Miesiąc temu skończył się w Ameryce Mad Men. Czas tego serialu skończył się, zanim skończył się sam serial. Z tego powodu nie płakałem za serialem. Ale popłaczmy za tym czasem.
[more]
Mam wrażenie, że skończyła się jakaś epoka, i to nie tylko „epoka lat 60.” (figura, którą serial wziął dość dosłownie, mieszcząc wydarzenia siedmiu sezonów niemal równo na przestrzeni kalendarzowej dekady). Oczywiście mam na myśli pewną epokę w telewizji – a ponieważ seriale nadal są dominującym światem sztuki (mam nadzieję, że pałeczki nie przejęły jeszcze oficjalnie obrazki z krótkimi podpisami? Wybaczcie, „memy”), to również świadczy to o końcu pewnej epoki w kulturze Zachodu. Oj, tak. Nie zauważyliście? Minęła. Mad Men zaczynał wśród niemałego aplauzu publiki, krytyki i branży, ale w przeciwieństwie do Breaking Bad tej samej stacji, nie kończył wcale jako wiralny fenomen. Nie doczekacie się plusików na forach internetowych, parafrazując cytaty z niego. Przez ostatnie parę lat, obecność serialu w mediach sprowadzała się właściwie do „a tak, Mad Men nadal leci, jest w miarę spoko”. Nagrody wyczerpały się w okolicach lat 2010-12 – serial, który rekordowo dostał czterokrotnie z rzędu Emmy za najlepszy dramat, nie został potem już nagrodzony w żadnej kategorii. Chociaż pewna grupa fanów pozostała pod wrażeniem do końca, w kulturze popularnej dzieło Matthew Weinera weszło właściwie w rolę pewnej ramoty, klasyka z innych czasów, „wyniosłego i przewidywalnego„, „trwającego za długo”, który nikogo już nie rusza. Duch Breaking Bad zaś żyje, nie tylko poprzez niezły spinoff Better Caul Saul, ale przede wszystkim przez liczne grono naśladowców, zachwycających i inspirujących tłumy prostych, brutalnych, mrocznych, pozbawionych porządku widowisk z zacięciem do „filmowej” spektakularności obrazu, jak Detektyw, Hannibal czy House of Cards. To one teraz rządzą w świecie seriali, a AMC samo zaczyna wyglądać archaicznie ze swoim statusem „telewizji”, gdy władcą rynku staje się Netflix i inni (jak uruchomione w kwietniu HBO Now), którzy się zaadoptują do świata internetu i „binge watchingu” (obżerania się serialami, oglądając wszystkie odcinki pod rząd). Paradoksalnie, wielu krytyków uważa, że nawet Gra o Tron bez dzieł AMC by po prostu nie powstała – nie, żeby pod względem twórczym kiczowata adaptacja słynnych książek musiała czerpać z osiągnięć Mad Men, ale według zasady konkurencji rynkowej, to wielkie powodzenie serialu Matthew Weinera i ogłoszenie w mediach nowego etapu „złotej epoki seriali” sprawiło, że zebranie ogromnych funduszy na jakże odmienną Grę o Tron stało się możliwe – bo konieczne. Na ironię, Mad Men chyba sam własnym sukcesem zamknął sobie drzwi, które właśnie zamyka za sobą, wychodząc ostatni z pokoju.

Złota epoka seriali, która ruszyła wraz z pierwszą dużą produkcją HBO, dobiegła końca – i, tak jak to było z kulturą lat 60., masy nie płakały, bo już wcześniej się nią znudziły. Skończyła się epoka „telewizji premium”, dająca medium filmowemu okazję do powieściowej skali. Zaczęła się epoka… internetu (ale także, na szczęście, wielkich plazm w salonach, o czym jednak innym razem). Jak to bywa z internetem, dało to szansę na start wielu ciekawych „małych” projektów, ale i zmusiło do spłycenia twórczość wysokiego sortu. Żegnaj, pisarzu – witaj, obrazku. Pożegnajmy subtelność, powitajmy krzykliwość. Do widzenia osobista, artystyczna, kontrowersyjna wypowiedzi – dzień dobry, sztuko 2.0, dopasowywana na bieżąco do oczekiwań większości widzów. Pocałujmy ostatni raz głęboki namysł, przytulmy na przywitanie postmodernistyczną anarchię wizji. Nara, jakość – siemano, ilość. Powitajmy seriale niezłe, jak Amerykanie czy Orange is New Black. Pożegnajmy seriale wielkie, jak Mad Men.

