarszając im humor. Wszystkich, ostatecznie, łączy jedno: chcieliby z tego błędnego kręgu wyjść. Desperacka potrzeba ucieczki, wszechobecna w atmosferze Mad Men zawsze, w ostatnim sezonie przybiera wyjątkowo duszny charakter, i znów, jak w sezonie piątym, dostajemy sporo ujęć postaci wyglądających tęsknie przez okna, otwierających okna, stających na balkonie… Ostateczny „morał” z Mad Men jest jednak ciekawy, i niekoniecznie sam w sobie tak mroczny: pod wieloma względami serial sugeruje, że bycie po prostu życzliwym to największy kapitał, którym można obracać. Po prostu daj komuś przyjemność bycia z tobą (relaks, uśmiech, luksus, docenienie), a on będzie robił rzeczy, które chcesz. Próbuj się nad nim wywyższać i wykorzystywać emocjonalnie – a ten, jeśli trafi mu się okazja być w pozycji siły nad tobą, z radością z niej skorzysta, by się wyżyć. Brzmi to dość sucho, gdy zawrzeć to w tak transakcyjnym słownictwie, ale nie znaczy to, że nie jest ono celne. W każdym razie – ten serial całkiem wierzy w wartość inwestowania emocji w ludzi (znów sięgam po język niczym z trenerów motywacyjnych…). Chciałbym na to zwrócić uwagę, bo moim zdaniem uchwytuje niezwykłość Mad Men, i wielkiej sztuki w ogóle: Mad Men mówi, że żeby mieć dobre efekty, warto nie być jak Mad Men. Warto może raczej być jak Modern Family. Nie cisnąć się na to, kto ma „rację”, gdzie jest „prawda”, co jest „uczciwe”. Zostawić takie bezsensowne tematy. Rozpieścić drugiego człowieka. Spełnić jego marzenia. Warto tak robić! Mad Men tak nie robi. Nie szepcze widzowi kłamliwych komplementów. Hej, to serial o starzeniu, przemijaniu, śmiertelności i radzeniu sobie z tym. O radzeniu sobie z bezradnością… i nieradzeniu sobie z bezradnością. Nie każdy lubi słuchać o takich tematach. Nie jest to oczywiście film Von Triera, a momenty przygnębiającego realizmu łączy z wnioskami całkiem natchniewającymi. Ale potrafi kopnąć nasze dusze w krocze. Specjalną uwagę zwróciłbym na dwa odcinki „z okazją” – na Walentynki i Dzień Matki – jakie dał nam siódmy sezon. Oba wykorzystały „okazję” perfekcyjnie, będąc pokazem niezwykle wyrafinowej i rekordowo gorzkiej ironii.

Mam na dysku kilkadziesiąt zdjęć typu - Don w ciemności patrzy przed siebie

Przebywanie z kimś takim jak Joan Holloway to oczywiście przyjemność sama w sobie, przynajmniej dla mężczyzn. Joan jest w tym serialu wręcz definicją sukcesu: właściwie nie widzimy, by posiadała jakiekolwiek konkretne umiejętności poza byciem fajną, ale to zupełnie wystarcza, by skutecznie przekształcała kapitał społeczny w finansowy. Niestety, Joan – jak wielu ludzi, którzy mają wiele – oczywiście wolałaby mieć nie wiele, a mieć wszystko, to zaś już bywa i dla niej niełatwe. W ostatnich sezonach, sukces ciąży Joan, choćby poprzez komentarze typu „gdybyś się tak nie ubierała, to faceci by tak cię nie traktowali”. Podłość takiego tekstu nie zmienia faktu, że jest prawdą – powstaje zupełnie nowy dylemat, jak nie eksponować swojej atrakcyjności w ZBYT dużej mierze, tak, by, jak człowiek też potrzebuje, zachować jakąś część tylko dla siebie (w końcu to serial o tym, że każdy ma tylko dwa życia…). Mad Men to pod względem płciowym serial dość wyjątkowy, zarówno męski, jak i damski. Duże show w ogromnej większości są pisane przez facetów, a główna rola kobiety – żony/obiektu zainteresowania bohatera – jest zazwyczaj najnudniejszą, nieraz wręcz znienawidzoną przez fanów (los, który groził też Mad Men, gdyby Betty na siłę trzymano w centrum serialu – ale z podobnego powodu, co Don, rozstali się z nią scenarzyści, tak jak scenarzyści Breaking Bad czy Sopranos z podobnych powodów, co bohaterowie, z żonami tkwili. Warto tu pamiętać, że w początkowych sezonach rola Betty była wyjątkowo, jak na „serialową żonę”, podmiotowa i duża – czemu stacja była bardzo niechętna). Z kolei seriale kobiet często trafiają do pewnej szufladki pod tytułem „kobiece spojrzenie”, i z reguły trudno powiedzieć, by były specjalnie o czymś poza właśnie tym. Mad Men został niby wymyślony przez faceta, ale większość scenarzystów to kobiety, co dało nam bardzo ciekawą mieszankę perspektyw i różnorodne postaci mężczyzn i kobiet, z przewagą (rosnącą z kolejnymi latami) kobiet – mądrzejszej płci. Nie jest to typowy płaczliwy feminizm, aczkolwiek serial ukazuje wiele spośród jego celnych wniosków. Jest to serial „feministyczny” w tym sensie, że stosunki płci – i stosunki władzy, i stosunki tych dwóch stosunków – są na pierwszym planie. Nie znaczy to jednak, że mężczyźni – ich trudności i braki szans – nie są ukazane z niemal równie dużą dozą trafności i sympatii (co nie takie częste obecnie). Jak to bywa w życiu: postaci kobiece są bardziej kompleksowe, idą w różnych kierunkach. Kobiety chcą różnych rzeczy, z kolei faceci z grubsza wszyscy chcą tego samego – wiedzieć, czego chcą kobiety, i dać im tego więcej niż konkurenci. Losy postaci Joan są częścią większego nurtu, wynikającego i z „ducha czasu”, i z wieku bohaterów: o ile w pierwszych sezonach częściej widzieliśmy przykłady społecznej czy personalnej władzy kobiet nad mężczyznami (kontrastującej z niekorzystną nieraz sytuacją kobiet w pracy), tak ostatnie lata częściej ukazywały osobiste niezadowolenie kobiet, wiążące się np. z rosnącym poczuciem samotności i braku wsparcia. Mądrze, serial bez wątpienia nie stara się sugerować, że Joan i Peggy łączy jakikolwiek „wspólny los” – przeciwnie, ich sytuacja jest tak różna, jak każdej dowolnej osoby wszelakiej płci. Jakkolwiek rozczulające nie było tych kilka scen w całym serialu, gdy znalazły one coś w stylu „kobiecego porozumienia”, ostatecznie Mad Men to doskonały pokaz różnorodności ludzkich sytuacji i wielości czynników, które składają się na los jednostki. Tak jak z prawdziwym życiem – jeśli CHCESZ, żeby w Mad Men chodziło głównie o to, że świat nie lubi kobiet, to znajdziesz do tego wystarczająco pokarmu, natomiast… można widzieć też wiele innych rzeczy. Jedno z potężnych pytań, z którymi mierzy się Mad Men, to zawsze: KIM jestem? Odpowiedzi zawsze jest więcej niż jedna. Zawsze.

Mała ilość wspólnych scen Sterlina i Peggy pozostanie smutnym faktem na wieczność

Ostatecznie, nikt nie jest zadowolony. Oczywiście. Nawet dobre rzeczy, na które nawet zasłużymy, musimy nadal dźwigać. Joan, oburzona tym, że faceci chcą raczej ją podrywać, niż z nią współpracować, wybiera ostatnią wypłatę i chce ruszyć w objęcia przebogatego, mającego luźne podejście do moralności (i jeszcze luźniejsze do garniturów) faceta. Don, choć miał w serialu krótkie momenty typu „okej, dorosnę, opuszczę głowę, będę robił swoją robotę i tyle”, też ciężko tak naprawdę znosi niebycie w centrum uwagi dłużej niż kilka sekund. Wychodzi wściekły ze spotkania, na którym jest tylko pionkiem, odjeżdża w siną dal, odpala imponującą nawet jak na niego serię kilkudziesięciu kłamstw w jednym odcinku. Zabawna ironia – ileż razy pouczali tych mniej mądrych, że wystarczy „tylko” zamknąć się, być miłym, pracować, i nie chcieć czegoś, czego się nie ma – i już powinno być ok! Sami nie zawsze dają radę realizować własną mądrość. Tak jak każdy, mają ograniczoną ilość sił emocjonalnych, które w momencie wyczerpania skutkują błędami algorytmu w maszynie. Można by uznać, że twórcy serialu chcą im dać prztyczka w nos, ale ja widzę w tym bardziej odruch sympatii. „Daj spokój. Nikt nie jest idealny. Serio. Może jesteś trochę mądrzejszy, niż inni ludzie. Spokojnie. To jeszcze nie znaczy, że jesteś z innego gatunku”. Szyderstwo losu usuwa wszelkie nadęcie, jakie mogłoby się zebrać względem tych postaci, przekłuwa balon – sprawia, że Don i Joan pozostają jednymi z nas, nie żadnym wyidealizowanym, niewiarygodnym tworem. To przybliża nam Dona w tych częstych sytuacjach, kiedy mamy wrażenie, że twórcy zakochali się w nim równie mocno, co on sam. Skąd takie momenty się wzięły? W ostatnich sezonach rosnąca liczba wątków na pewno wpłynęła na ich mniejszą klarowność, niektóre zaczynały się gubić. Często mieliśmy wrażenie, że jakaś postać pojawia się głównie po to, by powiedzieć do Dona jakąś mądrą sentencję, po czym zniknąć (zazwyczaj mówiący sami nie rozumieją, jak ta sentencja jest mądra i jak idealnie pasuje do momentu, co stało się wręcz znakiem rozpoznawalnym stylu Mad Men). Córka Drapera mówi: „I’m so many people”, we wręcz irytujący sposób sugerując, że w tym życiu jest wiele więcej, niż lubiliśmy myśleć, a czego, tak jak większość ojców o swoich dzieciach, nie widzimy, nie wiemy. To zresztą także wątek jakże poniżający postać Dona: w ostatnim sezonie, jak w paru poprzednich, wydaje się śmieszny w swoich rzadkich, niby-zaangażowanych próbach „zbliżenia się” do własnej córki, nagle wyglądając jak człowiek głupi: choć tyle wie o ludziach, nie rozumie, że tego akurat nie da się „nadrabiać” w krótkich sesjach raz na pół roku. Innym przykładem takiego zabłąkanego mędrca jest choćby Ken Cosgrove, który w jednym z ostatnich odcinków mówi o istniejącym gdzieś obok, w alternatywie, niewybranym, prawdziwym życiu: „life not lived”. Oczywiście! Genialny tekst. Któż o tym nie myśli. A jednak, choć Ken mówi o wielkiej szansie wiążącej się ze startem w nowej branży, widzimy, że koleś praktycznie trzęsie się ze strachu. Powiedział mądrość zbyt mądrą dla niego samego – mówi ją takim tonem, jak przejęty ksiądz cytujący Biblię, tym typowym kazaniowym tonem „wow, czaicie jakie to jest mocne zdanie” . Wspaniała scena. Potem… Ken gdzieś tam sobie idzie. Narracja Dono-centryczna odzywa się w całym swoim okrucieństwie, traktując postaci poboczne tak, jak… my traktujemy innych ludzi w swoim życiu: Cosgrove pojawia się co jakiś czas, by uzupełnić żart, by Don mógł zaczerpnąć od niego najmądrzejsze, co powie, wzbogacając swoją mądrość, a potem może spadać. Oczywiście, jeśli pomyśleć o nim jak o realnym człowieku, Cosgrove nie jest postacią tła. Na pewno wiele o tych sprawach myślał. I na pewno ma jeszcze wiele mądrych rzeczy do powiedzenia. I jakieś ciekawe własne historie. Ale to wymaga pomyślenia nad nim specjalnie. W tej narracji jest tylko przemykającym pyłkiem. Kolesiem, o którym można powiedzieć kilka niezłych żartów, bo miał ten nieszczęsny wypadek na polowaniu.

Gdybym wstawiał dźwięki zamiast zdjęć, puściłbym z tej samej sceny najbardziej erotycznie wypowiedzianą nazwę Coca-Cola w historii

Jeszcze inną mądrością, którą Don rozumie by tworzyć fajne, skuteczne reklamy, a do której Mad Men w ogóle się nie stosuje, jest jednoznaczność. Człowiek wykształcony mówi trudne rzeczy – bo ubieranie rzeczywistości w słowa celnie to skomplikowana sprawa. Człowiek mądry mówi łatwe rzeczy – bo wie, że celność i tak nikogo to nie obchodzi. Zupełnie odwrotnie jak dobra reklama, Mad Men zawsze potrafił zgubić widza wieloznacznością zdarzeń, zazwyczaj nie tyle celową, co wynikają z samej natury życia – ludzie porozumiewają się słowami, ale życie to nie film Marvela i słowa nie zawsze wyrażają wszystko to i tylko to, co potrzebne do przedstawienia całego kontekstu sytuacji.

Ile razy zaczynam mówić takie rzeczy, mam ochotę opisywać całe sceny ujęcie po ujęciu, bo ich treść jest nieredukowalna, a wręcz przeciwnie, zsumowana wykracza znacząco poza zakres trwania samej sceny. Najlepiej widać to na początku każdego sezonu, który komunikuje nam „przy okazji” mnóstwo nowych odkryć (również związanych po prostu z nowym wąsem czy stylówą danej postaci) i podnieca podwójną dawką ekspozycji: z dialogów widzimy, że coś się wydarzyło, ale będziemy musieli chwilę pooglądać, żeby zobaczyć, co dokładnie – i czy w ogóle kiedykolwiek sprawa X czy Y stanie się dla nas w pełni jasna. Oczywiście, możemy żyć dalej, nie martwiąc się tym, że „jakaś sprawa jest niejasna”. To niewielki problem. Ale… istnieje.

Serial można by wręcz streścić tymi scenami w windzie, gdy Don po prostu patrzy w jakiś sposób w bok

Okej, przykład. Ostatni sezon (czy też pół-sezon, bo oficjalnie dwa ostatnie lata to po prostu „sezon siódmy”) zaczyna się taką perełką: kamera na wprost Freddy’ego Rumsena. Spokojnie, ja też zapomniałem, kto to jest, nie martwcie się. Wystarczy tutaj, że Freddy wygląda jak… no, ktoś niezapamiętywany (bardziej zapamiętliwi fani będą kojarzyć m.in. to, że w drugim sezonie zsikał się w spodnie – i można by napisać książkę o tym, czemu!). Kamera jednak patrzy prosto na niego i nie urywa spojrzenia, zakochana w jego zupełnie nijakiej, budyniowej twarzy jakby był Donem Draperem. Freddy Rumsen – zdajemy sobie po chwili sprawę – mówi też zupełnie jak Don. Mówi ładnie. Krótkie zdania. Język potrzeb i korzyści. Dramatyczne pauzy. „Spotkanie jest nudne, ale ty nie możesz być. Masz zegarek Accutron. On CZYNI CIĘ ciekawym”. Trwa to aż do rewelacyjnej puenty: „Accutron. It’s not a timepiece. It’s a conversation piece”. Porywające przemówienie budyniowego kolesia. W końcu kamera pokazuje reakcję – słucha go Peggy. Jest zadziwiona. Tak jak my. Mówi dokładnie to, co myślimy: „wow. To jest… bardzo dobre. Jestem w szoku”. Freddy odpowiada zrezygnowany: „można to powiedzieć w miły sposób, albo tak, jak właśnie powiedziałaś”. Spotkanie się kończy, a Freddy mówi, że weźmie jeszcze jedną kawę z biura. „Wow, you really put „free” in „freelancer””, komentuje Peggy.

Cokolwiek nie stanie się dalej z bohaterami, wiemy jedno - picie będzie tego elementem. I to się przez te 50 lat jeszcze nie zmieniło.

Minęły trzy minuty, a mnie już w ogóle nie obchodziło, że przez rok zapomniałem wszystko, co się działo. Te sceny są po prostu za dobre. Po tylu latach nie trzeba (choć czasem przyjemnie) wiązać ze sobą wydarzeń i trzymać pod ręką rozrysowanej mapki relacji między postaciami, żeby się dobrze bawić, bo w następnej scenie i tak dostanę więcej nowej treści, niż w całym sezonie Daredevila. Mad Men jest rewelacyjnie napisanym serialem, i widać to w każdym jego momencie niemal równie mocno. Jednym z jego głównych wątków jest porównywanie ludzkiej persony do produktu, który należy sprzedać – a jednak ciągle, zwłaszcza w ostatnich momentach, pokazuje tyle empatii wobec tego ludzkiego losu, że nie oziębia, a rozczula. W Polsce mieliśmy 10 lat temu słynne reklamy (partii politycznych), które straszyły pustymi lodówkami. Mad Men to serial psychologiczny, więc ostatecznie ma dla widza przekaz innego rodzaju: wszyscy jesteśmy zawartością lodówki. Chcesz, żeby wzięto cię na obiad? Tak jak każdy z nas. Ten przekaz jednej z kluczowych scen ostatniego sezonu jest ciepły i tulący niczym Teletubisie. W takim momencie łatwo dojść do wniosku, że ten serial jednak JEST mądry. Tak samo jak Don Draper, potrafił odnaleźć (nie pierwszy raz) to pożądane uczucie: prawdziwej wspólnoty, harmonii, bezpośredniego kontaktu z innymi – z tym, jacy są, jacy jesteśmy, WEWNĄTRZ. Potrafił znaleźć i poznać uczucie prawdziwej jasności i prawdziwego szczęścia. A potem sprzedać je widzowi.

Najlepsze filmy 2014

Według mnie.

