Vermiglio

La dolce tradvita

Pięć lat temu, można by poświęcić wiele akapitów na sam opis specyficznego uroku miejsca, czasu i kultury, będącego jednym z kluczowych elementów sukcesu Vermiglio (który po nominacji do Złotego Globu ostatecznie nie załapał się na galę Oscarów – ale sam fakt, że był to dość zaskakujący „snub”, niech świadczy o jego popularności, rosnącej od czasu zdobycia Wielkiej Nagrody Jury w Wenecji). Dziś ten urok można opisać jednym słowem, które od dawna, przepraszam za wyrażenie, „trenduje na tiktoku”. Tak, Vermiglio jest… trad.

Trudno było nie usłyszeć w ostatnim czasie, że ludzie podobnoż chcą mieć życie „tradlife”, faceci chcą mieć żony „tradwife”, a kobiety chcą tymi tradwife’ami być. Jak liczni są naprawdę ci ludzie, ci faceci i te kobiety, to już inna sprawa. Patrząc na komentarze, z tradem jest chyba tak, że w realu uprawiają go nieliczne jednostki, w internecie zaś – 90% potępia, a 10% może i do niego wzdycha, ale głównie jako do nierealnej fantazji. Większość wydaje się zgadzać, że tradlife nie jest wykonalny. Od czego jednak jest kino – wehikuł magiczny, najpiękniejsze oszustwo świata, wstążka snów, które pozwoli się nam zanurzyć w fantazji w sposób bezpieczny, bez poświęceń. Pozwoli nam przez chwilę tam być, ale nie tak naprawdę. Możemy sięgnąć tylko po te uczucia, na które mamy ochotę.

Nie miejcie wątpliwości, Maura Delpero wcale nie romantyzuje wioskowego stylu życia sprzed stulecia, zdecydowanie nie jest to film na poprawę humoru. Jest prawdziwy – prawie wszystko, co znajdziecie napisane o tradzie, gdzieś można znaleźć w fabule Vermiglio. Ale mocą tej prawdziwości, film potrafi jednocześnie obudzić niespodziewaną tęsknotę za byciem tam na stałe. Za nieuchwytną dla nas prostotą, czystością, pięknem, przynależnością. Na dobre i na złe, film jest tak bezwzględny, jak jego naturalistyczny tytuł: to po prostu jest Vermiglio.

Vermiglio to niemalowany drewniany stół, przy którym dwanaście osób dzieli się chlebem; ojciec rodziny na jednym końcu, na drugim – nalewająca wszystkim po kolei zupy matka. Vermiglio to dzieci, które na własną rękę prowadzą dziennik przyznawanych sobie samemu kar za grzechy, opisując masturbację jedynie poprzez bardzo okrężne eufemizmy. Vermiglio to spanie w jednym łóżku, to bycie niemal jednym ze swoim rodzeństwem. Vermiglio to wydarzenie dnia w postaci opowiadania sobie historii, a wydarzenie roku w postaci pojawienia się płyty winylowej i faktycznego doświadczania każdego dźwięku arcydzieła; to szczygieł jawiący się w wyobraźni jak prawdziwy wraz z brzmieniem fletu, jeśli tylko zamkniemy oczy. A propos Vivaldiego: oczywiście, Vermiglio to też cztery pory roku, każda znacząco inna. Vermiglio to śnieg, drzewa, płynąca woda. Vermiglio to także zwierzęta, stodoła, siano, dojenie krowy, siedzenie na ośle, zwierzęta sikające, zwierzęta srające. Ale i tutaj ratuje nas przecież wehikuł magiczny. Tak jak w przypadku zupełnie innej wizualnej fantazji, pornografii, chciałoby się czasem powiedzieć: na szczęście film nie oddaje zapachu.

Czy tak faktycznie dokładnie to było w latach 40. XX wieku w Vermiglio – widz w sumie nie wie, a jednak i tak chce powiedzieć wzruszony „tak właśnie było!”. Taka jest siła maestrii realizatorskiej Delpero i wyjątkowo udanego wcielenia w życie kompletnej wizji miejsca. Bo, oczywiście, mówimy o wizji – przecież choćby w kwestii wyblakłej kolorstyki, Vermiglio wygląda bardziej jak stara pocztówka, niż Tyrol oglądany własnymi oczami. Gdyby była jakaś sprawiedliwość na świecie, film dostałby mnóstwo wspomnianych Oscarowych nominacji, bo to właśnie taka produkcja, że doskonałość wykonania zdjęć, kostiumów, scenografii jest kluczowa dla całego przekazu. To dzięki niej, Vermiglio, niczym ideał tradycyjnego ojca rodziny, może być tak mocne, gdy jednocześnie jest tak stonowane. Nie musi mówić wiele, by działać.

Oczywiście, recenzje z Wenecji mówiące o bogatej „politycznej” opowieści „o wojnie”, nie są do końca błędne, ale czasem zdają się sugerować dramat rozkrzyczany jak u Bellocchio. W praktyce, tymczasem, wojna jest tutaj bardzo celowo po prostu czymś, o czym się wspomina, nijak niby nie wpływającym na cichy rytm codziennego życia. Mężczyźni z okolicy przy alkoholu dzielą się głośno opiniami o tym, kto zdradził, kto nie zdradził, ale dostają też szybko odpowiedź: wam łatwo mówić, bo tu nie Sycylia, tu wojny nie ma. Signor Graziadei uczy dzieci o znaczeniu słowa „epistolarny” nie bez powodu – wielka historia istnieje tutaj głównie o tyle, że przychodzą listy, reportaże, choć często cała wiadomość jest też taka, że nic nie przyszło. Efekty wielkich historii ostatecznie widzimy, bez wątpienia, acz efekty to pewnie nie takie, jakich byśmy się spodziewali: wojna może nie być najbardziej morderczym ryzykiem w tym świecie. Przy całej miłości do wyblakłych kolorów, Delpero w swoim scenariuszu unika wszystkich startych klisz kina o epoce – śledzenia PTSD w oczach byłego żołnierza, znanych banałów o alkoholizmie czy feminizmie, fetyszyzowania biedy i głodu, okropnego księdza, i tak dalej. To po prostu Vermiglio. To nie jedna z tych „zawsze aktualnych” opowieści, i dlatego jest na ekranie tak prawdziwe. To weryzm bliski oryginalnego, włoskiego znaczenia słowa.