Moje zainteresowanie kinem i krytyką filmową miało podobny terminarz, jak kariera Mad Men: mniej więcej właśnie w roku 2007 zacząłem maniakalnie oglądać filmy i seriale, a także o nich czytać i pisać w równie obsesyjnej ilości, codziennie odkrywając coś fascynującego i zmieniającego życie, niczym małe dziecko poznające świat. Były pewne sukcesy, wygrane konkursy… Z czasem jednak stało się jednak jasne, że wydawcy, jeśli czegokolwiek obecnie pragną, to nie tego, wszystko to zbyt „wyniosłe i przewidywalne”, a to obecnie najgorsze cechy (za moment dosadnego i ostatecznego obwieszczenia mi przez branżę, że nie mam w niej czego szukać, uznać można ten, gdy jury Mętraka postawiło moje eseje niżej niż średnio wnikliwy tekst o fryzurach Nicolasa Cage’a – który nawet szanuję, nie zrozumcie mnie źle, po prostu… po prostu to coś znaczy, że moje teksty były według mędrców polskiej krytyki filmowej słabsze). Ostatnie lata zaś i tu i tu szły nieco z rozpędu, na autopilocie. Chociaż podobały mi się ostatnie sezony Mad Men, to przyznam, że piąty pozostał kulminacyjnym, robiącym największe wrażenie punktem. Sprawę pogorszyła też niska częstotliwość – przez ostatnie dwa lata dostaliśmy tylko po 7 odcinków rocznie, dodatkowo obniżając zainteresowanie. Stało się jasne, że pora ze sceny zejść, może zająć się czymś innym. I czemu nie? Zacząć na nowo – to proste, pociągające i opłacalne. Producenci pończoch mogą przecież po prostu zmienić nazwę i opakowanie na modne i wracają do walki o rynek. Człowiek chyba też może? Tak przynajmniej chcą wierzyć bohaterowie Mad Men, aż do ostatniego odcinka. Nigdy do końca takiego udanego „nowego startu” nie zobaczyliśmy. To oczywiście zamierzone, taki jest morał tej historii. A jednak osoby krytykujące serial miały prawo się tym morałem znudzić. Powiedzieć: starczy mi to. Chciałbym w końcu zobaczyć, ŻE wymyślą się na nowo Don, Joan, Peggy, Betty itp. Już wiem, że ciągle wpadają w te same schematy. Rozumiem, że nawet cholerna czołówka serialu ciągle mi go tłumaczy: facet puszcza się w dół i spada jak szalony, żeby tylko wylądować znowu na wygodnej kanapie. Ale niechże coś się ZDARZY z tymi ludźmi. Niech faktycznie zrobią COŚ NOWEGO. Mad Men nigdy na serio tego nie zrealizował. Różnorako rozumiane jest jego zakończenie, i można w nim widzieć także wiarę w pewien nowy styl życia (w końcu lata 70. często traktuje się jak synonim do „new age”!), ale, po ośmiu latach dominującego sceptycyzmu, jakoś trudno uwierzyć w taką interpretację.
Owszem, być może Don znajdzie nowe nadzieje, nowe emocje i pożądania do wydestylowania celem sprzedaży w swoich reklamach i w swoim życiu. Czy jednak może spełnić je we własnym życiu? No właśnie, odpowiedź naprawdę jest „wyniosła i przewidywalna”. Nie. W tym serialu zobaczliśmy i usłyszeliśmy sto razy, że to niemożliwe, a finalny odcinek aż do ostatnich scen z lubością rujnował wszelkie złudzenia, czasem nawet takie zbudowane ledwie kilka minut wcześniej. Pytanie staje się zabawne. Czy je spełni? Ha ha.