[more]

Skończył się trudny rok, zaczął kolejny. Cztery i pół miesiąca temu. Zamiast jednak jęczęć choćby sekundę dłużej nad zapuszczeniem tego jakże niegdyś uroczego bloga, celebrujmy, że w 2014 wyszło sporo ciekawych rzeczy. Bo wyszło.

Sam byłem zdziwiony, gdyż ten rok, szczerze mówiąc, był pierwszym, w którym nie śledziłem premier, zwłaszcza w drugiej jego połowie. Widać to choćby w oceniaczce – nigdy nie byłem osobą, która chodziła na wszystkie premiery, ale w 2014 r. oceny dla obejrzanych dzieł stały się z czasem homeopatycznie rozrzedzone w morzu premier. Widziałem chyba tylko jeden polski film (fajni, satysfakcjonujący, poprawni Bogowie – podejrzewam jednak, że bywało w polskim kinie znacznie ciekawiej). Troszkę spośród mniej popularnych premier europejskich (które zazwyczaj wypadały jedynie nieźle, jak rumuńska Pozycja dziecka, czy krępująco, tanio i banalnie, jak estońskie Kertu czy grecka Xenia).

Tradycyjnie, wspaniałe top 10 (mocniejsze niż to z ogólnopolskich premier) można by ułożyć tylko z filmów, które zobaczyłem przez dwa tygodnie w trakcie Nowych Horyzontów… jednak i tutaj nie skorzystałem z bogactwa w pełni, było do tego daleko, o czym niech najlepiej świadczy paradoksalny fakt, że na NH leciało kilka spośród tych premier kinowych 2014, których niezobaczenia do dziś żałuję najbardziej (Czy Noam Chomsky…, Niebiańskie żony…, Shirley – Wizje rzeczywistości, Porwanie Michaela Houellebecqa i pewnie coś jeszcze).

Inny coroczny już zwyczaj to urodzaj pierwszych miesięcy roku w kinach, gdy z okazji „sezonu oscarowego” filmy wypuszczone w Stanach jesienią pojawiają się u nas. Nie wiem, czy kiedykolwiek polski bywalec kinowy był tak rozpieszczony, jak choćby w lutym 2014, gdy premierowało pięć filmów uznanych za wybitne. Część z nich oczywiście można było zobaczyć wcześniej, ale tak czy siak – wszystkie z nich będą pojawiać się w mediach filmowych w podsumowaniach dekady (i prawie wszystkie, za wyjątkiem Nieznajomego nad jeziorem, pojawiają się w moim top 10). W następnych miesiącach trudniej już było o „pewniaków”. Amerykańskie kino wysokobudżetowe ciągle klepie te same debilne schematy (i w tym roku jedynym oddechem znów był film Nolana, o którym opinie są różnorakie, ale jedno mu trzeba przyznać: przynajmniej jest inny, niż wszystkie te Disneye i Marvele). Latem nastała taka posucha, że jako oddech prawdziwego kina w zalewie tandety autentycznie podniecił mnie film Lucy Luca Bessona, oparty co prawda na nieznośnie głupich ideach (Interstellar to przy tym esej Noama Chomsky’ego), ale przynajmniej odnoszący się do czegokolwiek, co może mieć znaczenie w faktycznym życiu i porusza. Lucy zresztą w pewien sposób nazwać można taką mini-wersją (wersją godną polskiego rynku) Pod skórą Jonathana Glazera – chyba najbardziej celebrowanego na świecie filmu 2014, obok Boyhood i Pożegnania z językiem – który w kinach polskich chyba nigdy się nie pojawił przy żadnej okazji (w każdym razie nie słyszałem o tym).

Mamy 10 filmów do krótkiego omówienia, więc zaznaczmy ostatecznie, że rok na pewno nie był zły, o czym niech świadczy już lista żali za pozycjami przegapionymi, które wymieniłem wyżej. Jeśli chodząc do kina raz na miesiąc mogłem przegapić coś, co chciałem zobaczyć, to znaczy, że nie było najgorzej. Oczywiście, nie jest też dobrze – Warner Bros. odwołał premierę nowego filmu Paula Thomasa Andersona, Wada ukryta. Tak samo jak Pod skórą czy trójwymiarowy film Godarda, to obraz, który bez możliwości zobaczenia w kinie traci sporo wartości. Nie zanosi się zresztą też na premierę choćby Mr Turnera Mike’a Leigh, nie doczekaliśmy się nigdy dużej premiery dla ostatniego Malicka, ostatniego Kiarostamiego, czy też… cholera, nie będę wymieniał wszystkiego. Jest sporo rzeczy, których braku w kinach można żałować, naprawdę sporo – ale czy chcecie o tym słuchać od kolesia, który i tak nie nadąża za tym, co leci w kinach obecnie? Skupmy się na tym, co dostało szansę dystrybucji, co widziałem i co pokochałem w roku 2014.

A tam, jak można się domyślić wobec moich braków – w większości starzy znajomi. W rankingu za rok 2010 zastanawiałem się długo nad dwoma filmami tych samych twórców, co obecnie. Coenowie znów wyprzedzili McQueena, stałymi moimi faworytami są też Dolan, Jonze czy Sorrentino. W tym roku jednak zdecydowanie rozważałem tylko dwa filmy, jeśli chodzi o pierwsze miejsce. Trzeci przyszedł też naturalnie. Z pozostałych filmów wybrałem te, które zapamiętałem jako najbardziej udane, i oceniałem przy kolejnym oglądaniu. Trudnością było zawrzeć w paru słowach, czemu akurat ten. O każdym można by pisać długo, a skupienie się na jednym aspekcie brzmi, jakbym lekceważył pozostałe. Czyli hej, pisząc o filmach miałem tylko problem z pisaniem o filmach, ale pomijając ten detal, nie zrażajcie się. Jak zawsze, starałem się nie pisać tego samego, co wszyscy, ani też nie pisać bzdur. Zobaczcie, co zostało.

Co jest grane, Davis?

1. Co jest grane, Davis?, Joel i Ethan Coen

Llewyn Davis nienawidziłby tego polskiego tytułu. Co jest grane, Davis? Kto to napisał, Justin Timberlake? A czemu, spyta fan wesołości, cóż ten tytuł winny, że chce humor poprawić, może lekko podkolorować, ale ku radości? Że chce być lubiany i zarobić więcej pieniędzy, by w ogóle utrzymać się na trudnym rynku? Cóż on winny, że ukarmić chce rodzinę? Czyż nie każdy z nas walczy całym swym jestestwem o popularność, a kto czyni inaczej, to tylko dlatego, że jest markotnym malkontentem skazanym na porażkę i udaje tylko, że to jego własny wybór, że inni ludzie nie obchodzą go i tak? Ale chyba Je Suis Llewyn – i widząc to obrzydlistwo na plakatach, prychnąłem tylko z niechęcią. Nie tylko pozytywne, ale też negatywne recenzje nieźle oddają, czemu kocham ten film. Te drugie często piszą coś w stylu: film jest zły, bo bohater niesympatyczny jakiś, niewesoły, energii pozbawiony, tak mu brak luzu, trudno go lubić… Nie jest to więc dobry film, piszą. Idę do kina spotkać ludzi fajnych! Z definicji, generalnie kino zawzięcie nienawidzi outsiderów, czasami też próbując nam wcisnąć pociągającą redefinicję, że „outsiderem” jest jakiś bogaty, popularny i kroczący od sukcesu do sukcesu Bruce Wayne (och! Ten mrok!) czy inny trzynogi piesek, który tak ma ciężko, że aż musi spędzić całe dwie godziny na treningu, by spełnić marzenie bycia lokomotywą grającą w NBA. Cokolwiek. Z tradycyjnym dla Coenów intelektualizmem wcielonym w życie (wiecie co to? Brak złudzeń), Llewyn Davis w pewien sposób zderza takie mity z rzeczywistością. Bezkompromisowość charakteru wciska Llewyna w kompletne społeczne bagno, i to wcale nieciekawe dla postronnych obserwatorów: w fajnym filmie wyrokiem za niepowodzenie jest co najwyżej śmierć (przynajmniej efektowna), ale tutaj – po prostu fakt, że Syzyf dnia codziennego będzie sobie dalej żył i żył, niespełniony, nic nie osiągając, stopniowo niknąc, aż w końcu gdzieś tam, w przyszłości, w końcu umrze, co jednak przecież nikogo nie obchodzi. Wyjątkowo wykadrowano tu specyficzny dylemat – ten film to właściwie dwie godziny zadawania jednego pytania dotyczącego i kariery muzycznej, i w ogóle życia: kiedy powinienem wreszcie to sobie odpuścić?

Sam boleśnie (ale i kojąco) celny egzystencjalizm czyniłby Llewyna drugim, po Poważnym człowieku, uderzającym arcydzełem Coenów, jednak to nie wszystko. To też jeden z najpiękniejszych filmów Coenów; i filmów w ogóle. Będzie wspominany jako moment, który fenomenalną kreacją rozpoczął karieirę Oscara Isaaca. Jest przezabawny. Ten mrok jest całkiem przytulny.

Zniewolony. 12 years a slave

2. Zniewolony. 12 Years a Slave, reż. Steve McQueen

Sporo głupich rzeczy napisano o tym filmie, zwłaszcza w Polsce, po jego Oscarowej wygranej (jeśli polski dziennikarz zaczyna się wymądrzać o kwestii rasowej w USA, to możesz spodziewać się wszystkiego, chociaż rzadko czegokolwiek mądrego). Wystarczy go (uff) obejrzeć, by zobaczyć, że ostatnią rzeczą w głowie McQueena jest coś tak niemożliwego jak „rozliczenie z niewolnictwem” (którego nota bene jest dziś więcej, niż wtedy, tyle że na dystans – świat od razu lepszy). Jak sugeruje tytuł, to nie jest obraz mający oddać istotę niewolnictwa – a pokazać historię wyjątkowej jednostki, która jest ze świata ludzi wolnych (a więc widza obchodzi jego los) i jedynie tymczasowo zostaje zanurzona w piekle, którym jest całe życie niewolnika. Choć Salomon Northup jest postacią faktyczną, wydaje się idealnie skrojony na bohatera filmu, bo z racji swojej pozycji (film wielokrotnie podkreśla przykładowo, że – inaczej niż „prawowici” niewolnicy – umie pisać) wydaje się od początku „wybrany” na to, by w końcu się stąd wydostać. To nie jego miejsce. Dlatego można było zrobić o nim film; filmu o prawdziwych niewolnikach, od dziecka kastrowanych intelektualnie i emocjonalnie, nie dałoby się oglądać – widz by ich nie lubił. McQueen jednak z łamiącą serce i wyciskającą łzy bezwzględnością pokazuje przez te „12 lat”, że dla wielu ludzi (jak Patsey Lupity Nyong’o) ta plantacja to jest ich miejsce, i to zupełnie normalny fakt dla każdego dokoła. Cóż, życie – silni się rozwijają i bogacą, słabi schylają głowy i pracują tak, jak im talent pozwala, dzieci bawią się obok duszącego się powieszonego, darwinowski krąg życia toczy się jak zawsze. To czyni Zniewolonego czymś bardzo innym, niż kolejną hollywoodzką biograficzną historyjką typu „marz, a ci się powiedzie, bez względu na sytuację” – czymś bardzo uniwersalnym i tchnącym bogatą, bo opartą na szczerości, empatią oraz przejęciem wobec ludzkiego życia. Z tego powodu moim zdaniem w pełni „zasługuje” na wszystko, co robi, a robi wiele – widziałem niejeden kultorwy gore, ale Zniewolony to chyba najbardziej niewyobrażalnie okrutny film, jaki znam. Niektóre długie ujęcia można by opisać tylko jako sadystyczne, gdyby nie były tak piękne, nie tylko poprzez wspomnianą empatię scenariusza, ale też poruszający talent reżysera i szeregu aktorów (przy tej okazji warto też wspomnieć, jak mocno na dosadność filmu wpływa doskonale rozpisany dźwięk – mam wrażenie, że w tego typu „naturalistycznym” kinie często niedoceniany, a kluczowy aspekt). Ten film boli, ale to ten piękny rodzaj bólu, bez którego – masz wrażenie – nie byłbyś człowiekiem, a bestią. Nie chcę go oglądać drugi raz; na szczęście, na razie nie muszę – te obrazy po roku nadal są żywe, wypalone w głowie niczym piętno.

Ona

3. Ona, Spike Jonze

Kolejny przebogaty film, który będziecie oglądać co roku do końca życia i zawsze znajdować kompletnie inne perspektywy rozmawiania o nim – społeczne, polityczne, urbanizacyjne, estetyczne, romantyczne, filozoficzne, psychologiczne… Zadać zawsze można banalne pytanie typu: „co różni człowieka od maszyny?”. Nie jest nowe, ale można odpowiedzieć na sto sposobów. Moim zdaniem, sęk tkwi w tym, że nic nie różni. Inni ludzie, ostatecznie, to tylko ciąg impulsów elektrycznych w moim mózgu, teoretycznie rzecz biorąc – równie dobrze moglibyście nie istnieć. Nie chodzi mi tu tylko o Matrixowe rozkminy, ale ogólny fakt, że wasze wizerunki są w dużej mierze kreacją mojej psychiki, układam sobie wasze persony biorąc poszlaki od was i dorabiając mnóstwo od siebie. Nie mam absolutnie żadnego kontaktu z waszymi duszami, jedynie z fizycznymi sygnałami, które akurat odebrałem i wybrałem. I tak, tytułowy system operacyjny z tego filmu nie różni się od człowieka jakąś nieuchwytną „ludzką duszą” (dusza to przecież właśnie impulsy elektryczne), odwrotnie – chodzi o to, że nie ma ciała. Czy wobec tego jest mniej, czy bardziej ludzka niż ludzie? Ona jest opowieścią, oprócz wielu innych rzeczy, o tęsknocie za ciałem, za zmysłowością, za bezpośrednim, „prawdziwym” kontaktem. O romantycznej, ale też całkiem biologicznej fantazji wejścia wewnątrz innej osoby, co niby bywa możliwe fizycznie, ale nadal nieosiągalne na poziomie ducha – i tak naprawdę niechciane, bo przecież sami zawsze wolelibyśmy zachować wolność bycia wewnątrz zupełnie kim chcemy. Kontrolować duszę innego i zachować kontrolę nad swoją, by razem niejako mieć dwie, co wydaje się liczbą znacznie lepszą. To więc film o samotności i izolacji, które Jonze pokazuje w sposób niezwykle trafny, genialnie wymierzając i treść, i estetykę całego filmu (z jednym z bardziej fascynujących wizualnie światów filmowych, jakie widziałem). Można powiedzieć, że jest tu wiele komfortu i przestrzeni, ale jednocześnie – sztuczności, pustki… braku. Jest w tej samotności jakiś triumf ducha, ale to przecież także porażka biologiczna. Nowoczesne ekrany i słoneczne biurowce wypełnione są uczuciem (które w świetle teorii ewolucji nie dziwi), że życie, którym się nie dzielimy, to los równie okrutny, co śmierć. W pewien sposób, Ona to inspirujący film roku, ale również najstraszniejszy film roku – także dlatego, że skłania do myślenia, a nad niektórymi rzeczami po prostu nie warto myśleć zbyt dużo, jeśli nie chcecie sobie psuć humoru (zdanie, które sponsoruje większość tej listy). Swoją drogą, to dość niesamowite, że po rozwodzie Jonze’a z Charlie’m Kaufmanem teraz obaj zrobili „samodzielnie” filmy, które nadal łączą niezrównaną w świecie kina wizję filozoficzną z obsenicznie wręcz dotkliwą wrażliwością emocjonalną. Ciągle podejrzewam, że Kaufman był tu ghost writerem, ale w sumie co to za różnica? Mówię o dwóch ludziach z USA, których nigdy nie spotkam. Film jest tak samo cudowny bez względu na to, kto i co myślał, tworząc go. Ja poznaję go tylko z zewnątrz i mam wrażenie, że go kocham – bo kocham uczucia, których doznaję w kontakcie z nim, tyle.

Wielkie piękno

4. Wielkie piękno, Paolo Sorrentino

Urodziłem się otoczony kolorami i choć mogę rozumieć, że filmy Felliniego są piękne, to nigdy nie ruszały mnie tak, jak najokazalsze barwne widowiska kina. Ale to tylko jeden z setki powodów, dla których slogany o „współczesnym Fellinim” uważam za obraźliwe wobec tego wspaniałego filmu Sorrentino. Na pewnej płaszczyźnie podejmuje nawet tematy rodem z Onej (to też film o pięknie i brzydocie narcyzmu!), na czele z dojmującym przekonaniem, że być może ten oczekiwany moment, gdy coś „naprawdę czujemy”, jest w całym naszym życiu pojedynczym i nieosiągalnym punktem odniesienia – i że choć chodząc po świecie jesteśmy otoczeni pięknem, kontakt z nim jest powierzchowny, bo nie jest ono nasze. Sorrentino nie korzysta tak naprawdę z Felliniego bardziej niż z szeregu innych włoskich twórców, a także Jonze’a czy choćby Terrence’a Malicka, z tym że wolę Sorrentino za jego bezkresny cynizm. Nie kłóci się on na szczęście wcale z sympatią do świata i ludzi. W innym wypadku można by uznać za wredny obraz z tego filmu: oto bogaty, sławny pisarz spaceruje sobie po pięknym Rzymie, wyleguje się na hamaku w słońcu w doskonałym lnianym garniturze, jest gwiazdą Gatsby’ańskiej w rozmiarze imprezy… a jednak niespecjalnie go to ekscytuje, ojej. Faktycznie określa się jako mizantrop, ale że nie bierze niczego zbyt poważnie, jest w tym pewna urocza, równościowa, wanitatywna pokora i respekt do wszelkiej działalności ludzi żywych i już zmarłych. Tak jak każdy film na tej liście, Wielkie piękno jest złożone intelektualnie; można je rozumieć i opisywać różnorako. Źwrócmy choćby uwagę: to właściwie film podejmujący tezę, iż człowieka nie określa tylko to, co konsumuje. To przecież takie próżne. Ale jeśli przychodzimy na świat z możliwością ogladania przez te nasze krótkie lata wykuwanego przez całą historię ludzkości spektaklu, nie czujmy się źle, jeśli nie będziemy umieli sobie odpuścić ucztowania, ile się da. Widziałem Wielkie piękno wiele razy, na ekranach dużych i małych, i myślę, że stanie się to stałą przyjemnością.