Filozoficznie, politycznie, humanistycznie – o filmie można opowiadać po obejrzeniu długo, jeśli ktoś ma do tego smykałkę. A z drugiej strony, jak w mało którym przypadku, żadna pisana recenzja nie odda treści Vermiglio tak dobrze, jak samo przyglądanie się kadrom. Wiele filmów określa się malowniczymi, malarskimi, ale rzadko kadry stanowią faktycznie tak zamkniętą wizualną opowieść, jak tutaj. Wiele razy, widząc ujęcie, w oczach może aż pojawić się muzealna rama i tytuł klasycznego dzieła, które właśnie tak by wyglądało. „Dziewczyna na rowerze” – wyciągająca stopy, by się zatrzymać przy studni i porozmawiać, w tle powalający pejzaż stromych gór; dokoła śnieg, jej ścieżka śliska, jej wyprostowane kończyny niezostawiające wątpliwości, że nie tylko może, ale chce się z tą ścieżką zmierzyć. „Odjazd” – pierwszy plan wypełniony plecami mężczyzny na wozie, biel jego koszuli i szerokość jego barków mówiące wszystko o tym, ile dźwigają te plecy, mężczyzna wydaje się ogromny; nie widzimy oczywiście jego twarzy; widzimy, na co patrzy – na roześmianą gromadkę, która macha mu na pożegnanie, wśród zielonej przyrody. „Nalewanie mleka” – z góry, starannie, dotykając chochlą krawędzi kubka, który trzymany jest przez dziewczynkę napiętą w oczekiwaniu i uniesieniu, jakby otrzymywała właśnie pierwszą komunię; tutaj też widzimy nie twarz postaci, a jej postawę. „Przeprosiny” – jedna postać przysiada się do drugiej na ławce, ale nieśmiało, bez czelności, z nogami na zewnątrz, z twarzą patrzącą smutno w dal. Wiele tego typu kadrów można by bez wątpienia analizować w Orsay.

Wśród mocnych środków wyrazu w palecie Delpero wyróżnia się oczywiście światło, a może wręcz Światło – blady blask tak jasny, że wszystko inne w kadrze przestaje jakby istnieć. Na pewnym poziomie, to znów jest bardzo dosłowne, prawdziwe Vermiglio – takie głównie przecież jest światło w ośnieżonych górach. Wiadomo, że w prostej chacie, otwarcie okna czy drzwi będzie mocnym uderzeniem światła w oczy. Trudno też nie pomyśleć jednak o Malicku, o świetle jako Boskiej łasce. W tym przypadku, otoczenie natury samo w sobie można by czytać jako potencjalną Boską obietnicę – dałem ci tutaj wszystko, czego potrzebujesz do życia. Scenariusz nie zostawia wątpliwości, że aż tak proste to życie nie jest, przynajmniej nie w roku 1944. Ale zachwycić się można. Napisy końcowe sugerują, że takie interpretacje to nie przypadek – widzimy w nich, że, pracując w większości z mało znaną, włoską ekipą, Delpero sięgnęła daleko, wybierając operatora kamery. Za zdjęcia odpowiada bowiem Michaił Kriczman, jeden z artystów najbardziej kojarzonych z kinem duchowym. Rosjanin otrzymał mnóstwo nagród zwłaszcza za filmy Andrieja Zwiagincewa, a także za Milczące dusze Fiedorczenki. Weryzm w jego obiektywie chyba musi być czymś więcej. Kirczman wrócił w 2024 r. do wielkiego kina dwoma filmami, z jakże innym skutkiem: o ile Koniec Oppenheimera został uznany za nadęty pokaz, jak autor może chcieć wziąć na wokandę wszystko i zrobić z tego w praktyce nic, tak Vermiglio być może będzie kultowym przykładem, jaki efekt da się osiągnąć, gdy reżyser stąpa twardo po ziemi, a pozwala śpiewać jedynie operatorowi.

Nie jest to może poziom techniczny Malicka, i na pewno nie tej miary filmowy show. Sam scenariusz – jak się domyślacie po tych opisach bogactwa techniki i liczby postaci – nie podejmuje wszystkich tych tematów w sposób kompletny. Mało która kreacja postaci ma szansę rozwinąć się w coś naprawdę mocnego. Ale samo wypełnienie kadrów znaczeniem niemalże w każdej scenie to jeden z głównych powodów, dla których Vermiglio spodoba się większej liczbie widzów, niż typowe festiwalowe slow cinema. W pewnym sensie, film jest pełen akcji, jeśli wyobrazimy sobie, że „dużo akcji” może nadal oznaczać coś innego, niż oglądanie na komórce dwóch wideo naraz w autobusie. Że pełne akcji jest też przecież aktywne obserwowanie, czytanie sytuacji, rozumienie tego, co widzimy. Tego jest tu sporo. Być może akcja może nawet dziać się w głowie, gdy tylko zamkniemy oczy, a każda fraza u Vivaldiego będzie wstrząsającym przeżyciem. Nikt po seansie Vermiglio nie poczuje, że warto serio wzdychać do życia trad. Ale może powie, że coś tam straciliśmy.