Dlaczego poświęcam tyle czasu temu pytaniu o możliwość rebrandingu własnej osoby, uważając je za kluczowe dla tragedii ludzkiej? Nie tylko ze względu na to, jak nieuniknione pozostają zmiany na świecie i ich wpływ na życie każdego z nas. Pytanie o nowy start to w Mad Men rodzaj rytuału, w którym wyodrębniają się charaktery postaci. Chciałbym zwrócić tu uwagę na dwie spośród najbardziej atrakcyjnych postaci w przedstawionym światku elit: Dona Drapera i Joan Holloway. Don – co jest często naginane, ale nigdy nie zostaje złamane – jawi się nieco jako postać bondowska, supersamiec: bywa miły, bywa niemiły, bywa ładny lub brzydki, inteligentny lub prosty, ale jego podstawową cechą jest to, że SOBIE RADZI. Po takiej Peggy zawsze widać, że pochodzi z rodziny niezamożnej, nie skończyła studiów. Jest bystra, ale nie jest… mądra. Po Donie tego nie widać. Wiemy, że to, co on wie, wiedziała – bo on to ROBI. Choć pochodzi z biednej rodziny, rozumie ludzi, rozumie sztukę i media, a ponadto ma sporo umiejętności nie tylko związanych z tworzeniem reklam: umie się ubrać, zrobić drinka, naprawić kran czy samochód, i tak dalej. Jest mądry. Na pierwszy rzut oka, rozumie właściwie wszystko, co w życiu rozumieć należy, choć trudno powiedzieć, skąd. To na tyle nierealny ideał, że Don szybko wrósł w rolę symbolu mądrości, zaradności, postępowania właściwie (co akurat nie było trudne, bo bohaterzy filmowi często mają wpisaną taką rolę). Twórcy serialu nieraz próbowali dać mu nieco bardziej „ludzką”, wrażliwą stronę, ale zazwyczaj wypadało to płasko lub wręcz – co w Mad Men rzadkie – słabo (jak wyklinane przez widzów retrospekcje z jego przeszłości). Wizja sytuacji, z którą Don sobie nie poradzi w ten czy inny sposób, właściwie zawsze tylko majaczy na horyzoncie, niepokojąca w swoim istnieniu bez wyobrażalnych kształtów, niczym potwór w pierwszej połowie horroru. Gdy nadchodziły naprawdę dramatyczne momenty, stawało się jasne, że tego faceta wykończyć może głównie on sam – żadna ze stu kobiet w jego łóżku ani żadne trudne zlecenie w pracy. Prawdziwe kryzysy powodują dopiero jego własne (w ostatnich sezonach dość częste) napady głupoty, gdy nagle zaprzecza całej swojej wykreowanej personie i staje się rzeczywiście bardzo „ludzką” postacią: impulsywną, kierowaną emocjonalnymi pragnieniami i trudną do zaleczenia samotnością. Słabą, potrzebującą, pozbawioną kontroli nad wydarzeniami – a przez to żałosną. Dokładnym przeciwieństwem tego, co znaczy „Don Draper”.
Od początku do końca, Mad Men robił wrażenie tym, jak ładnie potrafił ukazać przepaść pomiędzy zewnętrznym a wewnętrznym życiem człowieka, pomiędzy przebraniem, w które wchodzimy, by podobać się innym, a własnymi uczuciami – przepaść, z której skok jest zabójczy.

Człowiek żyje przede wszystkim społecznie. Może tysiące lat temu było inaczej, nie wiem, ale dziś – na pewno jakieś 99,9% naszego życia wynika z tego, co o nas myślą inni ludzie i co nam dadzą. Z tego względu, tytułowa „mądrość”, faktyczna mądrość życiowa, na której chciałbym się skupić, dotyczy przede wszystkim życia społecznego. Robić dobrze – znaczy: umieć się zachować wobec ludzi. Jak? Tak, by być lubianym, cenionym itp. Mad Men bardzo często przeciwstawiał Dona i Joan szeregowi postaci, które mądre nie są, nie umieją się zachować, nie robią wrażenia. Jak doskonale wiemy z… samego Mad Men, media popularne są stworzone do sprzedawania produktów, więc naturalnie mówią nam wiele o tym, jak być szczęśliwym (rozbudzają potrzebę, którą reklama w przerwie obiecuje zaspokoić). Sam Mad Men – i to syndrom tej minionej właśnie epoki „telewizji premium” – w ogóle nie jest tym zainteresowany, to najgorszy poradnik bycia szczęśliwym, jaki można sobie wyobrazić. Ale… serial można potraktować jako całkiem niezły poradnik tego, jak być mądrym. Jak być skutecznym. Nieco podobnie jak znienawidzony przez mnie byt szkoleń motywacyjnych, Mad Men często używa (choć edukacyjnie, nie agitacyjnie) kontrastu mądrej i głupiej drogi. Oto któryś z pracowników agencji (choćby jakże pierdołowaty Pete Campbell) nie może znaleźć porozumienia z klientem. Jego teksty „nie wchodzą”. Później spotyka się z tym samym klientem Don. I mówi właściwie to samo, w sensie zawartości, ale… milej. Ładniej. Mniej potrzebująco. Bardziej pociągająco. Klient jest przekonany. Pracownik, widząc to, dyszy wściekły: czemu Donowi się to wiecznie udaje? Tylko dlatego, że jest fajny? Jeden wyjątkowo śmieszny typek w siódmym sezonie krzyczy wprost, oburzony, na granicy płaczu: „ty po prostu jesteś przystojny”! Odpowiedź serialu, tak jak naszego świata, jest prosta: tak. Tak, on ma fory, bo jest fajny. Nie zmienisz tego w świecie. Chcesz też mieć fory – też bądź fajny. Te wszystkie małe rzeczy, które decydują o jego sukcesie? Warto je robić. To niesprawiedliwe. Przyznanie, że to niesprawiedliwe, nie zmienia kompletnie faktu, że tak to działa. Gdyby może wyjąć te powracające napady głupoty Dona, gdy maska spada, Mad Men naprawdę można by uznać za najlepsze szkolenie zdobywania wpływu na ludzi i robienia kariery. Serial prawdopodobnie w tej kreacji popadłby w śmieszność (znaną z wielu innych „zbyt długich” serialu), gdyby nie ten jeden, „mały” zabieg przypominania nam na przykładzie kryzysów Dona często – z biegem sezonów coraz częściej – że wszelkie koncepci „drogi życia” są tylko nieosiągnalnym ideałem, bo ludzie w praktyce mają nadal swoje słabości i potrzeby, których nie mogą tak naprawdę porzucić po prostu sobie tak postanawiając. JEDNAK – bez idealizowania jej, serial nie ukrywa, że ta „droga” ma niewątpliwe zalety. Don to postać udręczona, jasne, ale przyznam – z dwojga udręczonego, wolałbym być udręczony jak bogaty, sławny, ceniony, atrakcyjny i bezpieczny koleś, niż udręczony jak ja.