Scena zbrodni

5. Scena zbrodni, reż. Joshua Oppenheimer

Jeszcze jeden film, który daje do myślenia znacznie więcej, niż da się znieść. Zostaje w głowie długo. Taki rok się trafił. To z kolei też taki, do którego nie chce się wracać, działając niczym wersja eskperymentu Milgrama (który równie przebojowo przedarł się do popularnej świadomości i równie mocno zachęca ludzi do szarżowania w interpretacjach – tak jakby film reklamowany zdjęciem różowych tancerek wchodzących do wielkiej ryby krzyczał, żeby go traktować przede wszystkim jako dosłowny podręcznik). Film patrzy w rzadki sposób na ludzką psychikę, między innymi ze względu na to, jak bardzo jest… bezwstydny. Nie żyjemy na co dzień w świecie, który miałby problem z zabijaniem, kłamstwem itp., ale wiąże się z tym zauważalny wstyd. Przykładowo, znamy niby fakty, jak wyglądała Faludża, ale jej uczestnicy, jak bohater Snajpera Clinta Eastwooda, nadal oficjalnie udają, że oni to tylko powstrzymywali dzikich terrorystów, błagając, by nie podnosili broni. Zamiast „zabiłem” mówią „trafiłem cel” i dopiero wtedy mogą iść do programów komediowych, gdzie Conan się zachwyci, mówiąc: „nie masz się czego wstydzić” (dosłowny cytat). Scena zbrodni zabiera ten właśnie element. Przedstawione zdarzenia nie szokują same w sobie – wiemy przecież, co to przemoc i ludobójstwo – szokuje tylko to, że oni sami przytakują faktom. Nie przychodzi im jakby na myśl, że przecież mogliby powtarzać, że nie byli katami, tylko heroicznie bronili kraju przed agresorem, albo coś w tym stylu. Co za ciekawy, bezwstydny świat. Film skłania do refleksji o tym, jak zasady społeczne kształtują nasze codzienne życie i jacy jesteśmy „wewnątrz”, „naprawdę”, gdy nikt nie patrzy. Na pewno mam znacząco inny gust do łączenia kolorów, niż gangsterzy Indonezji (jak niewiele wiem o kulturze południowo-wschodniej Azji, to, dzięki kinu, to jedno wiem), ale poza tym? Oppenheimer bez wątpienia kręcąc ten film stara się sprawdzić, w jakich warunkach wywoła w mordercy negatywną reakcję. Można pewnie powiedzieć, że w jakiejś mierze się to udaje. Ale czy to wstyd, czy wina, czy żal, nigdy nie staje się jasne. Może nic wielkiego. Przecież oglądamy tylko zewnętrzne zachowanie człowieka, który zawsze fantazjował o byciu gwiazdą.

Interstellar

6. Interstellar, Christopher Nolan

Zejdźmy do lżejszej atmosfery, ale nie opuszczajmy poprzeczki. 2014 był w kinie popularnym, jak każdy rok, pełen obraźliwej, powtarzalnej do urzygu tandety. Film Chrisa Nolana tradycyjnie wyróżniał się na tym tle, choć patrząc na wyniki, nie wiem, czy pozwolą mu zrobić jeszcze jakiś z takim budżetem. Jak na film wysokobudżetowy, to całkiem niezłe show – przede wszystkim jednak, Instertellar jest o czymś, i mówi o tym czymś na serio. Typowe Hollywoodzkie pauperum często podejmuje temat ludzkich słabości, ale wybiera najłatwiejsze głaskanie widza po główce, bo zawsze wychodzi, że wady bohatera to tak naprawdę zalety (nota bene, uwielbiam pokolenie wychowane na takich morałach, złoci ludzie). W Interstellar, ludzka słabość to faktyczny problem. Proste, ale trudne. Zaznaczmy, że film opiera się na wielu głupich założeniach faktycznych, z których zwrócę uwagę na jedno: lepiej nie uczyć się z niego, że olanie dbania o klimat i „przeniesienie” ludzkości poza Ziemię jest realną możliwością, a nie fantazją. Ludzkość umrze na Ziemi, sorry. Nolan jednak trafnie ukazuje, dlaczego tak się stanie, i to stosunkowo niedługo: Interstellar to w dużej mierze opowieść o tym, jak człowiek może poświęcić życie miliardów dla własnego, krótkoterminowego zysku. I to nawet nie jest trudny wybór. Czy wy byście tak nie zrobili? W końcu co wam da uratowanie ludzkości, jeśli sami nie będziecie już istnieć? Oczywiście większość z nas nie lata w kosmos, ale przecież to samo wykańcza naszą politykę czy ekonomię. Pod wieloma względami to też jest naprawdę ciekawy kompan dla Onej, włącznie z mocnym ukazaniem horroru samotności i racjonalnie żałosnej, a emocjonalnie podstawowej potrzeby kontaktu z innym człowiekiem. Jeśli piękne sceny kulminacyjne, bezpretensjonalne emocje i poruszająca muzyka pozwolą nam przymknąć oko na pewne naciągnięcia filmu, okazuje się, że tak naprawdę całkiem kompetentnie dotyka on wielu kwestii kosmologicznych, fizycznych i filozoficznych. Co więcej, celnie przekłada je na wymiar osobisty naszego życia – podstawowe kwestie, z którymi mierzymy się co dzień. Fantastyka niby jest w kinie popularnym wszechobecna, ale jak rzadko, w Interstellar zachęca faktycznie do rozszerzenia horyzontów, nie wygodnej bigoterii.

Mama

7. Mama, Xavier Dolan

Zostawmy już w spokoju wiek Dolana i rosnące z roku na rok uczucie rozczarowania, kiedy porównuję się do niego. Facet w każdym razie jest już dorosły, nakręcił już pięć świetnych filmów, chociaż pozostaje dość kontrowersyjny w świecie kinomanów. Na tym etapie już pewnie wiecie, czego się spodziewać, i Mama, choć nijak nie jest repetytywna, ma te same cechy: spontaniczna, emocjonalna, z niezwykłą wrażliwością każdego kadru i szalenie spektakularnymi scenami muzycznymi. To najbardziej punkowe kino roku: głośne, niedojrzałe, starające się za bardzo, pozbawione strachu i klasy, krzyczące ci prosto w twarz duże problemy biednych i słabych ludzi, dynamiczne, intensywne i wyczerpujące. Jak mógłbym tego nie kochać?

Wolny strzelec

8. Wolny strzelec, Dan Gilroy

Właściwie Gilroy nie jest wirtuozem kamery, ale film zrobił tak dobry, że nadal nie umiem ogarnąć. Nie widziałem nigdy, żeby coś tak ważnego zostało ujęte choć trochę tak dobrze, jak robi to Wolny strzelec. Swoją drogą, to jeden z tych polskich tytułów, które doceniam, wszak odnosi się do rosnącej liczby dryfujących po naszym rynku pracy – na którym nie ma pracy, ale tyle możliwości dla przedsiębiorczych! Przedsiębiorstwa stanowią ogromną część naszego życia, a filmów o nich niewiele. Obraz Gilroya oparty jest na wspaniałym pomyśle, by mechanizmy firmy ukazać przez pryzmat jednej osoby, w ten sposób mówiąc wiele i o przedsiębiorstwach, i człowieku. Pozwala to też uczynić z tematu, brzmiącego jak wyszczekana satyra na korporacje i media, prawdziwie szaloną i wstrząsającą narrację (jak kilka innych na tej liście, ten film ma sceny, które nie dla każdego będą do zniesienia). Kino z reguły lubi pokazywać nam tylko wydawanie pieniędzy, bo to oczywiście ten fajniejszy aspekt życia; politycy czy przedsiębiorcy zazwyczaj kończą na ogólnikowych sloganach, że aby mieć kasę, trzeba pracować ciężko. Wolny strzelec to rzadki i przez to jeszcze bardziej olśniewający przykład sztuki, która faktycznie skupia się na tym, że pieniądze trzeba jednak jakoś zarobić. Bywa bardzo, bardzo brzydko, ale przecież gdyby było fajnie, to każdy by zarabiał, co nie? Okropne w tym filmie jest to, że bardzo trudno jest się z nim kłócić – chociaż oczywiście używa pewnych zbiegów okoliczności, jego wizja świata jest kompletnie prawdziwa, co, delikatnie mówiąc, nie poprawia humoru. Ale jestem ogromnym fanem wypowiedzi, które trafiają w sedno, a Wolny strzelec taki jest. Praktycznie w każdym momencie filmu jestem onieśmielony tym, jak perfekcyjnie zostało to wszystko napisane, każda linijka jest powalająco dobra. Dla mnie nowy klasyk.

Boyhood

9. Boyhood, Richard Linklater

Najbardziej celebrowany anglojęzyczny film ostatnich lat skłania do licznych rozkmin, z tym że ja akurat sporo z nich i tak już miałem. Podobnie jak w swojej trylogii Przed…, Linklater trzyma balans między planowaniem a spontanem, by powstało podczas oglądania to niezwykle przyjmne uczucie typu „o fak, podglądam życie”. Szczerze mówiąc, specyficzny przebieg czasu w Boyhood uderzył mnie najbardziej wtedy, gdy… film się skończył, nagle wróciłem do normalnego życia i przeskok był niezwykle natchniewający. Żaden chyba film nie potrafił odzwierciedlić tak mocno tego niby oczywistego, ale ciągle zapominanego faktu, że przecież to wszystko, każdy moment, jest częścią czegoś większego, jest częścią ogólnie rozumianej „naszej osoby”, naszej pamięci, świadomości i odrębności od wszystkich innych ludzi. Naszej historii, banalnej czy nie. Możliwe, że najbliżej tego efektu były do tej pory durnowate sitcomy w stylu Przyjaciół, z tym że tam upływ czasu było widać głównie w okolicznościowych żartach i gadżetach oraz fryzurach bohaterów – nie ich osobowościach, bo ich tam nigdy na początek nie umieszczono. Zazwyczaj mogło tam minąć nawet kilkanaście lat i postaci specjalnie nie dorastały, poza tym, że posuwały swoje związki na bardziej oficjalne etapy. Bohater Boyhood jest prawdziwym, osobnym człowiekiem, a jego rozwój jest zadziwiająco naturalny: w tych odpowiednich proporcjach zaskakujący i oczywisty w swoim kierunku. Zawsze lubiłem to dziwne uczucie, kiedy rozmawiasz z jakimś dziwakiem albo tyranem, a przecież jesteś świadomy, że kiedyś był niewinnym dzieckiem jak wszyscy – wrażliwym materiałem, ukształtowanym następnie przez traumy, otoczenie, przypadki – ale też zawsze mając w sobie określone osobiste cechy, które dorastanie tylko pozwoliło mu skuteczniej wydobyć na wierzch. Boyhood uderza w te struny i nie chodzi nawet o tego bohatera i tę historię, ale to, że dla każdego dokoła, ujęty w 12 lat czy w trzy godziny filmu, ten czas minął jak w mgnieniu oka i nadal nie raczy stanąć.

Imigrantka

10. Imigrantka, James Gray

O tym filmie akurat nieco tu pisałem, więc litościwie nie przedłużajmy. Wspomnę tylko o tym, o czym zapomniałem przy okazji Onej – Joaquin Phoenix to pierwszy aktor, którego widząc, z jakiegoś powodu myślę sobie: jaka to piękna osoba. Jego wrażliwość stała się dla mnie nierozłączna z filmami Graya, zwłaszcza tym, którego środki wyrazu mocno odnoszą się do kina niemego (i oczywiście niejednego klasyka czy klasyka-wannabe, który celował w podobną epickość obrazu przez ostatnie 100 lat), uderzając sceną, kadrem, mise-en-scene, twarzami. W porównaniu do innych filmów na liście, mam mniej osobistego stosunku emocjonalnego do Imigrantki, ale to nie znaczy, że nie porusza mnie już choćby przez to, jak niesamowicie dobrze jest nakręcona. To kompletna uczta kinomana. Nie obchodzi mnie dyskusja o „American Dream”, ale obchodzi mnie ciążący dystans między dwoma jednostkami, które czują, że nie mogą być samodzielne, gdy wiele zdaje się wskazywać na to, że powinny.

Inne filmy, które bardzo mi się podobały: Zaginiona dziewczyna, Grand Budapest Hotel, Namiętność, 22 Jump Street, Babadook, Sąsiedzi.

Oscary 2015: Typowanie – kategorie techniczne

Więcej typowania

[more]

Reżyseria: Stawiam na Birdmana i nie widzę powodu, by ktoś jarający się Birdmanem zignorował reżysera odpowiedzialnego za tak dziwaczny, wyjątkowy, brawurowy styl. Teoretycznie jest możliwe, że jeden film dostanie nagrodę główną, a drugi za reżyserię – oba napędzane są wspomnianymi „gimmickami”, co można odbierać różnie – ale raczej stawiałbym, że pójdzie to w parze. Skala tego, co musiał zrobić choćby Inarritu w setce malutkich kwestii (odpowiedni projekt scenografii, tony prób przed rozpoczęciem zdjęć i ogólnie sto razy więcej pracy przed samym startem kręcenia, niż to jest w zwyczaju), by ten film mógł zrealizować według swojego szalnego pomysłu (i mu się udało!), nie może nie imponować. Opowieści o tym, jak kręcono Birdmana, to dla mnie ciekawsza treść niż większość nominowanych filmów. Wygra: Alejandro Gonzalez Inarritu. Mój głos: Richard Linklater.

 

Scenariusz oryginalny: trzej główni faworyci całego wyścigu mają tutaj niemałe szanse. Birdman wydaje się filmem najmniej opartym na słowach i przez to wcale nie stawiam go jako mocnego faworyta, ale też nie będzie szokiem jego wygrana. Również Boyhood może tracić w tej kategorii jako film mający znamiona wręcz dokumentu (nie każdy długo myśli o typach i jeśli film może na pierwszy rzut oka wywołać wrażenie „mało napisanego”, to wystarczy, tak samo jak raczej przekreśla szanse wrażenie „małej muzyczności” czy „małego zmontowania” w odpowiednich kategoriach). Klasyczny „film według scenariusza” to Budapeszt, i zazwyczaj takie są tu nagradzane. Nagrody BAFTA oraz związku scenarzystów przesądzają ten typ. Wygra: Grand Budapest Hotel. Mój głos: Wolny strzelec.

Scenariusz adaptowany: gdyby na serio istniał taki ruch jak feminizm, tylko, wiecie, dla facetów, moglibyśmy pewnie głośno uznać Teorię wszystkiego za dowód na kulturalny matriarchat – serio, jak można mieć taki materiał, jak biografia cholernego Stephena Hawkinga i wybrać głównie… jego związek z żoną, która zresztą w filmie nie objawia żadnych ciekawszych cech? Nie spinajcie się – wiem, że to tak naprawdę smutne, że w tym roku, nie pierwszy raz, wśród potentatów Oscarowych nie znajdziemy zbyt ciekawych postaci kobiecych. W tej kategorii nie ma jednego faworyta, co sprawia, że najbardziej lubiany film w stawce – Snajper – nie powinien być skreślany, nawet jeśli większość typerów stawia na Grę tajemnic (swoją drogą, Boże, jak można na coś takiego głosować? Aha, Gra tajemnic przegrała BAFTA z tą drugą biografią słynnego Brytyjczyka). Niektórzy wpisują za to Whiplash. Tak więc to kolejna kategoria z szerokim polem do popisu. Chciałbym ulec uprzedzeniu wobec Snajpera, bo go nie widziałem i mogę sobie wyobrażać, że ma dobry scenariusz, a to, co widziałem – nie. Na pewno warto postawić parę złotych przy kursie w okolicach 25-30 do jednego. Wygra: Snajper. Mój głos: oświadczenie dystrubutora Warner Bros. Polska o powodach przekładania polskiej premiery Wady ukrytej (jeśli już się pogubiliście – na ten moment filmu nie ma w zapowiedziach).

 

Muzyka: to jedna z tych kategorii, gdzie mocnym kandydatem byłby Birdman, ale nie został nominowany (nie pierwszy film skreślony przez Akademię z kwestii technicznych – przesądzić miała ilość użytych utworów klasycznych, niepochodzących z OST). Zazwyczaj nieco bardziej pasuje mi wybór Złotych Globów w tej kategorii, nie tylko z tego względu. Przykładowo, dla nich już obowiązkowy jest udział wśród nominacji duetu z Nine Inch Nails, w Gone Girl trzeci raz pokazującego nowe horyzonty muzyki filmowej. Tu ich nie ma. Inny przykład: gdy dla Oscarów obowiązkowy jest ostatnio mój ulubieniec Alexandre Desplat, wyrastający na nowego Johna Williamsa i Hansa Zimmera (Francuz zebrał 8 nominacji przez ostatnie 9 edycji!), choć nadal nienagrodzony, Złote Globy doceniły go już dawno temu za jego najlepszą robotę w Malowanym welonie. Francuz mógłby powiedzieć: „liberté, egalité, banalité” o soundtracku Joahnna Johanssona do Teorii wszystkiego, który jest faworytem do wygranej, z czym trudno mi się pogodzić. Wybiorę znowu opcję na Budapeszt, choć jakoś mnie nie urzekła – to idealna muzyka do tego filmu i ma tę zaletę, że najwięcej mu daje, to chyba najważniejsze. Natomiast gdy siadam do słuchania każdego soundtracku osobno, Budapeszt to po prostu nie moje klimaty. Wygra: Grand Budapest Hotel. Mój głos: Gra tajemnic lub Interstellar.