Drzewo autentyczności

Płuca świata przemawiają

Przy całej obecnej globalizacji, Czarny Ląd pozostaje dla nas pewną terra incognita. Świadczy o tym nawet to, jak często widzimy słowo „pierwszy…” w opisach festiwalowych filmów z Afryki. I tak, na NH 2025 pojawił się choćby „pierwszy nigeryjski film w konkursie Cannes” (Cień mojego ojca), a także Drzewo autentyczności, czyli pierwszy film kongijski nagrodzony w Rotterdamie. Dokument ten w rolach narratorów obsadza nie tylko dwie realne postaci z kolonijnej historii Konga/Zairu, ale też stojące sobie w lesie Pachyelasmia tessmannii. To też chyba czyni go pierwszym filmem, któremu w rubryce „język” można wpisać: francuski, niderlandzki, drzewny.

Oczywiście, nawet jak na festiwalowe kino eksperymentalne, „Pachyelasmia tessmannii” byłoby raczej odpychającym tytułem. I mało kogo by wtedy obchodziło, że mówimy o roślinie niezwykle istotnej nie tylko dla centralnej Afryki, ale całego świata, bo lasy Konga pochłaniają sporą część całego dwutlenku węgla w atmosferze. Na szczęście, Pachyelasmia doczekała się wielu nazw bardziej ludowych, jak na przykład skrzętne Lileko, a nawet nazw politycznych, dostosowanych do przekazu epoki – wśród tych było czy to „drzewo oporu przodków”, czy wcześniej właśnie „drzewo autentyczności”.

Film Sammy’ego Balojiego nie tłumaczy wiele o samym tym słowie, ale trudno nie zauważyć, że przez dekady, „Authenticité” było kluczowym sloganem niepodległego Zairu pod wodzą Mobutu Sese Seko – sloganem nieustannie używanym, by podkreślać, że po długim okresie kolonialnym, nowy Zair to nareszcie państwo „prawdziwe”. Jeśli polecano porzucać zachodnie imiona, ubrania i zwyczaje, zmieniając np. nazwę stolicy z Léopoldville na Kinszasę – było to właśnie „Authenticité” realizowane w praktyce. To, że Baloji w ogóle nie skupia się na ocenie dyktatora Mobutu (ani zresztą nikogo innego spośród najsłynniejszych na świecie Kongijczyków), a nawet niespecjalnie o nim wspomina, to jeden z wielu przykładów, czym Drzewo autentyczności może zaskoczyć zachodniego widza. Prezentując dzienniki dwóch kolonizatorów, a po nich mistyczny monolog drzewa, Baloji kompleksowo, ale i zabawnie podkopuje najsłynniejsze polityczne narracje – jakby wyśmiewając sugestie, że w fizycznym świecie, człowiek może gadką, nauką czy przemocą wmówić, do jakiej opcji „naprawdę” należą, wszystkim, nawet drzewu.

Nie żeby twórca unikał prezentowania wyrazistych opinii – zwłaszcza wspomniane przemówienie Lileko można uznać za sprytny trick retoryczny, a może i polityczny. To chyba przecież pewne, że Baloji z drzewem nie rozmawiał, a słowa „mówione przez Lileko” zostały po prostu wybrane przez autora filmu. Słowa, które często uderzają wzniosłymi, moralizującymi kliszami znanymi z kina ekologicznego całego świata. „Kiedy ludzie pohamują się w swojej żądzy panowania?”. „Człowiek wypala drzewa, by karmić ruiny nowoczesności”. Z tak prostym morałem można by dyskutować, uznać go za zbyt naiwny. Kusiło by nawet spytać już na podstawie filmu, czy szlachetniejsze było „ludowe” zastosowanie Lileko, którego części używano głównie jako trucizny. Ale… gadaj tu z drzewem. Ono chyba wie lepiej, zdaje się mówić Baloji.

Na szczęście, spośród trzech aktów Drzewa…, dwa pierwsze – te z narracją ludzką – są dalece bardziej kompleksowe i wieloznaczne, sprawiając, że cała produkcja fascynuje i jako dokument, i jako film artystyczny. Akt otwierający cytuje zapiski Paula Pandy Farnany, Kongijczyka wychowanego w białej rodzinie – mówiąc językiem kolonizatorów sprzed stulecia, można by go nazwać projektem pilotażowym „wytrenowania cywilizowanego czarnego”. Panda Farnana trafił więc do Konga zarówno jako czarny, jak i kolonizator, co z marszu czyni go niezwykle ciekawą postacią, a że był też wszechstronnie wykształcony, jego słowa i perspektywa dają sporo literackiej przyjemności.

Środkowy akt filmu używa natomiast relacji Abirona Beirnaerta, nadzorcy odpowiedzialnego za produkcję oleju palmowego podczas II wojny światowej. Jak mówi Beirnaert, „Belgie bezet, Congo aanzet” – „Belgia okupowana, Kongo uruchomione”, jakby chodziło o włączenie maszyny. Produkcja niezwykle istotnego surowca rusza pełną parą, a kosmopolityczne elity biznesu i nauki współpracują, by zbierając najlepsze techniki z całego świata, zmaksymalizować efektywność procesu i wprowadzić go na miejscu tam, gdzie jest surowiec. Belgijscy zarządcy wierzą nawet, że ogromne przychody z produkcji kongijskich są główną nadzieją na postawienie się nazistom. Na chwałę Belgii, i na ratunek demokracji, jeden z największych lasów świata staje się jedną z największych fabryk świata.