Ponieważ Mad Men zawsze był nieco niedoceniany jako komedia, spróbujmy temu nie ulec i mówmy chwilę językiem komedii. Każdy z bohaterów serialu jest zabawny, ale zwróćmy uwagę, jak. Roger Sterling ma najbardziej klasycznie komediową rolę, zachowując się jak najpopularniejszy bohater każdego sitcomu, tutejszy Barney Stinson czy Stewie Griffin: hedonista zdolny lekceważyć wszystko, co mogłoby pogorszyć nastrój (włącznie z niezapomnianym występęm w pomalowanej na czarno twarzy, gdy śpiewał radośnie, że „the darkies are gay” – stara wersja, w latach 80. zmieniono tę linijkę hymnu Kentucky). Don i Joan bawią swoją mądrością – tym, jak ROZUMIEJĄ, co się dzieje w danej sytuacji społecznej. Często robią to uwagą, która przelatuje innym nad głowami, tak że ci nigdy nawet nie dowiadują się, że zostali pojechani. Zdarza się, że i jednym spojrzeniem. Don rozmawia z agentem swojej żony, który rzuca żart w złym guście – bawi nas sam brak reakcji na twarzy Dona. Agent chce świętować, zamawia „francuskiego szampana dla mojej francuskiej gwiazdy”, ale zanim zdąży to zrobić, pstryka na kelnera palcami i krzyczy po angielsku: „young man!”. Kamera pokazuje w tym momencie twarz Dona, leeeciutko wywracającego oczami. Prycham śmiechem. Ten koleś nie wie, czemu właśnie się poniża, ale Don wie, i ja też (ileż tego typu małych cudownych momentów dostaliśmy w tym cudownym serialu!). Postaci takie jak Pete i Peggy, mniej mądre, bawią w zupełnie inny sposób: zazwyczaj wybuchami oburzenia, focha lub innej słabości. Sztandardowym momentem komedii Pete’a jest jego „not great, Bob!„, pokaz najbardziej nieudolnie udawanego opanowania w historii. Dla Peggy ikonicznym obrazem komicznym pozostanie widok jak liczy pieniądze, które łaskawie rzucił jej Sterling, ale też nagranie z jednego z ostatnich odcinków, gdy wchodzi do nowego biura (czego nie linkuję w trosce o „efekt zaskoczenia”). Pete bawi nas tym, jak próbuje wchodzić w skórę supersamca, którym ewidentnie nie jest. Peggy bawi i biedą i porażkami, ale najbardziej – swoimi nielicznymi triumfami, które właśnie poprzez „efekt zaskoczenia” wywołują uśmiech. Bo Peggy to osoba, której tak nie do twarzy z sukcesem. Czemu tak myślimy – to głęboki temat na poważną refleksję, którą naprawdę polecam… ale też po prostu jest zabawne to zobaczyć. Peggy po prostu naprawdę tak wygląda, że gdy jest przez chwilę na szczycie, to jest jakoś śmieszne. Każda z kilkunastu czy może kilkudziesięciu głównych postaci ma w podobny sposób wpisany humor w swoją pozycję. Jedni przyzwyczajają nas do swojej przewagi i łatwego robienia sprytnych rzeczy, radując tym, że możemy spędzać z nimi czas – od innych oczekujemy porażek, bycia gorszym oraz niedostosowania, i to one dają nam uśmiech. Mądrość i głupota – wpisane w rolę, jaką mamy do grania w społeczeństwie.