Piosenka: jak zwykle trudno tu zrozumieć, co się dzieje. Kilka naprawdę znanych wykonawców miało niezłe piosenki w hitowych filmach – Lorde w Igrzyskach śmierci (zresztą podoba mi się znacznie bardziej niż jej słynne, koszmarne „Royals”), Patti Smith w Noem, Sia w Annie – ale nie zostało nominowanych. Jedyny utwór, który został zapamiętany przez szeroką publikę, to „Everything is Awesome” z LEGO cośtam (głupi utwór, ale mam nadzieję na fajne wykonanie go podczas gali!), ale on raczej nie ma szans wygrać, podobnie jak druga piosenka, która jest faktycznie w ogóle zauważalna podczas oglądania filmu, czyli „Lost Stars” (pod wieloma względami idealny kandydat). Na szczęście, powinniśmy też uniknąć wygranej Glena Campbella, choć nie skreślajcie jej zupełnie w głosowaniu grupy emerytów. Wszystko wskazuje na to, że wygrają dwaj kumple Kanye Westa i patrząc na zeszłoroczną desperację oscarowych producentów, by stać się „viralnymi” (i przy okazji dostać gruby przelew od producenta pizzy czy telefonu do selfie), można być pewnym, że Kanye w trakcie ich przemowy wbiegnie na scenę by przerwać. Wygra: „Glory”. Mój głos: „Lost Stars”.

Montaż dźwięku: wspominałem już, że nie oglądałem Snajpera? Raz albo dwa. To nadal nieco utrudnia wyroki. Wojna i kosmos to dwa środowiska, które ostatnio dominują w tej kategorii, a montażyści Nolana już zgarnęli tutaj niejedną statuetkę. Wielu widzów, zwłaszcza z IMAX-ów, narzekało na brzmienie Interstellar i chociaż ja w zwykłym kinie nie miałem kłopotów, myślę, że taka zauważalna grupa może przesądzić w obu kategoriach dźwiękowych. Masę kasy można potencjalnie zarobić na Birdmanie, który jednak chyba nie zabije stereotypu, że tutaj trzeba głośno. Wygra: Snajper. Mój głos: Interstellar.

Miks dźwięku: w tej kategorii czasami wygrywa ten sam głośny film, ale czasami też film muzyczny. To znaczy, że nie tylko Birdman ma jakieś szanse zaskoczyć, ale przede wszystkim powinno być wymarzoną okazją na triumf Whiplash, który co jak co, ale jest jednym z najbardziej muzycznych filmów ostatnich lat. Bukmacherzy nie skreślają nawet Interstellar, ale ja to zrobiłem. Mam tu wątpliwości co do trzech filmów i kieruję się własnym wrażeniem by przeciąć węzeł, choć dźwiękowcy nagrodzili ostatnio Birdmana. Wygra: Whiplash. Mój głos: Whiplash.

 

Scenografia: to byłby jakiś temat kilka miesięcy temu, ale obecnie sprawa wydaje się ewidentnie przesądzona i nie ma na czym zarobić. Chociaż swoich fanów ma Mr Turner, a niektórzy z przyzwyczajenia wpisują film fantastyczny, czyli Tajemnice lasu, ogólnie jest to jedna z kategorii, gdzie wszyscy entuzjastycznie popierają pewniaka… Wygra: Grand Budapest Hotel. Mój głos: Grand Budapest Hotel.

Zdjęcia: …tak jak tu. Emmanuel Lubezki dość szybko stał się nowym Bogiem zdjęć: jak pominięto go za Drzewo życia, nadrobił wszystko zgarniając wszelakie możliwe wyróżnienia za równie genialne i brawurowe, choć na fascynująco inne sposoby, realizacje Grawitacji i teraz Birdmana. Po zeszłorocznym triumfie można już naprawdę olać pytania o to, czy jego metody nie są zbyt widocznie „komputerowe”, że nie wiadomo, gdzie się kończy praca zdjęciowca, a zaczyna montażysty i komputerowców – Akademia stawia na efekt, a efekt na ekranie podczas oglądania Birdmana to jedno, dwugodzinne, szalone, obsesyjne, tętniące nerwozą, przyprawiające o zawrót głowy ujęcie. Pamiętam, gdy lata temu typerzy wmawiali Akademii przesadny konserwatyzm: „taki film jak Slumdog nie może wygrać w tym gronie”, „taki film jak Avatar nie może wygrać w tym gronie”, i tak dalej. Nagle mamy siódmy rok z rzędu, gdy tę nagrodę dostanie film kręcony cyfrowo. Wiemy z wywiadów, że są nadal filmowcy, którzy nie wyobrażają sobie robić prawdziwego „filmu” (bo co za film bez filmu?) na Aleksie, ale jak wynika z głosowań, nie jest to większość. Oczywiście, raczej nie dałoby się w ogóle nakręcić Birdmana czymkolwiek innym, bo oprócz mobilności (kamera wręcz wiruje tu wśród bohaterów, po schodach…) potrzebowano jej rozpiętości tonalnej i przestrzeni barw (taśma nigdy nie pozwoliłaby kręcić w budynku czy mieście nocą przy naturalnym oświetleniu). No ale co, tęsknicie za rozdzielczością porządnej taśmy? To rezerwujcie bilet do Berlina na najbliższy pokaz nowego Tarantino czy Paula Thomasa Andersona w 70 mm, Akademia nie tęskni. Aha, fanem Alexy jest też Roger Deakins, który nominany jest za Niezłomnego po raz dwunastu i znowu przegra. Wygra: Birdman. Mój głos: Birdman.

Charakteryzacja: wszyscy stawiają tu na Budapeszt, nawet jeśli większość postaci wygląda dość „normalnie”, w przeciwieństwie do Foxcatchera, w którym każdy z głównych bohaterów to wykreowana niemal na nowo twarz. Co zrobić – ludzie głosują na film Wesa, nawet jeśli tylko Tilda Swinton jest w nim tak uroczo nie do poznania, jak choćby Mark Ruffalo w Foxcatcherze. Czym oni potraktowali jego twarz, żeby zrobić z niego takiego potwora? Ruffalo jest zazwyczaj taki słodki. Wygra: Grand Budapest Hotel. Mój głos: Foxcatcher.

 

Kostiumy: znowu rywale to Budapeszt i Tajemnice lasu, i chociaż zazwyczaj suknia=wygrana w tej kategorii, wpisaliśmy już na kartce Budapeszt zbyt wiele razy, żeby chciało nam się zastanawiać. Nie ma powodu, by akurat w tej kategorii wygrał mniej lubiany film, jeśli kostiumy w Budapeszcie są wykonane naprawdę z polotem i wnoszą do filmu więcej, niż w jakimkolwiek innym kandydacie. Wygra: Grand Budapest Hotel. Mój głos: Grand Budapest Hotel.

Montaż: podobnie jak z muzyką: mocnym kandydatem byłby Birdman, ale zaskakująco nie został nominowany, tak jak i kolesie Finchera. Sprawa nadal nie jest prosta: klasyczna metoda „wygra film w którym jest najwięcej najciekawszego montażu” stawia na Whiplash. Z drugiej strony mamy Boyhood, który niby wygląda dość standardowo, ale wiemy, że to zbiór materiału z kilkunastu lat, co jest dość imponujące i przypomina o tym, że montaż właściwie tworzy film. Co prawda BAFTA nawet nie nominowała Boyhood (wygrał tam więc oczywiście Whiplash), ale uznałbym to za pojedynczą wpadkę i pozostanę przy popularnym typie. Wygra: Boyhood. Mój głos: Boyhood.

Efekty specjalne: jak to zazwyczaj bywa, jeśli jest tu okazja zagłosować na film, który się widziało, to nie ma się co zastanawiać. Gdyby mediana wieku Akademii była niższa o 60, kto wie… Specjaliści od efektów mogliby postawić niby na Planetę Małp, bez wątpienia imponującą pod względem skonstruowania całej gamy małpich postaci, ale pozostali musieliby najpierw chcieć to w ogóle oglądać. Wygra: Interstellar. Mój głos: Ewolucja planety małp.

Oscary 2015: Typowanie – kategorie filmowe i aktorskie

Tradycja ważniejsza niż życie.

[more]

To nie jest kraj dla ludzi takich jak ja. Nie jestem milionerem z ulicy, siedzę w pułapce biedy, nie jest mi raczej pisane zostać królem ani zrobić karierę artysty, a z Argo nie będzie kalambura, bo się nie da. Hm, Operacja Katorgo, zadowoleni? Życie to nie Oscarowy film i w ostatnich latach obowiązki wykładacza towaru na półkach nieco przygniotły możliwości eksplorowania świata filmów. Ale widziałem już większość z filmów nominowanych w najważniejszych kategoriach, więc pogadajmy o Oscarach. Niektórych filmów nie widziałem, ale od kiedy trzeba oglądać film, żeby się powymądrzać? Widzieliście, jak wyglądał internet w dniu premiery 50 twarzy Greya. Dla mas było ważne dać znać światu, że film uważają i tak za słaby. Dzięki! To ważne.

Największa dyskusja w Stanach dotyczyła „pominięcia” filmu Selma – głównie w kategorii głównej roli męskiej oraz reżysera, przez co wszystkie najważniejsze kategorie są zdominowane przez białych (Selma znalazła się jedynie w gronie 9 nominowanych za najlepszy film). Wypowiadanie się przez Polaków o kwestii rasowej w USA jest tak samo na miejscu, jak komentowanie filmu, którego się nie widziało, więc spróbuję. Po pierwsze: pamiętajmy, że Selma nie była żadnym żelaznym faworytem, a jej szansom nie pomogło późne rozpoczęcie kampanii, które przyczyniło się do przegapienia wielu szans na rozesłanie filmu odpowiednim członkom Akademii. Być może gdyby film był gotowy miesiąc wcześniej, inaczej by to wyglądało. Po drugie: to niejedyny film w historii, który został „pominięty”. Czy „białość” Akademii (pamiętajmy: to prawie sami biali mężczyźni, w większości emeryci) miała pewien wpływ na wyniki? Myślę, że tak, a w jakiej mierze – nie ma jak poznać. Tożsamość każdej osoby wpływa na jej gust filmowy. Co innego ją rusza, z kim innym się indetyfikuje, lubi odmienne historie o odmiennych ludziach. Tyle że ile ma sensu krytykować ją samą za to, jakie filmy lubi? Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem Selmę, ale prawdopodobnie krytycy, jeśli tak im zależy na tym, by Akademia była obiektywna i różnorodna niczym dobro narodowe, prawdopodobnie powinni protestować w sprawie zatrudnienia w Hollywood większej ilości ludzi niebędących starymi, białymi facetami (co zresztą powoli się dzieje, ale że członkostwo jest dożywotnie, zmiana musi być niezwykle stopniowa). Niektórzy pisali wręcz o nagonce. Reżyserka Ava DuVernay mówiła rzeczy w stylu „krytykują nas za to, że nie trzymamy się do końca prawdziwej historii – czemu od innych się tego nie wymaga?”. To też przesadzona opinia, bo teksty w stylu „ten film wypacza fakty” można znaleźć w przypadku każdej większej produkcji. Dla mnie Selma to film historyczny, który dla osoby spoza USA może nie wnosić wiele do życia – co prawda u nas też w ostatnich tygodniach można znów przekonać się o tym, jakie opory musi pokonać strajkujący, tyle że są one inne, niż przedstawione w filmie Avy DuVernay. W Polsce nawet nie trzeba się martwić o szeryfów i polityków, ludzie dokoła ciebie sami będą pilnować, żebyś nie poprosił o podwyżkę, roszczeniowy leniuch jeden.

Jak to nierzadko ostatnio bywa w wyścigu o Oscara, jeden film dostał niesamowicie dobre recenzje i był faworytem przez wiele miesięcy (tym razem Boyhood), ale gdy przyszło do głosowania wśród samych filmowców, zaczął wygrywać kto inny (tym razem Birdman). To, co nazwałbym bardzo słabo „zwrotem realistycznym” w popularnej krytyce filmowej, w przypadku Hollywoodu nabiera ciekawego aspektu. To może być trzeci raz przez ostatnie 4 lata, gdy zwycięża film opowiadający dość dosłownie o środowisku filmowców, w stylu „no może jesteśmy porąbani, ale jacy uroczy!”. Miałem już cały akapit o tym, o czym to świadczy, ale skasowałem, bo w sumie… może o niczym specjalnym? Na pewno wydaje się, że odniesienie do świata filmu, tak samo jak oparcie w prawdziwej historii może pomagać JAKOŚ filmowi, ale… to tylko jeden z czynników, nie przesadzajmy z absolutyzowaniem. Podobnie jak Artysta czy Argo, Birdman cieszy się uznaniem krtytyki i widowni, więc filmowcy nie powinni uchodzić za jakichś kosmitów, że też im przypadły go gustu. Można dla równowagi wymienić wiele filmów robionych niby bardziej „pod Oscara” (Invictus, Dziewięć, Strasznie głośno…, J. Edgar, Mandela…), które poniosły klęskę. Czemu? Bo nie zostały uznane za zbyt dobre. Jeśli nawet nie wygra w tym roku Boyhood, zajmie drugie miejsce i dostanie sporo głosów, a to przecież film robiony przez niezbyt dotąd nagradzanego Richarda Linklatera, jak zawsze u niego – specyficzny projekt pasji, dodatkowo wypuszczony w lecie. Wspomnijmy, że Linklater miał kiedyś film niby bardziej „Oscarowy”, czyli Ja i Orson Welles. Jeśli nie sam film, przynajmniej wcielający się w jedną z najważniejszych postaci w historii kina Christian McKay był uważany za Oscarowego faworyta, ale film okazał się mało popularny i nie dostał nawet nominacji.

Tradycyjnych głosów o tym, że Birdman „oczywiście wygrał, w końcu to film o…” nie będę słuchał. Trzeba to na niego postawić we wrześniu, skoro to takie oczywiste.

Obaj faworyci zwracają uwagę internetowych znawców nie tylko tematyką (Birdman to Hollywoodzka agitka, Boyhood to lewacka/prawacka agitka), ale też „trickiem”, który ma zwracać uwagę. Jeden film, jak wiadomo, jest zrealizowany w jednym ujęciu (tak, wiem, że nie kręcili tego naprawdę na raz – ale mniejsza z tym, jako widz odbieram to, co widzę), drugi był kręcony przez kilkanaście lat, by odzwierciedlić upływ czasu. No i co, to źle? Jeśli to działa, jeśli efekt wam się podoba, nie bijcie się po plecach, a jeśli nie… można by napisać książkę telefoniczną z listą filmów, które też miały jakiś ciekawy pomysł no i popatrz, Oscara nie dostały. Tak czy siak, to właściwie naprawdę brzmi dobrze. Właśnie minęło 100 lat od premiery Narodzin narodu, filmu, który generalnie ustanowił większość podstawowych technik do dziś używanych do montażu filmu. To było pełne treści 100 lat i nie ma się czeg wstydzić, jeśli robisz duży, fajny, udany, dobrze przyjęty film, o którym można powiedzieć: „czegoś takiego jeszcze nikt nie zrobił!”. To nie jest też przecież pusta zabawa. Wymienione „tricki” mocno na pewno przyczyniały się do tego, że oba filmy najbardziej zrobiły na mnie wrażenie, gdy… wychodziłem z kina, poprzez ich podejście do czasu i ciągłości wydarzeń. Refleksje typu „kurczę, człowiek żyje bez montażu, non stop jest scena”, „kurczę, wszyscy dorośli byli kiedyś dziećmi i vice versa”, „kurczę, życie mija w mgnieniu oka” można uznać za banał, ale też jednocześnie za coś, co pozwala rzucić nowe światło na własne życie, złapać nowy oddech i pokochać je na nowo. To nie jest najsłabszy wyścig o Oscara, w skrócie mówiąc!

Często ostatnio bywa tak, że gdzie dwóch walczy, tam trzeci dominuje kategorie techniczne. Gdy nie wiadomo, na co postawić, stawia się na ten „niepoważny”, ale piękny film w każdej kategorii pomniejszej – Grawitacja, Hugo, Aviator czy Incepcja to jakieś przykłady. W tym roku, o dziwo, tym filmem ma być Grand Budapest Hotel. Wszyscy są zaskoczeni, ale to właśnie ten film wniósł Wesa Andersona do ekstraklasy, zarobił mnóstwo pieniędzy i otrzymał nagrody. Nowy Wes to oczywiście cacuszko, i jeśli pomyśleć, całkiem wzruszające (gdy ostatnio puszczałem film na Święta rodzinie, kapnęła pewnie łezka czy dwie) w swoim odwoływaniu się do mniemania, iż kiedyś, podobno, było jakieś pozytywne znaczenie słowa „szlachetny”, na wzór moich ukochanych filmów Towarzysze broni czy Pułkownik Blimp – ale czy nie to samo, bardziej, robiły niemal wszystkie poprzednie Wesy? Kochankowie z księżyca dostali tylko nominację za scenariusz. Oczywiście, teraz łatwo byłoby mi podać powód, według metody internetowych znawców – wskazać najbardziej widoczne różnice między filmami i powiedzieć: „ten film dostał oczywiście Oscara, bo oni zawsze nagradzają X i Y”. Tak czy siak, w większości kategorii „Budapszet” będzie faworytem każdego kinomana, okrążonym zalewem chłamu. To film, który można oglądać i omawiać w nieskończoność, nawet na stopklatce.