Wszystkie te historie ciekawe się czyta i ciekawie się pisze, film inspiruje też do lektury pasjonujących wywiadów z reżyserem i szukania dalszych kontekstów z czasów przed i po tych opowiedzianych w filmie. Ale samo Drzewo…, przy całej swojej wartości edukacyjnej, jest przede wszystkim dokumentem wyjątkowo wizualnym i poetyckim.

Baloji rezygnuje z typowych plansz, archiwalnych zdjęć i pokazywania nam na reprodukcjach tego samego, o czym narrator obecnie mówi. Jako film, Drzewo… to relacja z Konga współczesnego, spokojny zbiór pięknych kadrów z leśnych rejonów (z krótkim epizodem na czarno-białą wizytę w Belgii). Obraz na ekranie kinowym żyje tutaj zupełnie własnym życiem, niewzruszony opowieściami czytanymi przez narratora. Relaksujące kadry pokazują nam Kongo, którego nie obchodzą zbytnio stare dzienniki i historie, Kongo trwające dalej w „naturalnym stanie”. Twórcom udało się zebrać wiele pamiątek z dawnych czasów, jednak postawione bez kontekstu pośrodku pustej drewnianej rudery – niczym eksponat w nieodwiedzanym muzeum – wydają się one pozbawione wszelkiej funkcji poza estetyczną.

Duża część obrazów w tym pokazie żywych slajdów to po prostu liście, gałęzie, kory i mchy; ale nawet, gdy na ekranie pojawiają się ludzie, nie pełnią roli podmiotowej. Jak francuskie Serce dębu uczyniło gwiazdy kina akcji z myszek i żuczków, tak u Balojiego to ludzie grają role zarezerwowane typowo raczej dla żuczka: gdzieś sobie chodzą, coś tam swojego kombinują, nie wchodząc nikomu w drogę.

Relacja tekstu z oglądanym właśnie materiałem wydaje się oparta na luźnych skojarzeniach szerokich kategorii, ale często daje pociągający i bardzo zabawny efekt. Przykładowo, gdy narrator opisuje pokaz tańca tradycyjnych wojowników – na ekranie widzimy kilku współczesnych robotników, spokojnie wycinających drzewka i wypalających węgiel. Gdy słyszymy relację, jak zarządcy belgijscy jechali w drogę samochodem czy na słoniu – oglądamy obrazy zdezelowanych, kompletnie pokrytych rdzą pojazdów, a także uruchomione, stojące w miejscu silniki. Podczas opowieści o rekordowej produkcji kluczowego oleju podczas wojny – przed oczami mamy jedynie powolnego starszego pana, który niespiesznie wypełnia bardzo skąpe tabelki na kartce. Takich rozkosznych zestawień jest w ciągu niespełna półtorej godziny projekcji całkiem sporo.

Z racji, że we Wrocławiu odbyła się 25. edycja Nowych Horyzontów, na festiwalu sporo było wspominek, w tym cała sekcja „Filmy, które zostały”, poświęcone filmom ważnych dla kultu NH nie tyle dlatego, że były najlepsze, ile „najbardziej nowohoryzontowe”. A to znaczy coś trochę innego – filmy „nowohoryzontowe” często uderzają formą, otwierają nowe sposoby myślenia, i z innych powodów są po prostu kontrowersyjne nawet wśród widzów kina arthouse. Łatwo z tej okazji było zastanawiać się, co w tegorocznym programie można by określić jako „najbardziej nowohoryzontowe”. Drzewo autentyczności to właśnie taki tytuł – film, który łatwo było przegapić na NH w zalewie hitów z Cannes, i który pewnie będzie łatwo przegapić w przyszłości, bo nie wywołał w świecie wielkiego szumu, chyba że mówimy o szumie drzew w lesie.

I właśnie tak jak szum lasu, film Balojiego dla jednych będzie okazją do intensywnego, immersyjnego spotkania z potęgą natury, a dla innych – po prostu odgłosem ułatwiającym zasypianie. Dla mnie jednak był to jeden z najciekawszych, najbardziej odświeżających pokazów podczas tegorocznej edycji.

Drzewo autentyczności
L’arbre de l’authenticité
Belgia, Demokratyczna Republika Konga 2025, 89’
reż. Sammy Bolaji, scen. Sammy Baloji, Thomas Hendricks, Ellen Meiresonne, David van Reybrouck, zdj. Frank Moka, prod. Twenty Nine Studio, wyst.: Edson Anibal, Diederick Peeters

Cień mojego ojca

Jeszcze jeden nowohoryzontowy odrzut (nie z mojego wyboru, jak dla mnie teskt jest ok. A film bardzo zasługuje na więcej atencji). Zapraszam.

Najczęstszy slogan promujący Cień mojego ojca – „pierwszy w historii film nigeryjski dopuszczony do konkursu w Cannes” – jest połowicznie uzasadniony. Mówimy mimo wszystko o koprodukcji z krajami europejskimi, nakręconej przez reżysera znającego również życie w Londynie i Nowym Jorku. Może to więc spodziewane, że artystycznie Akinola Davies Jr. sięga częściej w okolice i Bressona, i neorealizmu, i nawet Nicolasa Roega, niż tego, co najczęściej kojarzymy z niezliczonymi produkcjami Nollywoodu. Niemniej, film nadal pełni doskonale rolę wizytówki Nigerii. Nie tylko z racji na przedstawione historyczne wydarzenia, ale przede wszystkim przez odzwierciedlenie szczerego, serdecznego, pokornego podejścia do życia, które rzadko króluje dziś w kinie Europy. Ta duchowość czyni Cień… nie tylko ciekawostką etnograficzną, ale wyjątkowo wzruszającą opowieścią, za której bohaterów trzyma się kciuki.