Siódmy sezon często stara się ukazać zamykane wątki, czyli np. skutki podjętych w przeszłości decyzji. Żadnego z bohaterów Mad Men nie czeka sielanka, jednak mądrość postaci takich jak Don i Joan stawia ich porażki w innym świetle. Dona i Joan różni od wielu „szeregowych” postaci to, że są zazwyczaj doskonale świadomi skutków swoich decyzji, i przyczyn swojego bólu. W ten sposób (podobnie jak opisywany tu heros Walter White), nawet gdy przegrywają, to w dość „godny” sposób, bo wskutek własnych wyborów, podjętych czy to z afektu, czy z jakiejś potrzeby charakteru (np. potrzeba niezależności). Można by spytać, jaka to różnica, czy ktoś wjedzie pociąg z głupoty („po tych torach coś może jechać? Nie wiedziałem!”), czy „z mądrości” („oczywiście, że może za chwilę jechać pociąg. Let’s go”), ale… parę różnic jest, a poza tym, chciałbym zwrócić uwagę na podstawowy tu fakt, że to drugie wygląda znacznie bardziej cool.
Inne (głupie) postaci często są zdziwione wydarzeniami. Jak to, złe wrażenie z przeszłości oddziałuje na to, co ugram u danej osoby? Jak to, nie ucieknę z tej czy innej pułapki bez poświęceń? Gdy nie podoba im się, co słyszą, nie zmieniają rozmowy – tylko się obrażają. Nie kierują własnym życiem tak, jak ludzie mądrzy – ciągle liczą na to, że ktoś/coś nagle da im lepszą rękę. Joan i Don, odwrotnie – stają wręcz czasem w obliczu sytuacji, gdy chcieliby przez chwilę być poza kontrolą, dać się ponieść przeznaczeniu, ale ktoś przychodzi z zewnątrz i otrzeźwiająco przypomina im: sam/a wybierasz ten los, trzymasz mocno lejce, pogarszając im humor. Wszystkich, ostatecznie, łączy jedno: chcieliby z tego błędnego kręgu wyjść. Desperacka potrzeba ucieczki, wszechobecna w atmosferze Mad Men zawsze, w ostatnim sezonie przybiera wyjątkowo duszny charakter, i znów, jak w sezonie piątym, dostajemy sporo ujęć postaci wyglądających tęsknie przez okna, otwierających okna, stających na balkonie… Ostateczny „morał” z Mad Men jest jednak ciekawy, i niekoniecznie sam w sobie tak mroczny: pod wieloma względami serial sugeruje, że bycie po prostu życzliwym to największy kapitał, którym można obracać. Po prostu daj komuś przyjemność bycia z tobą (relaks, uśmiech, luksus, docenienie), a on będzie robił rzeczy, które chcesz. Próbuj się nad nim wywyższać i wykorzystywać emocjonalnie – a ten, jeśli trafi mu się okazja być w pozycji siły nad tobą, z radością z niej skorzysta, by się wyżyć. Brzmi to dość sucho, gdy zawrzeć to w tak transakcyjnym słownictwie, ale nie znaczy to, że nie jest ono celne. W każdym razie – ten serial całkiem wierzy w wartość inwestowania emocji w ludzi (znów sięgam po język niczym z trenerów motywacyjnych…). Chciałbym na to zwrócić uwagę, bo moim zdaniem uchwytuje niezwykłość Mad Men, i wielkiej sztuki w ogóle: Mad Men mówi, że żeby mieć dobre efekty, warto nie być jak Mad Men. Warto może raczej być jak Modern Family. Nie cisnąć się na to, kto ma „rację”, gdzie jest „prawda”, co jest „uczciwe”. Zostawić takie bezsensowne tematy. Rozpieścić drugiego człowieka. Spełnić jego marzenia. Warto tak robić! Mad Men tak nie robi. Nie szepcze widzowi kłamliwych komplementów. Hej, to serial o starzeniu, przemijaniu, śmiertelności i radzeniu sobie z tym. O radzeniu sobie z bezradnością… i nieradzeniu sobie z bezradnością. Nie każdy lubi słuchać o takich tematach. Nie jest to oczywiście film Von Triera, a momenty przygnębiającego realizmu łączy z wnioskami całkiem natchniewającymi. Ale potrafi kopnąć nasze dusze w krocze. Specjalną uwagę zwróciłbym na dwa odcinki „z okazją” – na Walentynki i Dzień Matki – jakie dał nam siódmy sezon. Oba wykorzystały „okazję” perfekcyjnie, będąc pokazem niezwykle wyrafinowej i rekordowo gorzkiej ironii.