 

Rok temu pisałem o walce kilku wspaniałych filmów. W tegorocznej stawce nie znalazłem zbyt wiele dla siebie. Możliwe, że po prostu mi się już nic nie podoba – to nie żart, całkiem możliwe. Nawet Boyhood, który zdominował głosowania krytyków, choć świetny, nie jest tym filmem, który naprawdę mnie nie zdemolował. Birdman i Whiplash mnie nieco zirytowały, Teoria wszystkiego i Gra tajemnic to pozbawione ambicji i gustu, obraźliwe dla portrerowanych biografie. Nie widziałem niestety Snajpera, o którym słyszałem rzeczy… różne. No cóż, będę strzelał w ciemno z opiniami na jego temat.

 

Najlepszy film: W komentarzach pod poprzednią notką można było zauważyć chronologię. Gdy Birdman wygrał nagrody związków aktorów, reżyserów i producentów, czyli najważniejszych branży, uznałem, że jest faworytem. Bukmacherzy już, zdaje się, dołączyli do tego grona i to raczej Boyhood jest underdogiem, choć to zapewne najbardziej zacięty wyścig od lat (wiem, że to samo pisałem rok temu, ale i wtedy za Zniewolonym przemawiało jednak więcej). BAFTA poszła na Boyhood, więc to nie tak, że wszystko przemawia za filmem Inarritu. Ale kurczę, nagrody związków aktorów, reżyserów i producentów. To musi być faworyt. Wygra: Birdman. Mój głos: Boyhood.

Aktor: to, co naprawdę ja sam bez oparcia naukowego nazwałem „zwrotem realistycznym w popularnej krytyce filmowej”, nigdzie nie jest bardziej zauważalne, niż w tej kategorii. Nawet jeśli mamy kilka niezwykle mocnych kreacji w uwielbianych filmach, praktycznie co roku wygrywa ktoś odtwarzający postać opartą na postaci realnej. W poprzednich dekadach nie było to aż tak zauważalne. W tym roku większość nagród dostał Eddie Redmayne za faktycznie miłe odzworowanie postaci Stephena Hawkinga, które przynajmniej zaiste oddaje niemało z jego uroku, co pewnie trzeba uznać za lepsze aktorstwo niż Benedict Cumberbatch grający Benedicta Cumberbatcha nazywającego się z jakiegoś powodu Alan Turing (konkurencja jest spora, ale to może być najbardziej bezsensownie stworzona postać w historii Oscarów). Potencjalną niespodzianką jest wyłącznie Michael Keaton, który jako jedyny nie gra oficjalnie roli biograficznej, choć oczywście w pewnym sensie gra – Michaela Keatona. Jednak zbyt wiele grup doceniło Birdmana, nie dając jednocześnie wyróżnienia aktorowi w centrum. Większe szanse na niespodziankę ma Bradley Cooper – Snajper naprawdę robi sensacyjną karierę i wyrasta w ostatnich tygodniach na mocnego kandydata do wszelkich zaskoczeń. Mój głos jest trudny: nie widziałem w akcji Coopera, a także docenionych gdzie indziej Spalla, Phoenixa, Gleesona. Jednak nawet Ralph Fiennes byłby lepszy niż ta stawka. Wygra: Eddie Redmayne. Mój głos: Nie Cumberbatch.

Aktorka: pierwszy raz swoje typy na tym blogu zamieściłem w roku 2008. Wtedy mocną faworytką była Julie Christie za film typu „och jak ciężko mieć Alzheimera” Away from Her. Wygrała o dziwo Marion Cotillard; ja uwierzyłem Rogerowi Ebertowi, że szanse miała Ellen Page (nie miała). Tym razem Alzheimer wygra, dodatkowo w zwycięskim ustawieniu sprzed roku: załamująca się żona Aleca Baldwina. Aha, i znowu tak naprawdę członek rodziny z rolą drugoplanową  (tu – Kristen Stewart) zagrał po cichu znacznie ciekawszą rolę, niż znana aktorka w roli głównej. O klęsce Gone Girl Finchera niech świadczy fakt, że tutaj jest jedyna ich nominacja i to bez szans, podobnie jak faworytka jesieni Reese Witherspoon. Brak nominacji dla Scarlett Johansson w tak słabej stawce mówi wiele o olewce Pod skórą. Wygra: Julianne Moore. Mój głos: Rosamund Pike.

Aktor drugoplanowy: lubię sobie wyobrażać, że Whiplash to po prostu film o tym, jak życie muzyka wyobraża sobie Vernon Schillinger. Z drugiej strony – można tak powiedzieć o każdej z wielu kultowych postaci JK Simmonsa, włącznie z szefem Petera Parkera w Spider-Manie, który potrafił mieć tę swoją niesamowitą fryzurę i jednocześnie powtarzać: ufam tylko swojemu fryzjerowi. To brzmi zupełnie jak ta diabelsko idiotyczna filozofia Simmonsa w Whiplash! Nie wiem, czy to dobrze czy źle, ale fajnie, że są tacy aktorzy jak obecny Robert Downey Jr. czy właśnie Simmons – charaktery, które przychodzą na plan jako gotowa, fascynująca postać. Wygra: JK Simmons. Mój głos: JK Simmons.

Aktorka drugoplanowa: znana też jako ta kategoria aktorska, gdzie czasem wygra ktoś bez szarżowania. To może być ten rok, bo kolejnym pewniakiem na tej liście jest Patricia Arquette, grająca po prostu dobrze dość zwyczajną kobietę. Jeśli słyszeliście o konkurencji, dajcie znak. Najciekawsze w tej kategorii jest to, że znowu pobito rekord, co może zrobić Meryl Streep, żeby i tak dostać nominację. Wiecie, kochałem Meryl Streep, gdy jeszcze cokolwiek kochałem. Ale bez przesady. Wygra: Patricia Arquette. Mój głos: Patricia Arquette.

Film animowany: ta branża zawsze jakoś zaskoczy i tym razem bez nominacji został główny faworyt, LEGO cośtam. Nie wiadomo do końca, kto jest faworytem teraz. Raczej Smok 2, najbardziej w tym gronie doceniona amerykańska kreskówka, choć i Disneyowska Wielka szóstka (niby nie-seuqel, ale usypiająca klepaniem schematów jeszcze bardziej!) ma szanse. Od jesieni mówi się o potencjalnym zaskoczeniu w postaci kandydata japońskiego, ale Kaguya wydaje mi się za wolna, za prosta i zbyt minimalistyczna, bo powalczyć w kategorii z taką tradycją (delikatnie mówiąc, to nie jest Spirited Away, jedyny na razie nieamerykański zwycięzca – prędzej już dałbym szanse puszczanym niedawno w Polsce Wilczym dzieciom). Nie widziałem Song of the Sea (kolejnej z zaskakujących nominacji w tej kategorii – lubię tych kolesi za to, że zawsze coś znajdą, czego bez Oscarów może nawet ja bym nie zobaczył) i kto wie, może ten film jako jedyny w stawce naprawdę by mi się spodobał. Wygra: Jak wytresować smoka 2. Mój głos: Kaguya.

Film nieanglojęzyczny: już raz typowałem tu polskie zwycięstwo, ale tym razem Ida jest jeszcze mocniejszym kandydatem. To jedyny film w stawce, który został tak doceniony w UK i USA już na długo przed nominacjami, przez krytyków oraz szeroką widownię. Przykładowo, Lewiatan był może i wyżej w głosowaniu znawców „Sight&Sound”, ale Ida była też wysoko w głosowaniu czytelników, a ponadto zarobiła w USA siedmiokrotnie więcej pieniędzy. Może niecałe 4 mln dolarów w USA nie brzmi jak fortuna, ale Idzie naprawdę nie planowano takiej kariery i nie miała żadnej poważnej dystrybucji. Dość powiedzieć, że przez 7 lat istnienia jej amerykańskiego dystrybutora, tylko trylogia oparta na Stiegu Larssonie oraz popularny thriller Nie mów nikomu zarobiły dla nich więcej. Mówiło się nawet o szansach Agaty Kuleszy na nagrodę aktorską, a jest i nominacja za zdjęcia, choć oczywiście nominacje w innych kategoriach nigdy nie oznaczają przewagi w tej (przykłady są liczne – jednak teraz głosować może każdy w Akademii i może nie ma co tego kompletnie nadal lekceważyć). Argentyńskie Dzikie historie robią szybko karierę i uważam, że mają większą szansę zaskoczyć, niż Lewiatan (kochałem Zwiagincewa, ale…). Jednak za tymi filmami trzeba wymyślać argumenty, a Ida to sprawdzony podbijacz serc. Członkowie Akademii, jeśli cokolwiek, powinni tylko bardziej interesować się historią odnoszącą się do losów żydowskich w Europie. Argentyńscy szarzy ludzie, którzy po prostu wkurzają się na niesprawiedliwość i wybuchają? Nie czuję tego! Wygra: Ida. Mój głos: Dzikie historie.

Film dokumentalny: pewniakiem wydaje się Citizenfour, zdecydowanie najpopularniejszy dokument w tym gronie (rywalem i pewnie nawet faworytem miało być Life Itself o życiu Rogera Eberta, ale nie zostało nominowane). Jednak są argumenty przeciw. Po pierwsze, każdy głosujący dostał te filmy na płytkach i efekt przewagi popularności (najwięcej głosów dostaje oczywiście film, który więcej osób widziało) może zostać zniwelowany (to oczywiście nijak nie pomaga nam znaleźć ostatecznego wyniku). Po drugie, aprobata krytyki i zaangażowanie polityczne to zestaw, który wielokrotnie już w tej kategorii przegrywał. Nie zawsze, ale pamiętajmy, że przekaz z Inside Job, „bankierzy nas wyr…, a Bush im tylko usługiwał”, jest znacznie mniej kontrowersyjny w wymowie niż ten z filmu o Snowdenie: „Obama nie różni się pod wieloma względami od Busha”. Kusi mnie kurs na bardziej oczywistą politycznie Virungę, o złej korporacji paliwowej niszczącej środowisko (czy są jakieś dobre, nieniszczące środowiska?). Wybór jest trudny. Za kasę – postawiłbym na Virungę, ale za darmo… Wygra: Citizenfour. Mój głos: Manakamana, leciała na Nowych Horyzontach.

 

Filmy krótkometrażowe: jak zwykle mi się nie chce nimi zajmować, choć podobno są tu świetne rzeczy. Kiedyś może sprawdzę… ta, co roku tak mówię. Na dziś, spisuję typy na podstawie internetowych relacji. Warto zwrócić uwagę, że w kategorii dokumentu dwa polskie filmy mają całkiem spore szanse, dostały od wielu widzów amerykańskich wspaniałe opinie i także ja stawiam na jeden z nich.

Dokument: Joanna.

Animacja: The Dam Keeper.

Normalny krótki film: The Phone Call.

Nowe Horyzonty 2014: Biały bóg

Sensacja z Węgier: to nie żadne tam „kino festiwalowe”, tylko efektowne hollywoodzkie widowisko, pompatyczna, wstrząsająca pomysłami i wyciskająca łzy historia dziewczynki i psa. Z psem w roli głównej.

Tak jak w Bezpańskich psach nie ma żadnych psów, tak w Białym bogu jest ich mnóstwo, mimo nieobecności w tytule. W filmie Kornela Mundruczo w ogóle trudno znaleźć cokolwiek białego, ani cokolwiek boskiego – wyczytana w internenecie sugestia, że to zapewne gra słów z filmem White Dog Fullera z lat 80. wydaje się najciekawszym wytłumaczeniem (chociaż raczej niezamierzonym przez autora, który w wywiadach wyjaśnia, że chodzi o dominację rasową, czy może w tym wypadku – gatunkową). Ale zanim na nią trafiłem, lubiłem myśleć, że to próba nawiązania do poetyki kina Republiki Weimarskiej. Wiecie, gdyby zmienić tylko kilka kosmetycznych detali, łatwo sobie wyobrazić, że jakiś Pabst kręci podobny film, może klasycznie z biedną kobietą zostającą prostytutką zamiast psa wysyłanego do schroniska, z tytułem Biała bogini, ale w każdym razie – o upodleniu maluczkich, zbędnych i uciśnionych przez tych, którzy mają władzę. Ta niby ogólnikowa opinia to i tak najwięcej, ile chciałbym opowiedzieć o wydarzeniach filmu, ponieważ był on dla mnie bardzo zaskakujący swoimi zwrotami akcji i na pewno nie chciałbym wnikać w to, jaki konkretnie staje się film w swojej dalszej części (innymi słowy, nie chciałbym być Pawłem T. Felisem, opowiadającym wszystko po kolei już w relacji z Cannes). Post factum jest to fabuła bardzo logiczna i konsekwentna, ale widząc nazwisko reżysera (m.in. podziwiająca poetycko naturę Delta i moim zdaniem mniej udany, a też dość powolny i wyciszony Projekt Frankenstein) i będąc na Nowych Horyzontach, kojarzonych raczej słusznie ze slow cinema, można naprawdę nie spodziewać się, że tutaj będzie… tyle się dziać. Jest płacz, ucieczka, walka, uderzanie w czułe nuty, ale też sporo przemocy – Avengersi by się nie powstydzili, przynajmniej gdyby byli targetowani dla dorosłych.

Znam trochę osób, które bardziej dotyka oglądanie cierpienia zwierząt, niż ludzi. Jeśli należycie do tej grupy, Biały Bóg wystawi was na próbę. Wiele fragmentów filmu można wręcz zatytułować Zniewolony: 13 Years a Dog. Psi protagonista znosi okrucieństwa od każdego, na kogo trafi, a Mundruczo nie ma problemu z pokazywaniem nam ich w może nie eksploatacyjny, ale bezwzględnie bezpośredni sposób. Inna sprawa, że to opowieść dość alegoryczna i efekciarska. Nie dostajemy nigdy wytłumaczenia, dlaczego źli są źli – przykładowo, musiałem zadawać sobie pytanie, dlaczego ojciec młodej bohaterki jest tak zawzięty, żeby wyrzucić jej psa z mieszkania? Koleś, to twoja urocza córeczka, kocha swojego pieska, przytula go i za nim płacze, a ty skąpisz na podatek od psa? Nie do końca przekonujące – musicie po prostu założyć, że facet jest zły, i oglądać dalej. Argumentacja filmu i psychologia postaci są ciosane tak grubo (jedna ze złych postaci jest chciwa i komunikuje się to nam w ten sposób, że w każdej scenie siedzi i przelicza banknoty), iż Białego boga najtrafniej chyba opisać jako utrzymaną w realistycznej estetyce baśń starego Disneya – taki Dumbo epoki Gry o tron; nie ma może piosenek śpiewanych przez ptaszki, ale nawet muzyka symfoniczna jest jednym z przewijających się motywów. Wspomniałem jednak, że konwencja jest na swój sposób realistyczna, więc nie mamy złudzeń, że biedny uciekający przed hyclami pies wyjdzie na swoje samą siłą niewinności niczym Kopciuszek. No ale wystarczy o wydarzeniach. Powiemt tyle – są ciekawe. Są sceny akcji, coś jakby poruszający romans, jest nawet szybko zmontowana z rozedrganych ujęć scena pościgu po mieście.

Gdyby rozdawano Oscary za tresurę zwierząt, Biały bóg byłby faworytem w absolutnie każdym starciu. Bez zdziwienia, że otrzymał w Cannes rozdawaną tam corocznie nagrodę Palm Dog. To, co robią tu psy (a oprócz paru głównych postaci są tu też sceny zbiorowe), jest nie do opisania. Ja nie umiałbym pewnie skłonić psa, żeby wyszedł na dwór siku, a te tutaj wykazują większą dyscyplinę i elastyczność ekspresji, niż niejeden członek obsady Niezniszczalnych. Trochę jak Christopher Nolan, Mundruczo robiąc show odrzucił robienie całego filmu w komputerze i postawił na solidnie skonstruowane, fizyczne widowisko – co oczywiście działa na emocje znacznie intensywniej, niż obserwowanie laserków i teł dorysowanych aktorom na green screenie. To pewnie nie najlepszy film Nowych Horyzontów (jednak brakowało mi nieco rozwagi), ale na swój sposób zrobił na mnie największe wrażenie, czystą mocą skompresowanych emocji. Może za dużo tu okrucieństwa, żebym polecał go na randkę, ale przecież żyjemy w czasach, gdy młodzież w wieku po-nastoletnim najbardziej interesuje się Hannibalem i Detektywem, więc na pewno znajdziecie znajomych, by zobaczyć najbardziej spontaniczny i uderzający show Nowych Horyzontów.



Nowe Horyzonty 2014: Bezpańskie psy

Mniej, chłodniej, wolniej – Tsai Ming-Liang nadal walczy o perfekcję w swojej własnej dziedzinie. Każde ujęcie nadal uderza tu jak kowadło. Znacie ten styl, chociaż jeszcze nie widzieliście w nim tak smętnej i posępnej historii.

Spośród gwiazd kina nie znajdziecie chyba żadnej innej tak kontrowersyjnej i specyficznej, jak Tsai Ming-Liang. Pisząc o nim, człowiek zawsze na nowo musi się zastanawiać, jak przedstawić konkretnie jego styl, by było to zrozumiałe również z zewnątrz, podczas gdy wtajemniczonym dużo łatwiej byłoby powiedzieć w skrócie: „no wiecie, w stylu Tsai Ming-Lianga”. Tajwańczyk ma wśród kinomanów wielu niezwykle oddanych miłośników, ale myślę, że dla części jest kompletnie niewyobrażalne, żeby czerpać przyjemność z oglądania statycznych, wielominutowych ujęć codziennych życiowych sytuacji. Na pewno tacy są: mimo że jego marka wydaje się doskonale już znana, a Roman Gutek i prasa często przedstawiają Tsaia jako jednego z faworytów publiki Nowych Horyzontów (miał swoją retrospektywę jeszcze w Cieszynie), to i tak na rzadko którym filmie tyle osób wychodziło z sali, jak na Bezpańskich psach. Sam należę do wielkich fanów Tsaia i wymieniam go wśród moich ulubionych reżyserów – głównie za cztery filmy, które nakręcił od 1997 do 2003, same arcydzieła. Bezpańskie psy osiągają podobny poziom – to równie hipnotyzujące, fascynujące i jednocześnie sprowadzające na ziemię rzeczywistością przeżycie, jego najlepszy film od czasu Bu san (Goodbye, Dragon Inn).