By unaocznić to pokorne podejście do życia, można opisać zawiązanie akcji. Synowie nudzą się w domu bez ojca, ale ten, gdy tylko przyjdzie z miasta, musi zaraz iść z powrotem, bo do pracy ma naprawdę daleko. Jego relacja mogłaby wręcz przywieść na myśl żarty o opowieściach naszych „starych”: „ty to masz łatwo, ja to musiałem chodzić codziennie do pracy 50 kilometrów, w obie strony pod górkę, nosiłem gołymi rękami płyty betonowe. I nie narzekałem!”. Zazwyczaj słuchamy dziś o tych „ciężkich czasach” dość sceptycznie, a odpowiadamy seniorom, że dostali tanio mieszkanie. Cień mojego ojca to jednak opowieść, którą można podsumować tak: wow, mój ojciec naprawdę miał ciężko… i nie narzekał. Folarin zakłada na siebie koszulę i spodnie w kant, i rusza, piechotą, przez las, do pracy. Ale tym razem, jego synowie zabierają się z nim na „wycieczkę”, i podróż ta w ciągu jednego dnia otwiera im oczy na to, jak potężny, piękny, straszny i ciężki jest „prawdziwy świat”. I z czym musi mierzyć się ojciec, chcąc przynieść do domu trochę grosza.

Tytuł filmu jest dość dosłowny – Davies stworzył film jako hołd dla swojego ojca, pisząc oparty na swoich doświadczeniach scenariusz wspólnie z bratem. Młodych braci Akiego i Remiego grają również prawdziwi bracia, Godwin i Chibuike Egbo. Niby dla widza to tylko ciekawostka, ale na ekranie naprawdę czuć, że te postaci były dla twórcy filmu niezwykle ważne. Jest w tym serce człowieka, który widocznie uznał: jeśli nakręcę w życiu tylko jeden film, to chcę, by to było to.

Davies jest wręcz religijnie zachwycony siłą ojca, dającą mu napęd, by każdego dnia starać się o zapewnienie dzieciom jak najlepszego bytu. Tutejszy Folarin nie jest kompletnie bez grzechu (co dorosły widz rozumie lepiej, niż dziecięcy bohaterowie), a jednak aż chce się powiedzieć, że to święty – tak jak święty jest każdy rodzic i opiekun. W natchnionej kreacjiSope Dirisu (którego kreacja w Czyj to dom? stanowiła bez wątpienia , Folarin to jeden z najbardziej pozytywnych wzorów męskości w kinie ostatnich lat – po pierwsze odpowiedzialny, troskliwy, pozbawiony dumy, próbujący nauczyć dzieci od najmłodszych lat, jak stawiać własne kroki i być zaradnym, ale zawsze myślącym o innych człowiekiem. Bez negatywnych emocji, ale zdecydowanie, chce wpoić im zasady, których przestrzegać po prostu należy, takie jak: jeśli twój brat nie zje, to i ty nie zjesz. Człowiek, który buduje, załatwia sprawy, dla którego rodzina jest nie obciążeniem, a misją.

Po religijne skojarzenia sięgają w końcu sami bohaterowie. W wyjątkowo wzruszającej scenie, jeden z chłopców zauważa, że tak jak ich rzadko bywający w domu ojciec, Bóg też ich kocha, a jednak go nie widzą. To jeden z momentów, w których można dostrzec, jak doskonali są tu aktorzy – ich ikra sprawia, że możemy zrozumieć różnicę między wiarą (w Boga i ludzi) a naiwnością. I chłopcy, i ojciec nie mają w sobie nic z osiołka z IO, to prawdziwe cwaniaki (co wpływa na wiele humoru w całym filmie), a jednak nie wkraczają w obszar cynizmu. My też w nich wierzymy, i dlatego właśnie mowa o wyjątkowo mocnych postaciach, które zostają z widzem na bardzo długo po seansie.

Folarin wierzy też w lepszą Nigerię, bo i wątki polityczne przewijają się podczas opowieści rozgrywającej się w decydującym dniu kryzysu wyborczego w 1993 roku. Cień… nie jest jednak zbytnio opowieścią o tym wydarzeniu – co najwyżej o tym, jak konkretne postaci w krwi i kości je przeżywały i dlaczego (w tym przypadku, oczywiście: dla lepszej przyszłości swoich dzieci). Osoby szukające w filmie poważnej analizy tego, czemu „Nigeria jest ciężka” i głębokich analogii wątków postaci z wydarzeniami politycznymi będą pewnie zawiedzione. Davies w całości oddaje się subiektywnej indie spontaniczności, i pod tym względem wydaje się wręcz składać hołd standardom Nollywood.

Mimo tego, ciężki polityczny finał Cienia… to dobrze pasujące zwieńczenie fascynującej podróży w świat dorosłych, którą obserwujemy przez cały film z perspektywy Akiego i Remiego. Sceny mające pokazać oszołomienie chłopców podróżą i wielkim miastem, wypełniające drugi akt, należą do najlepszych w filmie. Działa tam niemal wszystko – akcja jest żwawa, tematyka jest ciekawa, zdjęcia piękne, montaż zaskakująco zręczny, a wszystko podkreśla zapierająca dech muzyka. Zwłaszcza skoczne klawisze w kompozycjach Duvala Timothy’ego i CJ-a Mirry przyczyniają się do wizji, która potrafi wywołać ciarki.