Przebywanie z kimś takim jak Joan Holloway to oczywiście przyjemność sama w sobie, przynajmniej dla mężczyzn. Joan jest w tym serialu wręcz definicją sukcesu: właściwie nie widzimy, by posiadała jakiekolwiek konkretne umiejętności poza byciem fajną, ale to zupełnie wystarcza, by skutecznie przekształcała kapitał społeczny w finansowy. Niestety, Joan – jak wielu ludzi, którzy mają wiele – oczywiście wolałaby mieć nie wiele, a mieć wszystko, to zaś już bywa i dla niej niełatwe. W ostatnich sezonach, sukces ciąży Joan, choćby poprzez komentarze typu „gdybyś się tak nie ubierała, to faceci by tak cię nie traktowali”. Podłość takiego tekstu nie zmienia faktu, że jest prawdą – powstaje zupełnie nowy dylemat, jak nie eksponować swojej atrakcyjności w ZBYT dużej mierze, tak, by, jak człowiek też potrzebuje, zachować jakąś część tylko dla siebie (w końcu to serial o tym, że każdy ma tylko dwa życia…). Mad Men to pod względem płciowym serial dość wyjątkowy, zarówno męski, jak i damski. Duże show w ogromnej większości są pisane przez facetów, a główna rola kobiety – żony/obiektu zainteresowania bohatera – jest zazwyczaj najnudniejszą, nieraz wręcz znienawidzoną przez fanów (los, który groził też Mad Men, gdyby Betty na siłę trzymano w centrum serialu – ale z podobnego powodu, co Don, rozstali się z nią scenarzyści, tak jak scenarzyści Breaking Bad czy Sopranos z podobnych powodów, co bohaterowie, z żonami tkwili. Warto tu pamiętać, że w początkowych sezonach rola Betty była wyjątkowo, jak na „serialową żonę”, podmiotowa i duża – czemu stacja była bardzo niechętna). Z kolei seriale kobiet często trafiają do pewnej szufladki pod tytułem „kobiece spojrzenie”, i z reguły trudno powiedzieć, by były specjalnie o czymś poza właśnie tym. Mad Men został niby wymyślony przez faceta, ale większość scenarzystów to kobiety, co dało nam bardzo ciekawą mieszankę perspektyw i różnorodne postaci mężczyzn i kobiet, z przewagą (rosnącą z kolejnymi latami) kobiet – mądrzejszej płci. Nie jest to typowy płaczliwy feminizm, aczkolwiek serial ukazuje wiele spośród jego celnych wniosków. Jest to serial „feministyczny” w tym sensie, że stosunki płci – i stosunki władzy, i stosunki tych dwóch stosunków – są na pierwszym planie. Nie znaczy to jednak, że mężczyźni – ich trudności i braki szans – nie są ukazane z niemal równie dużą dozą trafności i sympatii (co nie takie częste obecnie). Jak to bywa w życiu: postaci kobiece są bardziej kompleksowe, idą w różnych kierunkach. Kobiety chcą różnych rzeczy, z kolei faceci z grubsza wszyscy chcą tego samego – wiedzieć, czego chcą kobiety, i dać im tego więcej niż konkurenci. Losy postaci Joan są częścią większego nurtu, wynikającego i z „ducha czasu”, i z wieku bohaterów: o ile w pierwszych sezonach częściej widzieliśmy przykłady społecznej czy personalnej władzy kobiet nad mężczyznami (kontrastującej z niekorzystną nieraz sytuacją kobiet w pracy), tak ostatnie lata częściej ukazywały osobiste niezadowolenie kobiet, wiążące się np. z rosnącym poczuciem samotności i braku wsparcia. Mądrze, serial bez wątpienia nie stara się sugerować, że Joan i Peggy łączy jakikolwiek „wspólny los” – przeciwnie, ich sytuacja jest tak różna, jak każdej dowolnej osoby wszelakiej płci. Jakkolwiek rozczulające nie było tych kilka scen w całym serialu, gdy znalazły one coś w stylu „kobiecego porozumienia”, ostatecznie Mad Men to doskonały pokaz różnorodności ludzkich sytuacji i wielości czynników, które składają się na los jednostki. Tak jak z prawdziwym życiem – jeśli CHCESZ, żeby w Mad Men chodziło głównie o to, że świat nie lubi kobiet, to znajdziesz do tego wystarczająco pokarmu, natomiast… można widzieć też wiele innych rzeczy. Jedno z potężnych pytań, z którymi mierzy się Mad Men, to zawsze: KIM jestem? Odpowiedzi zawsze jest więcej niż jedna. Zawsze.