Załóżmy, że nie kojarzycie Tsaia. Czego możecie się spodziewać? On jest naprawdę powolny. Na jednym końcu skali weźmy przykładowego Michaela Baya. W połowie drogi będzie Jim Jarmusch, a dalej w tym samym kierunku – właśnie Tajwańczyk. Wyobrażam go sobie jako wrażliwego, zamyślonego człowieka, może jakiegoś guru siedzącego na górze, który każdy ruch podejmuje powoli, ale przy proporcjonalnie spotęgowanym efekcie. Mógłby nie ruszać twarzą, ale będziemy się tym bardziej w nią wpatrywać, aż każdy por skóry wejdzie nam na stałe w czaszkę, aż dostrzeżemy ślady całej jej przeszłości, aż je przeżyjemy i przepłaczemy. Tak mniej więcej można by opisać zachowanie jego kamery. W klasycznym kinie narracyjnym trudno sobie wyobrazić bardziej minimalistyczne podejście – jak chwilę się nad tym zastanowić, trudno sobie nawet wyobrazić, że ktoś robi coś takiego, jak Tsai. Ale robi. Przeciwnicy wysyłają go do galerii, ale nigdy nie porównałbym jego dzieł do obrazów. Owszem, estetycznie można podziwiać jego staranne, zaskakujące perspektywą ujęcia w podobnym sensie, jak patrzymy na dzieła graficzne, jednak czas jest w filmach Tsaia wymiarem kluczowym – ostatecznie, zawsze chodzi o to, co się dzieje, co się stało i stanie… i, tak, także o to, kiedy. Montaż jest tutaj nie mniej, a jeszcze bardziej istotny dla budowania przekazu, niż w kinie „tradycyjnym”. Dlatego nie w pełni umiem zrozumieć wypowiedzi ludzi, którzy widzą w kinie tego typu „kino kontemplacyjne”, „wymagające”, którzy zapraszają do przygotowania poduszek lub ogólnie wspominają o nudzie – to nie jest odpowiednik stania w kolejce, gdy chcemy dostać odpowiedni produkt i na niego czekamy, to autoteliczna czynność, która zwyczajnie  akurat tyle trwa i nie może krócej ani dłużej. Bo inaczej byłaby już czym innym. Wiecie, to jak z choćby wiadomościami w TV. Niby dziennikarze mogą mówić o samych faktach. Ale to, które kilka z miliona faktów wybiorą i w jakiej ilości, trochę wpływa na to, jaki obraz „wydarzeń na świecie” dostaniemy, czyż nie? Obcowanie z filmami Tsaia pozwala zauważyć, jak niewiele można spraw można opowiedzieć, pokazać w bardziej „standardowym” kinie, bo po prostu nie dzieją się one w odpowiednim tempie, nie są ładnie „skracalne”. Co więcej, każe zadać pytanie, po co skracać? Filmy powolne są dla mnie łatwiejsze i przyjemniejsze w odbiorze, a do tego dają mi więcej swobody, jak chcę to robić – to jak destylat z przeżywania danych sytuacji samemu. Tsai stwierdził kiedyś, że zabrał się za filmy fabularne, by pokazać rzeczywistość trafniej, niż w dokumentach, pozornie paradoksalne wyrażenie, które jednak doskonalne ujmuje jego największe osiągnięcie. Mam tu na myśli zarówno sferę osobistych emocji, jak i pewien dość jasny przekaz dotyczący całego miejsca, być może całego kraju.

Bo załóżmy, że kojarzycie Tsaia. W takim wypadku warto tylko zaznaczyć, że Bezpańskie psy wydają mi się jego najbardziej ponurym filmem. Owszem, pewnie w każdym tekście o reżyserze zobaczycie słowa typu „aliencja”, „izolacja” – Tajwan zawsze ukazywał jako chaotyczny, umęczony deszczem i wiatrem, bezwzględnie fizyczny (a więc, na co jak sądzę też warto zwrócić uwagę, pozbawiony wszelakiej metafizyki – która dla „tradycyjnego” kina jest właściwie wszystkim) świat, dość przerażający dla jednostek ludzkich, których spotkania zazwyczaj wyglądają na absurdalne w swojej przypadkowości zderzenia miotanych po całej przestrzeni wolnych atomów. Ale gdzie absurd, tam oczywiście humor, i zazwyczaj Tsai mógł wywołać więcej zainteresowania wśród ludzi jedynie zainteresowanych odkrywaniem kolejnych niepojętych, ale też niewywołujących większego niepokoju wschodnioazjatyckich dziwactw (przykładowo, Kapryśna chmura i Dziura to wręcz musicale, co zawsze potrafi dać uśmiech). Jak żaden poprzedni film, Bezpańskie psy kreślą dość bezwzględny obraz kapitalistycznego rozwoju gospodarki Tajwanu, pokazując jedynie jego ofiary, ludzi żyjących i pracujących w nędzy, borykających się z bezdomnością. Z czasem dostrzegamy, że kilka pokazanych postaci jest powiązanych więzami rodzinnymi, ale też właśnie wtedy zdajemy sobie sprawę, że dla całej reszty społeczeństwa ci ludzie zapewne nie istnieją – tylko dla siebie samych. To właśnie zjawisko, nazwijmy je w uproszczeniu poczuciem izolacji, jest odzwierciedlane w kamerze na wiele niesamowicie kreatywnych, trafnych i zaskakujących pomysłów realizatorskich. Nie chodzi tylko o tempo (w kilku scenach kamera po prostu przeraża swoją niechęcią do odwrócenia głowy choć na chwilę) czy dobór kadru (sporo tu ujęć przywołujących na myśl perspektywą kamery przemysłowe, tyle że kompozycją już fotografię artystyczną), ale też niesamowity sound design (ten film jakby cichutko dyszał ci do ucha) czy choćby scenografię, na czele z obserwowanym w pierwszej scenie domem, który trudno mi opisać poprzez skojarzenia ani z typowymi budynkami, ani naturą, ani cholera wie czym. Może tak: wygląda nieco jak architektoniczna adaptacja okładki Unknown Pleasures Joy Division.

 

Prawdziwie dobre, w pełni realizujące swój cel slow cinema (a, chociaż jestem miłośnikiem takiego kina, przyznam – nie ma takich filmów aż tak wiele) sprawia, że bariery sztuczności są niemalże nieodczuwalne i czujemy, jakbyśmy osobiście uczestniczyli w danym zjawisku. Dlatego Bezpańskich psów można się wręcz bać – bo tutaj „dane zjawisko” oznacza przede wszystkim uczucie pustki, porażki i wyplucia przez świat. Widać to zwłaszcza w twarzy głównego bohatera, którego gra Lee Kang-Sheng. To regularny aktor Tsaia, występujący u niego już po raz dziewiętnasty, nie pierwszy raz zachwycający swoim warsztatem przy tak trudnym realizatorsko wyzwaniu, ale wywołujący też współczucie – bo czy facet, który umie tak grać, może to wszystko włączać w danej sekundzie długiego ujęcia? Jakby trudno uwierzyć, że nie czają się tu poważniejsze problemy. W ogóle trudno uwierzyć, że to wszystko nie dzieje się naprawdę, że to tylko film. A może dla wielu osób, także w naszym kraju, to jest rzeczywistość, której tylko nie czuliśmy, bo nie jesteśmy nimi. Jak to bywa, zwrócenie uwagi na daną barierę pozwala ją obalić. Film o izolacji nakłania do pomyślenia o innych w nieznany dotąd sposób. Tsai nadal jest jednym z tych (moim zdaniem kilku) reżyserów, bez których cały świat byłby naprawdę, na serio uboższy.

Nowe Horyzonty 2014: Turysta – siła wyższa

Dość jeszcze mało znany Ruben Ostlund okazuje się mistrzem reżyserii, wnosząc sporo polotu do tradycyjnej skandynawskiej zgryźliwej obserwacji cicho narastającego konfliktu w uśmiechniętej rodzinie. Jest napięcie, ale i sporo śmiechu.

W zasadzie Ostlund zrobił już dwa filmy, docenione w Szwecji Mimowolnie oraz wywołującą nieco kontrowersji na tle rasowym Grę, ale nie trafiła mi się jeszcze okazja ich obejrzeć. Do obejrzenia Turysty nakłoniły mnie entuzjastyczne donosy z Cannes i już uwielbiam kolesia. Film można by niby uznać za dość statyczny, ale jest fantastycznie nakręcony i zmontowany. Praktycznie każde przejście jest trafione w punkt, a tempo wymierzone idealnie. To taki typ widowiska, gdzie kamera po prostu pokazuje twarz bohatera i ludzie się śmieją z ciężaru zaistniałej sytuacji. Nie dziwią mnie dostrzeżone porównania do Hanekego czy Von Triera, przy czym oni nigdy nie byli tak gładcy (bo i pewnie nie chcieli), za to znacznie bardziej okrutni (bo i pewnie chcieli), tymczasem w przypadku Turysty mieszanka psychologicznej farsy i dramatu użyta do nakręcania napięcia jest na tyle lekka i pełna empatii wobec każdego z bohaterów, by przywoływać na myśl raczej te spokojniejsze filmy braci Coen.

Podobnie jak 50 twarzy Greya (a może i choćby Zimowy sen?), Turystę można by pewnie opisać jako metaforyczny, skondensowany poradnik, czego kobiety oczekują od mężczyzn – przy czym jak pierwsze pewnie można by wykorzystać do podrywania, drugi do zachowania w związku. Przedmiotem filmu jest potrzeba demonstrowania bezpieczeństwa – te znane większości sytuacje, gdy facet musi… no wiecie, być mężczyzną a nie mięczakiem. Oczywiście, w przeciwieństwie do pop-szajsu pokroju Greya, to nie jest żadna wyidealizowana wizja faceta, który bez problemów dane oczekiwania spełnia. W centrum obrazu mamy najbardziej klasyczną rodzinę szwedzkich everymanów – dwoje dzieci nosi nawet odpowiednie dla płci niebieskie i różowe ubranka. Cała rodzinka rusza na wakacje w Alpy, jest spokój, uśmiechy, iPhone’y. Nadchodzi jednak sytuacja nieco dramatyczna, w której ojciec nie wykazuje się odpowiednią męskością. Niby ostatecznie nic się nie stało. Ale to gryzie. Kolejne rozmowy. Spojrzenia. Wyjścia na korytarz. Nikt nie wie do końca, co z tym fantem zrobić. On wolałby o tym myśleć w sposób taki, ona myśli w sposób owaki. Są podstawy do obaw, że ona ma rację. No niedobrze. Rozkręca się dramat tyleż absurdalny, co moim zdaniem zupełnie wiarygodny. Ostlund wkręca w scenariusz tylko kilka osób – rodzinkę oraz dwoje przyjaciół, akurat tyle, by przyjrzeć się w mikroskopie wszelkich podstawowym warunkom i reperkusjom zdawałoby się drobnych zachowań i słów.

Uważam, że Turysta oddziałuje równie głęboko, co Zimowy sen, dotykając podobnych sfer analizy socjologicznej i kulturowej, jednocześnie opowiadając znacznie ciekawiej, bardziej – jak to mówią mądrzy polscy krytycy – „kinowo” i dwie godziny łyka się błyskawicznie (fakt, że na swojej trzeciej projekcji Nowych Horyzontów trafiłem w końcu na salę bez duchoty pewnie nieco pomógł). Tu również większość scen polega na rozmowach na kanapie, ale pada tylko tyle słów, ile trzeba – i tyle ciszy, ile trzeba, a kapitalny rytm uzupełniają doskonałe wizualnie zagrywki poza głównym wątkiem, jak choćby napotkana grupa mężczyzn, którzy… hm, krzyczą (nie ma sensu opisywać więcej, ale wierzcie – scena jest cudowna i jak będzie na YouTube, obejrzę ją ze sto razy). Są tu także małe momenty magii kamery, jak pogrywanie z wszechogarniającą bielą śniegu czy krótkie, ale urocze ujęcie, gdy główny bohater siedzi bardzo blisko obiektywu i w zależności od jego drobnych ruchów zniekształcenia powodują na przemian, że jego ręce wyglądają to wątło, to potężnie. Zabieg bardzo w stylu tego filmu – łatwy do przeczytania, oczywisty, a błyskotliwy, mówiący tyle, co tysiąc słów Ceylana. Nie pomyślcie sobie, że jestem wyjątkowo krytyczny wobec Zimowego snu czy w ogóle „kina gadanego” – ale ciekawie jest zauważyć różnicę w porównaniu, a akurat Turysta jest wykonany tak klasowo, że łatwo włączam go tam, gdzie Ceylana nie wpuściłem – do półki podpisanej „dla mnie rewelacja, zobacz koniecznie”.

Nowe Horyzonty 2014: Zimowy sen

Otwierający festiwal zwycięzca Złotej Palmy dostarczył… festiwalowości w końskiej dawce. Choć można powiedzieć sto rzeczy o nowym filmie Nuriego Bilge Ceylana, we wrażeniach na świeżo zawsze pierwsze wyjdzie mi z ust, że jest… długi.

Zimowy sen to właściwie podręcznik, jak się robi dobre festiwalowe kino. Te wszystkie uproszczenia, które męczą w kinie popularnym, chociaż są konieczne, by produkt każdemu łatwo wchodził do gardła? Tu wszystko jest na odwrót. Już od pierwszego ujęcia: film popularny oczywiście musi się zacząć od dialogu albo od muzyki, żeby widz broń Boże nie zasnął w ciągu otwierających 15 sekund. Zimowy sen zaczyna się od statycznego ujęcia bliżej nieokreślonych krzaczków, na które jak się okaże spogląda bliżej nieokreślony pan. Nie jest to ostatecznie film wielce enigmatyczny, ale często można poczuć ten przyjemny dreszcz niedoinformowania, bo wszystko jest nam pokazane w formie naturalnej, organicznej – ludzie zachowują się mniej więcej tak, jak by mogli to robić w realu, a nie recytują po kolei zdania opowiadające nam film. Z tego powodu wydarzenia rozgrywają się… dość powoli (minęła chyba więcej niż godzina filmu zanim zorientowałem się, kto jest siostrą, a kto żoną głównego bohatera – no co, po prostu nikt tego nie mówił). Przede wszystkim jednak – czego nie wyobrażacie sobie w kinie popularnym? Scen typu „dwie osoby siedzą w pokoju i rozmawiają i naprawdę tylko o to chodzi w scenie”, co nie? No więc w Zimowym śnie, jak się okazuje, większość filmu to trwające dziesiątkami minut sceny, kiedy osoby siedzą w pokoju i rozmawiają (zresztą dość zaskakujący zwrot akcji w przypadku reżysera, którego Uzak czy Klimaty kojarzyły się zdecydowanie jako dominujace ówcześnie na festiwalach kino ciszy). I nie jest to zgrabna szermierka na zręczne hasełka jak u Woody’ego Allena czy Aarona Sorkina – rozmawiają mniej więcej tak, jak by się rozmawiało na żywo (włączając to, że kwestie bynajmniej zgrabne i zręczne nie są, czasami wywołując we mnie coś pomiędzy ekscytacją a irytacją, jak bardzo można rozwlekać pomniejsze kwestie dyskusji). Coś jeszcze? Film trwa ponad trzy godziny i jest mało płynny – w zasadzie w każdej scenie wydaje się, że to nie tyle ciąg dalszy, co jakiś nowy film. W połączeniu z awarią klimatyzacji na sali miałem wrażenie, że to był jeden z dłuższych filmów, na jakim byłem w życiu. Był dobry. Ale też długi.

W jednej z głównych rol Melisa Soezen, czyli turecka Penelope Cruz

Nie jest to najłatwiejszy film do krótkiego opisania. Ceylan porusza w Zimowym śnie tak kolosalnie dużo tematów, że próba ich analitycznego rozłożenia musiałaby się skończyć w potężnym eseju, by była choć odrobinę uczciwa. Z kolei próba syntezy wątków mogłaby jedynie skończyć jako streszczenie wydarzeń, co nie jest ani potrzebne, ani przyjemne (w historii bez spektakularnych wizualnie dramatów odpowiednik napięcia buduje przez znaczną część filmu to, że nie do końca jeszcze wszystko wiemy o sytuacji). Przede wszystkim, pewnie byłoby upraszczająco stronnicze, ponieważ jak już zauważyłem w opiniach innych, zachowania bohaterów mogą być interpretowane odmiennie, w zależności od poglądów na życie – myślę, że bliskim przyjacielem Zimowego snu, nawet bardziej niż poprzednie filmy Ceylana, są ostatnie dzieła Asghara Farhadiego. Podobnie jak w Rozstaniu czy Przeszłości, tutaj podglądamy maleńkie konflikty pomiędzy jednostkami, których pozycja jest oczywiście mocno uwarunkowana przez różnorakie reguły ludzkiego świata – konflikty tak realne w swojej kompleksowości, że choć na początku by chciało się je opisać prostymi kategoriami („to film o biedzie”, „to film o władzy”, „to film o godności”, „to film o podstawach moralności”), to dalszy rozwój sytuacji zaraz przypomina, że taki pomysł nie wystarczy. Nie będę pierwszym, któremu film skojarzy się z Bergmanem, przy czym bohaterowie Ceylana są jeszcze bardziej wysublimowani, w każdym tego słowa znaczeniu, co sprawia, że nawet długaśne Sceny z życia małżeńskiego Bergmana wyglądają w porównaniu jak sprint po parku przy siedzeniu w dusznej pieczarze.