Lagos to dla Akiego i Remiego pierwszy kontakt z samochodami na ulicach, z innymi religiami, językami, ale i innymi klasami – chyba nic innego tak nie frapuje chłopców, jak widok koni do polo, a ściślej rzecz biorąc, próba zrozumienia samej koncepcji tego sportu. Ale Lagos to też mnóstwo ludzi, którzy znają ich ojca, i ewidentnie wiedzą o nim rzeczy, których rodzina nigdy nie widziała. Kamera i montaż nieźle w tych scenach radzą sobie z przekazaniem akurat tyle, by widz też czuł, że odkrywa jakąś niejasną tajemnicę. Widać to dobrze w ujęciu, w którym Folarin rozmawia pogodnie z kolegą nazywającym go „Kapo”, ale jednocześnie „ukradkiem” podsuwa mu do ręki pieniądze. Chociaż filmów wspominkowych z perspektywy dziecka mamy co roku dostatek, rzadko trafia się reżyser, który potrafi tak dobrze oddać to specyficzne uczucie odkrywania świata i jednocześnie nadal nierozumienia go do końca, które w wielu scenach tak doskonale wywołuje tutaj Davies nawet w dorosłym widzu.

Cała ta potęga uczuć i inspiracji pozwala wybaczyć Cieniowi… niedostatki techniczne, które wypływają na wierzch w różnych momentach. Jak na film konkursu w Cannes – nawet sekcji Un Certain Regard – zwracają uwagę etapy, gdy ewidentnie zabrakło materiału, i montażowo ostro przechodzimy do następnej, mniej porywającej sceny, czując, że wątek nie skończył się tak, jak miał. Sytuacja ta dotyczy przede wszystkim ostatnich scen filmu, które zostawiają niedosyt po mistrzowsko wykonanej reszcie. Nie zmienia to faktu, że pod względem ogólnego poziomu, film nie tylko w pełni zasłużył na miejsce w konkursie, ale stwierdziłbym nawet, że mógłby go spokojnie wygrać, nad Tajemniczym spojrzeniem flaminga.

Cień mojego ojca to produkcja, która równie dobrze może otworzyć pewien trend w światowym kinie, jak i pozostać przez wiele lat jedyną w swoim rodzaju okazją, byśmy przeżyli coś w tym stylu– w obu przypadkach widzimy, jak bardzo z filmem warto się zapoznać.

Left-Handed Girl

Adekwatnie do angielskiego tytułu zachowanego w polskich kinach (chociaż, oddajmy, nie samodzielnie: zamiast iść w jakieś „mańkuctwa”, dystrybutor ostatecznie nazwał film, cytuję:Left-Handed Girl. To była ręka…….. diabła!), wrzucam bez żadnego powodu tekst po angielsku. Po prostu jest, a co ma się marnować, jak może być na blogu, którego nikt nie czyta. Może kiedyś jeszcze go ODKRYJEMY. No i tak oto moja anglojęzyczna recenzja filmu na tym polskojęzycznym ex-blogasku.

Known mostly as a producing partner on Sean Baker-directed American films, Shih-Ching Tsou is now both a filmmaking veteran and a debutante, finally able to release the first feature with her own name at the top of the credit roll. Baker remains a close collaborator in this Taipei-set production, but is only credited with co-writing and editing this time. It seems as if the enormous success of his “Anora” opened the door to finally finishing the production that the two filmmakers had been planning since 2002.

This turn of fortune is a fitting, optimistic background story for “Left-Handed Girl” – a story of three women relegated to a lower class of society, yearning for that bit of outside support that will enable them to stand on their own feet; a touching reminder that life can always surprise us and give us the well-deserved propitiousness that we keep hoping for. And the film itself is definitely one that deserved making – gifting us not only an emotional story, but an enjoyable, lively, cinematic show, despite being shot in five weeks with an iPhone.

In fact, the production value of “Left-Handed Girl” is arguably the main reason for the film’s success, rather than the story, which – while well-paced – relies on stereotypes that we all know quite well by now. This can especially be said about the three main characters, which are the film’s main draw, even if we admit that they embody some predictable roles.

There is the single mother (Janel Tsai) – done dirty by her ex-husband, but, after many years, still too forgiving to stop losing money on him. More than once, characters in the story shout “hello?” while talking to Shu-Fen – as if she’s sleeping, as if to ask her to wake up, reconnect with reality, start listening to the obvious advice, and focus more on her own interest. And yet, she’s just too much of a martyr, keeping her head down and maintaining the subservient personality, even when her strength is obvious when we see how she keeps the family afloat.

There is the older daughter (Shih-Yuan Ma in her first role) – always in skimpy clothing, with an English tattoo, smoking cigarettes when no one’s looking, rolling her eyes with outrage when she is told to put the phone down and help at work. She’s disturbingly unfussy about sex, too – just another thing that she presumably has to indulge in as a teenager, but by the look at her face, doesn’t really seem to be enjoying. We never really get a deep enough background story on that – which feels off, as if the movie glosses over some very upsetting suggestions not in the name of subtlety (which isn’t common in “Left-Handed Girl”), but mostly to avoid spoiling the mood.

Then there is the titular younger daughter (child star Nina Ye) – an unbelievably cute little potato that lights up the world with her presence. Whatever she does, you just love watching it. She’s pure charm. She has a tendency to consider all the bad stuff happening in her life as her own fault. Again, a rather typical concept for a child character, which doesn’t change the fact that Ye is just sensational and you can never get enough of how fully into it she is when she dances, plays, runs around, and does all the childlike things.

That’s who we spend the time with in “Left-Handed Girl”. The archetypes of a tired mother, rebellious young adult, and lovable child, all executed precisely by the actresses (the spotlight, of course, being the prodigious Ye). Because the screenplay also makes it very clear that these women, despite some flaws, mean well – they are all fun characters to spend time with. That quality allows for a lot of freedom in developing the story, which usually shows the characters apart from each other, interestingly reflecting the dynamism of modern family life.