Ostatecznie, nikt nie jest zadowolony. Oczywiście. Nawet dobre rzeczy, na które nawet zasłużymy, musimy nadal dźwigać. Joan, oburzona tym, że faceci chcą raczej ją podrywać, niż z nią współpracować, wybiera ostatnią wypłatę i chce ruszyć w objęcia przebogatego, mającego luźne podejście do moralności (i jeszcze luźniejsze do garniturów) faceta. Don, choć miał w serialu krótkie momenty typu „okej, dorosnę, opuszczę głowę, będę robił swoją robotę i tyle”, też ciężko tak naprawdę znosi niebycie w centrum uwagi dłużej niż kilka sekund. Wychodzi wściekły ze spotkania, na którym jest tylko pionkiem, odjeżdża w siną dal, odpala imponującą nawet jak na niego serię kilkudziesięciu kłamstw w jednym odcinku. Zabawna ironia – ileż razy pouczali tych mniej mądrych, że wystarczy „tylko” zamknąć się, być miłym, pracować, i nie chcieć czegoś, czego się nie ma – i już powinno być ok! Sami nie zawsze dają radę realizować własną mądrość. Tak jak każdy, mają ograniczoną ilość sił emocjonalnych, które w momencie wyczerpania skutkują błędami algorytmu w maszynie. Można by uznać, że twórcy serialu chcą im dać prztyczka w nos, ale ja widzę w tym bardziej odruch sympatii. „Daj spokój. Nikt nie jest idealny. Serio. Może jesteś trochę mądrzejszy, niż inni ludzie. Spokojnie. To jeszcze nie znaczy, że jesteś z innego gatunku”. Szyderstwo losu usuwa wszelkie nadęcie, jakie mogłoby się zebrać względem tych postaci, przekłuwa balon – sprawia, że Don i Joan pozostają jednymi z nas, nie żadnym wyidealizowanym, niewiarygodnym tworem. To przybliża nam Dona w tych częstych sytuacjach, kiedy mamy wrażenie, że twórcy zakochali się w nim równie mocno, co on sam. Skąd takie momenty się wzięły? W ostatnich sezonach rosnąca liczba wątków na pewno wpłynęła na ich mniejszą klarowność, niektóre zaczynały się gubić. Często mieliśmy wrażenie, że jakaś postać pojawia się głównie po to, by powiedzieć do Dona jakąś mądrą sentencję, po czym zniknąć (zazwyczaj mówiący sami nie rozumieją, jak ta sentencja jest mądra i jak idealnie pasuje do momentu, co stało się wręcz znakiem rozpoznawalnym stylu Mad Men). Córka Drapera mówi: „I’m so many people”, we wręcz irytujący sposób sugerując, że w tym życiu jest wiele więcej, niż lubiliśmy myśleć, a czego, tak jak większość ojców o swoich dzieciach, nie widzimy, nie wiemy. To zresztą także wątek jakże poniżający postać Dona: w ostatnim sezonie, jak w paru poprzednich, wydaje się śmieszny w swoich rzadkich, niby-zaangażowanych próbach „zbliżenia się” do własnej córki, nagle wyglądając jak człowiek głupi: choć tyle wie o ludziach, nie rozumie, że tego akurat nie da się „nadrabiać” w krótkich sesjach raz na pół roku. Innym przykładem takiego zabłąkanego mędrca jest choćby Ken Cosgrove, który w jednym z ostatnich odcinków mówi o istniejącym gdzieś obok, w alternatywie, niewybranym, prawdziwym życiu: „life not lived”. Oczywiście! Genialny tekst. Któż o tym nie myśli. A jednak, choć Ken mówi o wielkiej szansie wiążącej się ze startem w nowej branży, widzimy, że koleś praktycznie trzęsie się ze strachu. Powiedział mądrość zbyt mądrą dla niego samego – mówi ją takim tonem, jak przejęty ksiądz cytujący Biblię, tym typowym kazaniowym tonem „wow, czaicie jakie to jest mocne zdanie” . Wspaniała scena. Potem… Ken gdzieś tam sobie idzie. Narracja Dono-centryczna odzywa się w całym swoim okrucieństwie, traktując postaci poboczne tak, jak… my traktujemy innych ludzi w swoim życiu: Cosgrove pojawia się co jakiś czas, by uzupełnić żart, by Don mógł zaczerpnąć od niego najmądrzejsze, co powie, wzbogacając swoją mądrość, a potem może spadać. Oczywiście, jeśli pomyśleć o nim jak o realnym człowieku, Cosgrove nie jest postacią tła. Na pewno wiele o tych sprawach myślał. I na pewno ma jeszcze wiele mądrych rzeczy do powiedzenia. I jakieś ciekawe własne historie. Ale to wymaga pomyślenia nad nim specjalnie. W tej narracji jest tylko przemykającym pyłkiem. Kolesiem, o którym można powiedzieć kilka niezłych żartów, bo miał ten nieszczęsny wypadek na polowaniu.

Jeszcze inną mądrością, którą Don rozumie by tworzyć fajne, skuteczne reklamy, a do której Mad Men w ogóle się nie stosuje, jest jednoznaczność. Człowiek wykształcony mówi trudne rzeczy – bo ubieranie rzeczywistości w słowa celnie to skomplikowana sprawa. Człowiek mądry mówi łatwe rzeczy – bo wie, że celność i tak nikogo to nie obchodzi. Zupełnie odwrotnie jak dobra reklama, Mad Men zawsze potrafił zgubić widza wieloznacznością zdarzeń, zazwyczaj nie tyle celową, co wynikają z samej natury życia – ludzie porozumiewają się słowami, ale życie to nie film Marvela i słowa nie zawsze wyrażają wszystko to i tylko to, co potrzebne do przedstawienia całego kontekstu sytuacji.