A Haluk Bilginer w brodzie to oczywiście turecki Orson Welles

Bohater filmu jest majętnym, wykształconym człowiekiem związanym z teatrem, posiadaczem mieszkań i ziemi (znów rodzima dla Ceylana Anatolia, której malowniczość podziwiamy tu jednak tylko w kilku krótkich kadrach), dodatkowo cieszy się potężną posturą i przyzwoitą brodą, wyglądając zupełnie jak Orson Welles – co pozwoliłoby łatwo skojarzyć go to z postaciami Szekspirowskimi odtwarzanymi przez Wellesa w jego filmach, czy wręcz z Obywatelem Kane’em siedzącym w swoim Xanadu, delektującym się tyranicznym wpływem na tych, którzy nie posiadają – żonę, siostrę czy najemców. Ale nie chcę rozwijać tego porównania, bo czuję, że nie byłoby sprawiedliwe wobec głównego bohatera. Wierzcie mi, nie lubię bogatych ludzi bardziej, niż wy – ale Aydin wydaje się w zasadzie wzorcowym przykładem takiego paradoksu, jak dobry bogacz. Co więcej miałby zrobić, żeby zadowolić innych i widza? Ja nie wiem, on nie wie, oni też nie wiedzą. Może główny przekaz filmu jest taki, że w społeczeństwie pełnym ludzi chcących (świadomie lub nie) być lepszymi od innych, zawsze będziesz przez większość postrzegany albo jako żałosna łamaga, albo jako arogancki dupek. To moja propozycja.

 

Ceylan dostał w tym roku Złotą Palmę, co w zasadzie można uznać za puentę równie oczywistą, przewidywalną i odwleczoną w czasie, jak te z narracji Zimowego snu. Bywalec festiwalu już od momentu swojego pierwszego krótkiego metrażu 19 lat temu, Ceylan dostawał w XXI wieku nagrody kolejno dla swoich aktorów, za reżyserię, krytyków oraz grand prix – w tym roku był już tylko jeden wyższy stopień do zdobycia. Moja opinia o tureckim reżyserze się nie raczej nie zmienia – tak jak już przy Uzaku, tak jego nowe dzieło uważam za dobre, ciekawe, warte zobaczenia kino, ale trochę zbyt zakochane w sobie, rozdęte i pretensjonalne, żeby pękły bariery i żebym mógł je pokochać. To nie wina klimatyzacji, Ceylan, po prostu nie ma między nami tego czegoś.

Do zobaczenia na Nowych Horyzontach

Tradycyjnie już, wszelki wolny czas kinomanów (i ich portfel) zostanie w lipcu wydrenowany przez Nowe Horyzonty, jeden z lepszych festiwali w Europie. Tradycyjnie będę i zapraszam.

 

Nowe Horyzonty są fajne. Jeśli czytacie tego bloga, pewnie zdążyliście to zauważyć.

 

Weźmy kwestię samotności i wspólnoty. Przez cały rok premiery filmów, które mi się podobają, są w kinach nieliczne. Od czasu, gdy Gutek „przejął” za błogosławieństwem miasta całe 9-salowe kino Helios przy Rynku, sytuacja oczywiście nieco się zmieniła i atrakcji jest niemało, ale z różnych oczywistych powodów rytm codziennego życia nadal wyznaczają filmy wypuszczane w ogólnopolskich premierach. A te w ponad 90% dobierane są według klucza, który nie jest mi bliski. Kolejne kreskówki, komedie klepiące widza po główce, kino akcji nieróżniące się niczym od poprzedniego, komedie romantyczne wstawiające tylko nowe piękne twarze do tego samego szablonu… Ogólnie mówiąc, produkty dla ludzi, którzy mają ochotę zobaczyć swój pierwszy film i żeby za bardzo nie bolało. Ale nic ciekawego dla kogoś, kto zdążył kino polubić i w sumie trochę nie ma ochoty zużywać czasu i pieniędzy na zapychanie sobie głowy tymi samymi uproszczeniami, które już od pierwszych minut filmu może recytować pamięć. Codzienne życie w kalendarzu premier (jak i w społeczeństwie) napawa mnie przekonaniem, że jestem jakiś nadwrażliwym dziwakiem, osobą o skrajnych, nieakceptowalnych poglądach, która powinna się najlepiej na temat filmów nie odzywać w towarzystwie, żeby normalnych nie kusiło do założenia mu kaftanu i umieszczenia po wsze czasy w odpowiednio odległej instytucji.

 

I nagle są Nowe Horyzonty. „Są” to mało powiedziane – można by pomyśleć, że te filmy po prostu zostają emitowane i można je zobaczyć, po czym wszyscy wracają do życia. Nic podobnego. Horyzonty przejmują władzę nad centrum miasta (czyli z wszelkiego kulturowego punktu widzenia, nad całym Wrocławiem). Przez chwilę to ja jestem tym, który ma mnóstwo do nadrobienia, zobaczenia, poznania, nauczenia się. To jak wielkanocna obżerka dziesiątkami ciast i mięs po więcej niż 40 dniach postu. Filmy, na które śliniłem się latami, nagle sypią się jak z rękawa. Jest ich więcej, niż mogę ogarnąć. Przede wszystkim: okazuje się, że nie tylko ja na nie czekałem. Że jest nas mnóstwo – nas, czyli osób, które uwielbiają filmy, przykładowo (dobór mocno przypadkowy) Claire Denis, Edgara Wrighta, Shane’a Carrutha, Pan-Eka Ratanaruanga, Kima Ki-Duka, Apichatopnga Weeresathakula, Terrence’a Davisa, Lisandro Alonso, Patrice’a Chereau, Jean-Luca Godarda, Terrence’a Malicka, Bruno Dumonta, i tak dalej, i tak dalej… Oni wszyscy dokoła właśnie to lubią, jak ja to lubię. Okazuje się, że mój gust nie jest zupełnie w niczym ekscentryczny, że nie jestem nijak zagubiony. Nie chodzi oczywiście o same nazwiska, które przecież niczego nie gwarantują – Godard czy Chereau i mnie potrafią rozczarować słabym filmem (rok temu nie mogłem wytrzymać nudy na szeroko docenianym w kręgu filmie Apollonide Bonello), ale o przestrzeń, w której się obracamy, zbliżone oczekiwania. Przykładowo: gdzieś tam, w zimnym i strasznym świecie pozahoryzontowym, jeden z moich ulubionych filmów – Le Quattro Volte – jest traktowany jako „dziwactwo”, bo nie ma dialogów (no jak to?) i w ogóle jest to film próbujący ukazać w szkle powiększającym pewne ważne rzeczy dotyczące istoty życia, a nie zakrzyczeć je irracjonalnymi zwrotami akcji i rytmicznymi do bólu eksplozjami naciąganych konflików. Na Nowych Horyzontach? Dostał nagrodę publiczności. Nie jestem sam.

 

Przekleństwem Nowych Horyzontów jest mnogość atrakcji, przyprawiającej o dylematy tak samo upiorne, jak ograniczona pojemność żołądka przy światęcznym stole. Tych filmów jest po prostu mnóstwo. Nawet posiadacze karnetów, którzy teoretycznie przez 10 dni mogą zobaczyć 50 filmów (większość, których spotykam, to burżuje-marnotrawcy, i oglądają dziennie nie pięć, jedynie cztery, a czasem, o zgrozo, nawet trzy filmy!) stoją przed trudnym wyborem. Podstawowa kwestia: czy rzucić się na najbardziej oczekiwane premiery kinomanów z całego świata, często przybywające do Wrocławia z Cannes czy Berlina? A może odkrywać nowe, wyjątkowe rzeczy, których często nie będzie okazji zobaczyć już nigdy, bo nie wyjdą na Bluryju w żadnym kraju?

Osobiście zawsze wybieram na Nowych Horyzontach ścieżkę bezpieczną i rzucam się głównie na filmy, które nie tylko Roman Gutek i jego selekcjonerzy, ale też cały świat (na czele z Sight & Sound czy Cahiers du Cinema) mi polecają. Nie żebym nie chciał spróbować propozycji konkursowych. Nie żebym nie miał ochoty podelektować się na dużym ekranie licznie puszczaną klasyką (w tym roku choćby Mama i dziwka Eustache’a). Nie żebym nie był ciekaw krótkich metraży, wśród których łatwo o przeoczone, inspirujące perełki. W meandry konkursu zapuściłem się tylko raz, na jednym z American Film Festivali, czemu sprzyjały dwa warunki: po pierwsze, amerykańska klasyka to w całości filmy, które już widziałem albo będę miał okazję zobaczyć, więc nie wysilałem się w tym kierunku, a po drugie, miałem akredytację, co obniżało napięcie związane z brakiem czasu i pieniędzy. I co się okazało? Otóż wiele filmów w konkursie AFF określiłbym jako co najwyżej niezłe, ale też trafiłem na fenomenalny film pt. We Are the Sea Neila Truglio, który zdaje się nikogo poza mną tak bardzo nie dotknął i nie doczekał się premiery kinowej nawet w USA, a i spośród festiwali zaliczył jedynie kilka pozycji. To było dla mnie jak one-night stand, jak Weekend, jak Medicine for Melancholy, jak pierwsza część Przed wschodem słońca, gdybym sequele nigdy nie powstały – spędziłem z tym filmem cudowne, intymne dwie godziny, porozumieliśmy się doskonale, po czym… zniknął.

 

Tym razem uderzam tradycyjnie w ostrożność.

Zaznaczmy na początku, że z góry odpuszczam Boyhood Linklatera oraz Zrywa się wiatr Miyazakiego. Obaj należą do reżyserów, którzy dali mi mnóstwo wspaniałych przeżyć, a ich nowe filmy są dość celebrowane (wielu krytyków na świecie po prostu oszalało na punkcie Boyhood). Ale… te filmy będą już w sierpniu regularnie w kinach i wtedy zobaczę je bez tłoku, w tani poniedziałek.

Co poszło więc na pierwszy rzut (finansowy doradca w mojej głowie mówi: pierwszy i ostatni!, ale z kolei doradca hedonistyczny krzyczy: i tak zanim ruszy festiwal, dokupisz jeszcze trzy razy tyle biletów)? Te, na które od zawsze czekałem:

Zimowy sen – oczywisty faworyt, zwycięzca Cannes i produkcja Ceylana, którego może nie kocham, ale… lubię bardzo i jeszcze się nie zawiodłem.

Cuda – proste, kolejny faworyt z Cannes.

Bezpańskie psy – a tu już mój ukochany od lat reżyser, czyli Tsai Ming-Liang. Facet, który zrobił wiele spośród moich ulubionych filmów – co prawda większość z nich już jakiś czas temu, ale Psy często są opisywane jako wielki comeback. Z żalem nie zakupiłem biletu na Podróż na zachód (w której gra Denis Lavant!), krótszy metraż, który zapowiada się równie ciekawie.

Turysta – siła wyższa oraz Biały Bóg – reżyser w jednym wypadku mi nieznany, w drugim – niezbyt podziwiany (jego ostatni Frankenstein mi się podobał, ale nie powalił, chociaż dwa poprzednie filmy świetne), kryteria są dość proste: opinie z Cannes, gdzie oba dostały najważniejsze nagrody sekcji Un Certain Regard i ogólnie wszystkim się podobały.

Pożegnanie z językiem na ten film czekam może najbardziej, bo słyszałem niejedną opinię, że Godard z marszu podbił język kina 3D. Socjalizm był dziwaczny, ale i tak byłem zachwycony.

Lewiatan – na dotychczasowe trzy filmy Andrija Zwiagincewa dwa trafiły do mojego top 10 roku, więc to chyba jasne, że się lubimy. To również jeden z obiektów największych zachwytów w Cannes.

Manakamana – film dostał na mojej ulubionej stronie Slant świetną recenzję, porównującą go z Lewiatanem (nie tym Zwiagincewa, tym dokumentem, który leciał na NH rok temu). Mało słów, podglądanie życia niby to pasywną kamerą, głębokie wnioski – tyle wyciągnąłem podobieństw przeglądając pobieżnie recenzję i tyle mi wystarczy, żebym kliknął „kup bilet” i… zobaczymy, o czym to jest.

 

Jak widać, wybrałem typy oczywiste. Żadnych polskich filmów albo rzeczy spoza „głównego nurtu festiwalowego”, jeśli chwytacie to pozornie paradoksalne wyrażenie. Nie wyczerpałem listy „pewniaków” – weźmy chociażby Dzikie historie, Sils Maria (te dwa zdecydowanie byłyby pierwsze w kolejce, ale trochę nie grają mi pory ich emisji), kontrowersyjny Moebius Kima Ki-Duka (z tego co rozumiem, film dość… odważny w perwersje), Ostatniego niesprawiedliwego (nowy dokument Claude’a Lanzmanna od Shoah), Szaloną miłość Jessiki Hausner, australijskie Ścieżki… cholera, weźmy całą sekcję Panorama, a z konkursu głównego – choćby same polskie premiery, nowe filmy Wojcieszka i Sasnali.

 

To jest mój plan zrujnowania się pod koniec lipca – bo oczywiście oprócz filmów (tych wymienionych wyżej i tych następnych, którym się nie oprę…) dochodzi rujnowanie się w ulubionych lokalach w centrum miasta, przecież zasuwać w przerwach do domu na Nadodrze nie wyrobię.

A wy będziecie? Przeżycia innych na Nowych Horyzontach są dla mnie strasznie ciekawe, więc jeśli najdzie was ochota się nimi podzielić w przerwach między seansami, koniecznie odzywajcie się na ogqozo@o2.pl.

The Wire: Wielka amerykańska powieść

2 czerwca minęło 12 lat od premiery serialu „The Wire”. Z okazji 10. rocznicy tego wydarzenia napisałem poniższy tekst, którego oczywiście nikt nie chciał opublikować. Ale gdzie jest w Polsce enklawa miłośników „Wire”, jeśli nie tu na blogu? Świat ciągle dopiero przekonuje się, że 12 lat temu miało miejsce jedno z najważniejszych wydarzeń w historii współczesnej telewizji.

[more]

Zapytajcie dowolnego znaczącego amerykańskiego serialologa i powie wam mniej więcej to samo: konsensus mówi, że najwybitniejsze produkcje telewizyjne to „Rodzina Soprano” i „The Wire”. Gdy kilka miesięcy temu redakcja magazynu kulturalnego „Vulture” wybierała najlepsze seriale ostatnich 25 lat, nikogo nie zaskoczyło, gdy w finale znalazły się właśnie te dwie propozycje. Ale ich droga do tego statusu nie mogłaby być bardziej odmienna. Kryminalna saga Davida Chase’a od pierwszego odcinka zafascynowała Amerykę. Kilka milionów widzów z marszu uczyniła wiernymi widzami, a kolejnych kilka nakłoniła do zakupienia subskrypcji HBO. „The Wire” miało znacznie trudniejszą przeprawę. Na początku emisji mało kto je oglądał. Na końcu emisji… też. „Fenomen” to nadużywane słowo, ale mamy tu do czynienia ze zjawiskiem faktycznie wyjątkowym: oto serial, który lata po zakończeniu ciągle dopiero zyskuje nowych widzów. I większość z nich jest zachwycona.

 

Miasto jako bohater

 

Po zobaczeniu pierwszych odcinków„The Wire” pewnie uznacie go za kolejny show o gliniarzach, tyle że z rozbuchaną ilością postaci, które mówią jakimś wyjątkowo trudnym żargonem. Oglądajcie dalej – zauważycie, że to w rzeczywistości portret miasta. Konkretnie – portret miasta Baltimore na Wschodnim Wybrzeżu, ale w dużej mierze – także każdego innego miasta, stanu, państwa, by nie powiedzieć wprost: społeczeństwa. Portret tak kompleksowy, piękny i boleśnie realistyczny, jak nic, co widzieliście. „The Wire” urzekło krytyków i fanów właśnie swoim przywiązaniem do smutnej i pięknej prawdy.

Łatka serialu kryminalnego ciągle jest używana. W końcu sezon pierwszy rozgrywa się w dużej mierze w dwóch miejscach: na posterunku policji i w zaułkach handlarzy narkotyków. Ale mówimy o rzadkim typie serialu, który nie przywiązuje się nigdy specjalnie do pojedynczych bohaterów czy elementów dekoracji (cecha nieobca np. książkom George’a Martina, zekranizowanym przez HBO jako „Gra o Tron”). Skoro portret miasta – to nie przez pryzmat paru osób. Rozwój fabuły nie polega tutaj więc na tradycyjnym, szalonym pędzie od zwrotu akcji do zwrotu akcji z bohaterem zawsze umiejącym znaleźć wyjście dalej, ale raczej na rozszerzaniu pola widzenia, aż jednostka będzie miała wielkość mrówki.

„The Wire” przyjął metodę, którą można opisać tak: serial stanowi jedno, całkowite dzieło prozatorskie w stylu późnego Dickensa czy Thackeraya. Każdy sezon jest jak jedna część, a odcinek – to rozdział. Na początku każdego sezonu widz zostaje rzucony na głębokie wody. Niczym w wielkich amerykańskich powieściach, nie ma tu wydzielonego miejsca na ekspozycję – każdego z licznych bohaterów, jak i stan sytuacji poznajemy od razu w akcji (przypomnijcie sobie, jak długo uczyliście się czytać „Wściekłość i wrzask” Faulknera). Większość widzów dopiero po trzecim-czwartym odcinku czuje, że wszystko zaczyna klikać na miejsce – uzyskuje panowanie nad bogatą siatką relacji postaci, które zdążyły już przez ten czas nabrać kolorytu i rozpocząć kolejne wątki historii. Na koniec sezonu większość wątków zostaje domknięta, a kolejny zaczyna opowiadać już nieco inną historię, z dalszej perspektywy. Pojawiają się więc nowe postaci, których znów trzeba „się uczyć”, a stare często schodzą do roli tła. Przykładowo, w drugim sezonie połowę czasu spędzimy obserwując życie pracowników portu w Baltimore, a połowę – ze „starymi” gliniarzami i handlarzami, i to jedynie tymi, którzy są powiązani z działalnością portu. Ten zabieg powtarza się w kolejnych sezonach, pozwalając nam spojrzeć np. na świat polityki czy edukacji z kilku różnych punktów widzenia. Nie zdradzając szczegółów fabuły można tylko zapewnić, że scenarzyści potrafią doskonale ten zabieg wykorzystać i zarówno wiele postaci, jak i problemów często okazuje się wyglądać szokująco odmiennie, niż przez długi czas myśleliśmy.