With the single mother drowning in obligations, each member of the family has to become quite independent, and we see it with image more than with words. The film’s editing creates a great tension by often interspersing little fragments of scenes that happen simultaneously to various characters, in various spaces, with various emotions. For example, a somber, quiet hospital scene might be twined with shots of an upbeat ride through the streets. Because of that, “Left-Handed Girl” is a film that doesn’t really have one slow minute. The footage itself is telling us: this life doesn’t make time for breaks. Even if you’re in a painful, serious situation, everything around you in the world is still going on at the same time, and your children’s lives don’t stop just because that would feel more “fair”. This isn’t only an attractive way to cut a film, then – these characters are shown to live quick because they have no other choice, and only after the screening ends may we have the time to fully ponder the meaning of their ordeals.

Visually, it’s an upbeat film, then. It’s as dynamic as a film as you would expect after the opening shots of a child playing with a kaleidoscope. Same can be said for music that brings a surprisingly modern, Western vibe to scenes of Taipei at night. But all of that is the spoonful that helps the medicine go down, because the story’s main subject is, eventually, the humiliation of poverty. The feeling that you did your best under the circumstances, but somehow – undeservedly, perhaps – your sisters or your schoolmates are just doing better. They look better, they do better stuff, they hang with better people. It’s about trying to stay positive and tackling life bravely, but at the same time, shame in your life when comparing it to lives of the middle class. In the end, every single scene in the film might be seen as a cause or an effect of exactly that central theme. The personal reasons for the three progatonists’ poverty and isolation gradually come to light throughout the story, and then erupt in the film’s sobering set piece finale of a family party, after which nothing can be the same. Or can it?

“Left-Handed Girl” seems titled after the film’s youngest character for a good reason. The “sins” she commits in the film are gleefully easy to forgive. I-Jing may come up to the adult, say “sorry”, and it already seems like too much care from such a little creature. All is forgotten instantly, we all understand that she meant no harm. If only it was so easy with adult sins, we may think.

While the Netflix-purchased film is unlikely to receive a wide cinematic release in many countries, it’s been making rounds on Western film festivals since Cannes. In Poland alone, it already got included on several events this year, like Wrocław’s New Horizons and Young Horizons, or Warsaw Film Festival. All the global interest – and 9 Golden Horse nominations back home in Taiwan – represents a noteworthy turn of fortune for Shih-Ching Tsou. No longer known as just a co-producer, she is the star of her own show now. We imagine the same might happen to people like Shu-Fen, I-Ann and I-Jing.

NH 2025: Jesteś z tym sam

Najbardziej pamiętna scena z Nowych Horyzontów 2025 to dla mnie moment podczas pokazu brazylijskiego klasyka Ziemi w transie, gdy w końcowej części filmu wyłączyły się napisy. Po prostu. Nagle, napisów nie było. Polskich ani angielskich. Co ciekawsze, film leciał dalej przez wiele minut. Sytuacja wyjątkowa i, uznałbym, bardzo zabawna.

Przy żałosnym poziomie rozumienia portugalskiego, starałem się słuchać w skupieniu, by dedukować te całe dialogi (tyle powiem na pewno, że często używali słów „lewica”, „wiara”, „demokracja” i „Bóg”!) – co było dość trudne, jako że na sali zaczęły się śmiechy, wzdechy, rozmowy i ogólne rozprężenie. Po pewnym czasie, film w końcu zatrzymano. Poinformowano nas, że poleci dalej, ale być może bez napisów. Większość przyjęła to po cichu. Pewien widz z Ameryki zaczął wyrażać swoje głośne oburzenie tą „nieakceptowalną” sytuacją i wielkim skandalem, na co większość sali zareagowała szyderą. Oburzony Amerykanin wstał i wyszedł z sali – oczywiście nie on jeden wyszedł, ale nasz głośny gość był jedynym, który zrobił to pomstując i krzycząc, pokazując palcem w stronę budki projekcyjnej, proponując zwolnienie odpowiedzialnych osób. Film obejrzałem do końca, rozumiejąc dialogi jako-tako.

Skandal na festiwalu filmowym! Nie dostarczono opłaconego produktu klientom! Nie było idealnie i gładko i przyjemnie! Na pewno organizatorzy bardzo by chcieli, by coś takiego się nie wydarzyło. To ich poważna praca, by szanse na takie wydarzenia minimalizować. Na pewno tak nie może być. Trzeba zrobić wszystko, by takie rzeczy się nie działy.

Jednocześnie… szczerze mówiąc, uważam, że człowiek żyje właśnie dla takich sytuacji. Byłem tak olśniony tym zwrotem akcji, który mnie spotkał, że nie wyobrażam sobie czuć jakiejkolwiek irytacji na to, że zostałem „okradziony” z należnych mi napisów. To było super! Będę to zawsze wspominał jako wzbogacające doświadczenie.

Ile może w życiu wszystko iść dobrze i komfortowo? Czy na pewno tego chcemy? Żeby wszystko po prostu szło zgodnie z planem i perfekcyjnie?

Zawsze miałem w życiu jedno marzenie: pozostać sobą, i zarabiać masę hajsu. Mało kto z nas ma okazję zrealizować taki plan w życiu. Często udaje się tylko jedno, albo tylko drugie, albo nawet ani jedno z dwojga. Nowe Horyzonty to festiwal, który kusi wizją spełnienia takiej wizji. Sale są pełne. Festiwal jest popularny. A jednocześnie – zachowuje nadal całkiem sprawnie PR wydarzenia bardzo indywidualistycznego, chodzącego swoją drogą.