Ile razy zaczynam mówić takie rzeczy, mam ochotę opisywać całe sceny ujęcie po ujęciu, bo ich treść jest nieredukowalna, a wręcz przeciwnie, zsumowana wykracza znacząco poza zakres trwania samej sceny. Najlepiej widać to na początku każdego sezonu, który komunikuje nam „przy okazji” mnóstwo nowych odkryć (również związanych po prostu z nowym wąsem czy stylówą danej postaci) i podnieca podwójną dawką ekspozycji: z dialogów widzimy, że coś się wydarzyło, ale będziemy musieli chwilę pooglądać, żeby zobaczyć, co dokładnie – i czy w ogóle kiedykolwiek sprawa X czy Y stanie się dla nas w pełni jasna. Oczywiście, możemy żyć dalej, nie martwiąc się tym, że „jakaś sprawa jest niejasna”. To niewielki problem. Ale… istnieje.

Okej, przykład. Ostatni sezon (czy też pół-sezon, bo oficjalnie dwa ostatnie lata to po prostu „sezon siódmy”) zaczyna się taką perełką: kamera na wprost Freddy’ego Rumsena. Spokojnie, ja też zapomniałem, kto to jest, nie martwcie się. Wystarczy tutaj, że Freddy wygląda jak… no, ktoś niezapamiętywany (bardziej zapamiętliwi fani będą kojarzyć m.in. to, że w drugim sezonie zsikał się w spodnie – i można by napisać książkę o tym, czemu!). Kamera jednak patrzy prosto na niego i nie urywa spojrzenia, zakochana w jego zupełnie nijakiej, budyniowej twarzy jakby był Donem Draperem. Freddy Rumsen – zdajemy sobie po chwili sprawę – mówi też zupełnie jak Don. Mówi ładnie. Krótkie zdania. Język potrzeb i korzyści. Dramatyczne pauzy. „Spotkanie jest nudne, ale ty nie możesz być. Masz zegarek Accutron. On CZYNI CIĘ ciekawym”. Trwa to aż do rewelacyjnej puenty: „Accutron. It’s not a timepiece. It’s a conversation piece”. Porywające przemówienie budyniowego kolesia. W końcu kamera pokazuje reakcję – słucha go Peggy. Jest zadziwiona. Tak jak my. Mówi dokładnie to, co myślimy: „wow. To jest… bardzo dobre. Jestem w szoku”. Freddy odpowiada zrezygnowany: „można to powiedzieć w miły sposób, albo tak, jak właśnie powiedziałaś”. Spotkanie się kończy, a Freddy mówi, że weźmie jeszcze jedną kawę z biura. „Wow, you really put „free” in „freelancer””, komentuje Peggy.

Minęły trzy minuty, a mnie już w ogóle nie obchodziło, że przez rok zapomniałem wszystko, co się działo. Te sceny są po prostu za dobre. Po tylu latach nie trzeba (choć czasem przyjemnie) wiązać ze sobą wydarzeń i trzymać pod ręką rozrysowanej mapki relacji między postaciami, żeby się dobrze bawić, bo w następnej scenie i tak dostanę więcej nowej treści, niż w całym sezonie Daredevila. Mad Men jest rewelacyjnie napisanym serialem, i widać to w każdym jego momencie niemal równie mocno. Jednym z jego głównych wątków jest porównywanie ludzkiej persony do produktu, który należy sprzedać – a jednak ciągle, zwłaszcza w ostatnich momentach, pokazuje tyle empatii wobec tego ludzkiego losu, że nie oziębia, a rozczula. W Polsce mieliśmy 10 lat temu słynne reklamy (partii politycznych), które straszyły pustymi lodówkami. Mad Men to serial psychologiczny, więc ostatecznie ma dla widza przekaz innego rodzaju: wszyscy jesteśmy zawartością lodówki. Chcesz, żeby wzięto cię na obiad? Tak jak każdy z nas. Ten przekaz jednej z kluczowych scen ostatniego sezonu jest ciepły i tulący niczym Teletubisie. W takim momencie łatwo dojść do wniosku, że ten serial jednak JEST mądry. Tak samo jak Don Draper, potrafił odnaleźć (nie pierwszy raz) to pożądane uczucie: prawdziwej wspólnoty, harmonii, bezpośredniego kontaktu z innymi – z tym, jacy są, jacy jesteśmy, WEWNĄTRZ. Potrafił znaleźć i poznać uczucie prawdziwej jasności i prawdziwego szczęścia. A potem sprzedać je widzowi.