 

Zasługa nie ma tu nic do rzeczy

 

To między innymi z powodu kompleksowości „The Wire” nie miał szans zrobić kariery na początku ery HBO, a znalazł tak wielu miłośników wśród osób, które kupują DVD i oglądają odcinek po odcinku. Inaczej niż większość popularnych propozycji telewizyjnych, wymaga bowiem odrobiny cierpliwości i wysiłku włożonego w naukę swojego filmowego języka. Osoby „wtajemniczone” szybko jednak zauważają, że tym językiem daje się opowiedzieć wiele spraw będących nie do opisania przez tradycyjną telewizję. Oczywiście, to „wtajemniczenie” daje też samą satysfakcję uczucia, że oto obcujemy z czymś niepospolitym, czymś wymagającym. Określenie „serial kultowy” byłoby tu więc trafne w bardzo dosłowny sposób: pewien sekciarski wręcz charakter wspólnoty fanów „The Wire”, włącznie z pogardą dla „niewtajemniczonych”, stał się już obiektem żartów w amerykańskich mediach i internecie.

To, co mniej przystępne, trudniej rozreklamować – ale trzeba też przyznać, że stacja nie starała się o to za bardzo, nie dbając o marketing ani dogodną porę emisji (serial rywalizował m.in. z „The Shield” czy „Gotowymi na wszystko”). Gdy w 2003 r. w ankiecie tygodnika „TelevisionWeek” serial został uznany za najlepszy z obecnie emitowanych, krytyk Tim Goodman stwierdził: „tak naprawdę wszyscy wiedzą, że to jest lepsze, niż „Rodzina Soprano” – i jest to najlepiej ukrywany sekret HBO”. Przez całą swoją karierę produkcja zbierała kolejne tego typu uwagi w prasie („Entertainment Weekly” pisało po trzecim sezonie: „to najinteligentniejszy, najgłębszy i najbardziej donośny dramat w TV”), a jednak jakimś cudem oglądalność nie wzrastała. Po sezonie trzecim i czwartym następowały dłuższe przerwy i nikt, włącznie z twórcami, nie był pewien, czy w ogóle zobaczymy planowane zakończenie tej historii.

Scenarzyści twierdzą, że „The Wire” miało problemy z utrzymaniem się na antenie także z powodu swojego realizmu. Nie zobaczymy tu Ameryki, która sprzedaje się najlepiej, czyli Ameryki „wybielonej”, gładkiej, dobrze odżywionej… przyjemnej. Podobnie jak Baltimore, obsada serialu jest w większości czarnoskóra. Niewiele tu postaci atrakcyjnych i bogatych, większość jest biedna i zakłopotana. Żeby zdać sobie sprawę, jak pięknymi są ludźmi, trzeba ich najpierw poznać, do czego widz TV nie był przyzwyczajony. Co gorsza, moralne piękno nie przekłada się tutaj od razu na sukces. Słynny cytat z Bez przebaczenia – „zasługa nie ma tu nic do rzeczy” – mógłby być mottem serialu. „The Wire” jest historią z trudem radzących sobie z życiem ludzi, którzy starają się najlepiej jak mogą, by uczynić swój zakład pracy, swoją ulicę, swoje miasto lepszymi… i nie mają na to szans, bo ich szefowie są zbyt skupieni na sprawianiu dobrego wrażenia na swoich szefach i utrzymaniu się na stanowisku, by zadbać o to, co faktycznie byłoby na dłuższą metę pomocne. To także historia śliskich, skutecznych typków, wyszukujących w systemie szczeliny, które da się wykorzystać. Morał wielu wątków „The Wire” brzmi więc ostatecznie tak: żyjemy w kraju, w którym im bardziej egoistyczny i krótkowzroczny obierzesz cel, tym większe masz szanse powodzenia – i sami go utrzymujemy w tym stanie. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że nie każdy Amerykanin chce wieczorem po męczącym dniu usłyszeć taki wniosek. To jeszcze jeden powód, dla którego serial najlepiej dawkować sobie we własnym tempie, wertując kolejne odcinki w momentach, które na to zasługują. Tradycyjna telewizja wydaje się medium tak absurdalnie niedopasowanym do takiego przekazu, że po przemyśleniu sprawy trudno aż uwierzyć, że w ogóle doszło do emisji „The Wire”.

 

 

Simon chce oburzać

 

O Davidzie Simonie, twórcy serialu, można by powiedzieć: jemu nie jest wszystko jedno. Pierwsze kilkanaście lat kariery spędził w „Baltimore Sun”. Posada reportera nie była dla niego pracą, ale misją. Do dziś powtarza, że najlepsze dziennikarstwo to takie, które oburza czytelnika. Gdy uznał, że prasa nie potrafi już efektywnie poruszyć ludzi, napisał o ulicach Baltimore książkę dokumentalną „Homicide”, za którą zebrał owacyjne recenzje i nagrodę im. Edgara Allena Poe. To za sprawą tej książki Simon nawiązał romans z TV – stacja NBC zakupiła prawa do adaptacji. Serial „Homicide” zaczął być emitowany w 1993 r. i przetrwał siedem sezonów. Jego formuła coraz bardziej się już wyczerpywała, gdy do produkcji seriali postanowiła zabrać się stacja bez reklam – HBO, tworząc już na początek rewolucyjne dzieła: „Oz” i „The Sopranos”. To „Oz” – brutalna krytyka społeczeństwa ukazana w szklanej kuli jednego więzienia – przekonał Simona, że możliwe jest stworzenie poważnej, umieszczonej w naszym świecie powieści audiowizualnej. Bez konieczności dzielenia odcinka na dziesięciominutowe „scenki”, które przede wszystkim zbudują napięcie i nie pozwolą odejść od odbiornika w trakcie reklam. Bez narzekania producentów na zbyt pesymistyczny wydźwięk, bo marketingowcy nie chcą pokazywać swojego produktu ludziom w stanie depresji. „Oz” – z lubością podejmujący wszystkie wątki, jakie możecie sobie wyobrazić w historii o więzieniu – był dla Simona dowodem, że w HBO nie ma tematów tabu. Z kolei decyzja o produkcji „Rodziny Soprano” świadczyła o tym, że stacja jest w stanie przeznaczyć dużo pieniędzy, by wykonanie pomysłu nie odbiegało poziomem od najlepszych filmów. „The Wire” daje nam jedno i drugie.

 

To jest koszmar, który przeżywam każdego dnia

 

Być może w tym tkwi największa tajemnica oddziaływania serialu: ogromna dbałość zarówno o dokumentalny realizm, jak i o literacki polot. W rozpisanej na 60 godzin historii niemal każdy moment uderza tą dwoistością atrakcji – cechą tak rzadką, nie tylko w telewizji, że być może zarezerwowaną dla arcydzieł, jak dzieła Tołstoja czy Balzaca. Realizm „The Wire” zapewne rzuca się w oczy pierwszy – choćby poprzez styl wizualny. Ale dobierając ekipę scenarzystów, Simon zadbał też o najwyższy poziom artystyczny. Z jednej strony zebrał wokół siebie wielu ekspertów i konsultantów, z drugiej – pisarzy mających niemałe doświadczenie literackie.

Jednym ze stałych współpracowników Simona jest Ed Burns, który przez 20 lat pracował jako detektyw w wydziale zabójstw, a następnie jako nauczyciel. Był współautorem książki „The Corner”, która stała się podstawą do mini-serialu HBO (zrealizowanego tuż przed „The Wire”). Wśród okresowych scenarzystów znajdziemy sporo dziennikarzy. Rafael Alvarez i William Zorzi mieli za sobą 20 lat doświadczenia w „Baltimore Sun”, a David Mills jest znany w całych Stanach m.in. ze swoich wywiadów z gwiazdami.

To doświadczenie przeniosło się na wyjątkowo żywe ekranowe Baltimore, które co chwila porusza i bawi widza drobnymi detalami. Simon uznaje za powód do dumy zarówno entuzjastyczne opinie nauczycieli i policjantów („to jest ten koszmar, który przeżywam każdego dnia”), jak i krytykę dyrektorów i szefów („nasz posterunek tak nie wygląda”). Przedstawieni na ekranie z niewielką dozą fikcji politycy rozpoznają się na ekranie – i nie są zadowoleni. Mówi się, że życie pisze najlepsze historie – tu okazuje się, że także najlepsze biografie. Wyczyny zuchwałego opryszka Omara Little ogląda się z podniesionymi brwiami, ale może jeszcze bardziej zaskakuje wieść, że scenarzyści nie tylko znają te wydarzenia z własnego podwórka, a nawet musieli je nieco „łagodzić”, żeby nie wydały się naciągane. Pierwowzór Omara, Donnie Andrews, pojawia się nawet osobiście w serialu i nie jest bynajmniej jedynym byłym przestępcą w obsadzie. Życie to nie tylko źródło dobre, ale też bardzo bogate, dlatego po wniknięciu w strukturę „The Wire” nie ma już ani minuty na typowe dla długich seriali „zapychacze”, cały czas coś się dzieje.

Nie byłoby to jednak możliwe bez wspomnianej dbałości o odpowiednią dramaturgię, której wysoki poziom również da się ocenić już po zaangażowanych nazwiskach. Przy większości odcinków swój udział mieli czołowi twórcy powieści kryminalnych Wschodniego Wybrzeża. Kinomanom najbardziej znany jest zapewne Denis Lehane („Wyspa skazańców”, „Rzeka tajemnic”). Wśród krytyków literackich nie mniejszą renomą cieszą się jednak Richard Price („Włóczęgi”) i George Pelecanos („Zawrócić”). Jeszcze inni mieli doświadczenie jako dramaturdzy. Nikt w całej ekipie nie miał jedynie doświadczenia w… pisaniu serialu telewizyjnego.

Dzięki wysiłkowi tak wielu talentów pisarskich „The Wire” potrafi, jak żaden Hollywoodzki film, być niczym otwierający oczy reportaż i wciągająca powieść w jednym ciele. To dopracowane cacuszko. Wspomniany Pelecanos był przeznaczony w ekipie specjalnie do pisania przedostatnich odcinków sezonu – w nich dochodzi do kulminacji fabuły i największych emocji, by w ostatnim epizodzie nastąpiło rozwiązanie akcji. W swoim czasie niezwykłe było też zobaczyć serial tak wolny od telewizyjnej rutyny uciekania w przód, od jednego odcinka do następnego, dopóki będzie oglądalność, na zasadzie „dajmy widzom więcej tego, co im się spodobało”. Nieskażeni pracą w TV scenarzyści stworzyli historię zaplanowaną od początku do końca, która z każdym kolejnym „rozdziałem” staje coraz bardziej kompletna, a nie rozsypana. Jak mówi sam Simon, „pisaliśmy całą historię pod kątem ostatniego kwadransa”, co dało widzom wielką ulgę po ujrzeniu tak wielu intrygujących produkcji, które nie wiedziały, jak się skończyć.

Trudno również znaleźć serial z tak bystrymi i celnymi dialogami, które wyduszają uśmiech nawet w najbardziej dramatycznych momentach. Niektórzy widzowie mają problem z hermetycznym żargonem używanym przez niektóre grupy (zwłaszcza ze slangiem czarnoskórych gangsterów), ale znów – odrobina cierpliwości i wysiłku jest tu kluczem do jeszcze większej satysfakcji. Faulkner, Steinbeck czy Pynchon rozumieli doskonale, że opanowanie języka jest kluczowe, by wydobyć prawdę o człowieku i „The Wire” – wielka powieść w formacie XXI wieku – cechuje podobna dbałość o każde słowo. Rezultat? Współczesna tragedia o syzyfowej beznadziei walki jednostki z bezdusznym systemem, której fani jednocześnie przerzucają się setkami atrakcyjnych, zapadających w pamięć cytatów.

 

 

The Wire” ciągle żywe

 

Cała ta analiza byłaby bez sensu, gdyby zakończony prawie pięć lat temu serial nie miał nam już dzisiaj nic do powiedzenia. Ale w epoce cyfrowej żywot produkcji telewizyjnej nie musi się bynajmniej kończyć w dniu emisji ostatniego odcinka. Krytyk Robert Bianco prorokował w „USA Today”: „Porażka będzie tylko chwilowa. Ten serial będzie nadal żył poprzez DVD i inne formaty przyszłości. Na pewno będzie zyskiwał sławę po odkryciu każdego nowego widza”.

I miał rację. Dyskusje na forach czy innych Facebookach ożywają na nowo, gdy tylko kolejna osoba zdecyduje się w końcu spróbować „The Wire”. Strony dla kinomanów nadal znajdują nowe sposoby, by uchwycić wielkość dzieła Simona. Wspomniany plebiscyt „Vulture” to tylko jeden z przykładów z tego roku. Portal Slant rozbierał na czynniki pierwsze czołówki kolejnych sezonów. Komediowe Funny or Die nakręciło próbkę musicalu opartego na serialu, przezabawnie kontrastującą ponure morały z uproszczonym i optymistycznym przekazem popularnych piosenek. Na portalu Buzzfeed pewien norweski doktorant analizuje szczegółowo styl wizualny. Magazyn „New York” publikuje listę piosenek, których słuchał aktor Michael K. Williams, by zbudować postać Omara. Z kolei MTV kilka miesięcy po dziesięcioleciu premiery rozmawia o serialu z popularnymi raperami. „The Wire” dokonało tego, co w erze natychmiastowej komunikacji i zalewania internetu kupowanymi recenzjami wydawało się niemożliwe – stopniowo, małymi krokami, przez długie lata, ale skutecznie weszło z ambitnej niszy do mainstreamu. Dopiero niedawno do uwielbienia dla produkcji HBO przyznał się też – szczerze czy pod publiczkę – Barack Obama, a media zastanawiają się, jak rozumieć fakt, że ulubioną postacią prezydenta nie jest żaden z zaangażowanych idealistów, lecz właśnie samotny gangster Omar.

O istotności serialu świadczy jednak bardziej zainteresowanie uniwersytetów. „The Wire” jest przedmiotem zajęć na Harvardzie, Berkeley, Duke czy York. Wykładowcy sięgają po różne punkty widzenia: historii sztuki, socjologii, politologii. Chociaż od studentów wymaga się wiele – 60 godzin „lektury” na dobry początek – chętnych jest więcej, niż miejsc. W lutym tego roku w Londynie wykład „The Wire: starcie cywilizacji w jednym państwie” wygłosił sam Slavoj Žižek. „To, co Hegel nazwał Weltgeist („duch świata”), przesuwa się obecnie z obszaru kina na seriale”, zaczął. W godzinnym wykładzie Słoweniec opisał „The Wire” jako grecką tragedię, nie powstrzymał się też jednak od krytyki twórców – oczywiście za to, że są za mało rewolucyjni. Cykliczność historii, niczym z publicystyki Waltera Benjamina, przywiodła mu na myśl osławiony „Krąg życia” z „Króla Lwa” (legitymizujący obecny system na zasadzie „wszystko jest jak jest i taki urok życia”). Inny ceniony wśród studentów marksista, Fredric Jameson, nie ma tak poważnych zastrzeżeń.

Czy wobec ogromnej popularności seriali wśród polskiej młodzieży, doczekamy się poważnego akademickiego podejścia do „The Wire” również w naszym kraju? „Tak powinno się stać”, mówi wykładowca historii kultury na moim uniwersytecie. „Próbując opisać współczesną kulturę Zachodu, możemy opierać się na czysto naukowych źródłach, ale najlepsze amerykańskie seriale stawiają dużo poważniejsze, radykalniejsze pytania o świat i o człowieka. „The Wire” jest świadectwem naszej epoki, celnym zarówno poznawczo, jak i filozoficznie. Patrzy nie tylko na struktury, ale też na każdą istotę ludzką z osobna”. Czy nasze dzieci będą uczyć się serialu Davida Simona, tak jak my Goethego? Taka sytuacja może być w naszym zasięgu…

Co mogą usłyszeć przyszłe pokolenia od nauczyciela, gdy tematem lekcji będzie „The Wire”? Prawdopodobnie pierwsza dekada XXI wieku zostanie opisana jako złota epoka seriali, zapoczątkowana wkroczeniem do akcji HBO pod koniec lat 90. „The Wire” będzie zaś chyba reprezentować szczytowe osiągnięcie tej ery – demonstrację, jak wiele da się przekazać na taśmie filmowej, jeśli tylko człowiek o odpowiedniej ambicji dostanie czas i pieniądze. Jedni uważają, że dzieło tej miary przy użyciu obecnych mediów już nie powstanie – inni są zdania, że prędzej czy później poprzeczka zostanie jednak przeskoczona przez kolejny serial, czy będzie to „Mad Men”, czy nowa produkcja Simona „Treme”, czy inny, który dopiero nadejdzie. Jak na razie – jeśli ktoś zapyta was, w jakim punkcie rozwoju jest obecnie sztuka serialu, wypożyczenie płyt DVD z „The Wire” ciągle jest najlepszą odpowiedzią. Historia pisze się teraz.

 

 

[P.S.: Pośród innych polskich inicjatyw, w semestrze letnim 2014 na poznańskim Uniwersytecie Beata i Tomasz Polak prowadzili wykłady poświęcone ludziom i instytucjom w The Wire oraz Treme].