Festiwal ten jest JAKIŚ, co widać już po nazwie – własnej, osobnej, niby wyrazistej, a jednak szalenie wieloznacznej (litościwie zostawmy na boku dyskusję o faktycznej pełnej nazwie BNP Paribas Nowe Horyzonty). Ani to banalny „Wrocławski Festiwal Filmowy”, ani też coś ograniczającego, jak „Festiwal Armeńskich Filmów Dokumentalnych”. Nowe Horyzonty to nie demarkacja, to marka. Wiesz tyle, że na Nowych Horyzontach ogląda się na pewno filmy… nowohoryzontowe. Z definicji! Just do it. I’m loving it. Nowe Horyzonty. Wiesz, że bierzesz udział w czymś wyjątkowym. Ale w czym właściwie? Jakie to filmy są, że są nowohoryzontowe? I czy to słowo na pewno znaczy ciągle to samo? Te pytania były wyjątkowo obecne podczas jubileuszowej 25. edycji, która pełna była materiałów odnoszących się do historii festiwalu, a zwłaszcza pierwszych edycji, gdy to w Sanoku i potem w Cieszynie zabłysnęła nowa gwiazda nadziei, wyznaczająca kierunek dla polskich kinomanów.

Odpowiedzi na te pytania znajdziemy pod dostatkiem w samym programie 25. edycji.

Podstawowej może udzielać Nouvelle vague Richarda Linklatera – film O Godardzie, ale na szczęście nie film Godarda, na szczęście amerykański. Godard oczywiście zawsze ma swoje miejsce w NH – w tym roku mieliśmy jego Zdrowaś Mario podczas retrospektywy żony Anne-Marie Miéville. Ale to było w sali 4, jednej z najmniejszych. Większość filmów Godarda, cóż… jest oryginalna. Jest wizjonerska. Jest erudyczna i olewa schematy. Jego Nowa fala to przykład filmu, który poleciłbym wszystkim miłośnikom kina nowohoryzontowego… Co nie znaczy, że by się im spodobał. Znajomym mniej „oryginalnym” bym go nie polecił. Są szanse, że ci określiliby go pretensjonalnym szajsem, masturbacyjną grafomanią, i tak dalej. Nową falę Linklatera z łatwością polecę niemal wszystkim. Ten nowy film jest czarno-biały, jest po francusku, ale na tym szaleństwa się kończą. On po prostu OPOWIADA o kimś, kto jest szalenie niekonwencjonalny. Ale jednocześnie bardzo fajny. Nie ma tu nudy. Nie ma tu ciężaru. Oglądamy bardzo zabawne, bardzo żwawe sceny o tym, jak to Godard w każdej sekundzie swojego życia szedł na wspak, i jakim był nonkonformistą.

W to, jak Godard się znalazł w tym miejscu, film nigdy nie wnika (spokojnie, nie bójcie się, sponsorzy, nie pada nazwisko „Marks”!) – niczym kreskówka Pixara, wydaje się sugerować, że każdy, kto „ma odwagę być sobą”, czy inne tanie hasełko, na pewno odniesie sukces, bo potęga oryginalności i autentyczności i płynięcia pod prąd spełnia marzenia. Taka wizja znacznie lepiej udaje się w scenariuszu, niż w życiu. Nikt nigdy nie odniósłby w życiu sukcesu, zachowując się ciągle tak, jak Godard w tym filmie – aby coś nakręcić, trzeba mieć sporo kasy i wsparcia ludzi, a więc, cóż, trzeba być lubianym. A by być lubianym, nie można być zbyt oryginalnym. Zachowania Godarda z planu, widoczne tutaj na filmie, są urocze tylko dlatego, że już wiemy, że Do utraty tchu odniosło sukces – gdybyśmy założyli, że sukcesu nie odniesie, koleś robiący to samo byłby koszmarnym gnojem, marnującym wszystkim czas swoją dziecinadą. W gotowym scenariuszu można pominąć cały aspekt ryzyka i cały ten aspekt przestaje być problemem, ale w życiu nie. Oryginalnym można być tylko w krótkich określonych momentach życia. Życie to nie Godard. Ale fajnie sobie pofantazjować.

Nowa fala Godarda to film, który nawet wielu fanom Godarda może się nie spodobać, albo mogą nic z niego nie zrozumieć – sęk tutaj w tym, że fani Godarda są na te uczucia gotowi i przyjmą je raczej z rozbawieniem, niż oburzeniem. Nowa fala w wykonaniu Linklatera z kolei to coś, co nikogo nie oburzy. Można go puścić w największej sali kina NH, można przed nim puścić reklamy usług finansowych, wody mineralnej i ubezpieczenia. Nonkonformizm mniej pachnie, gdy smakujemy go przez szybkę.

Urok tego Godarda-bohatera amerykańskiego filmu pokazuje pewien trend, który od dawna kocha kino: lubimy historie „jedynych sprawiedliwych”. Być może popularność tego motywu zapoczątkowała już postać Jezusa Chrystusa. Z definicji, w prawdziwym życiu nikt nie lubi „jedynego sprawiedliwego” – inaczej nie byłby jedyny. Jednak jest coś pięknego w identyfikowaniu się z postacią na ekranie, która znosi całe koszty, całą samotność, cały ból, zwątpienie i biedę, ale mimo tego nie ugina się, pozostaje sobą, po właściwej stronie. Być może widz lubi poczuć, że też właściwie jest takim „jedynym sprawiedliwym”, że zawsze stoi po właściwe stronie i ogólnie jest zajebisty, że ogląda kogoś podobnego do siebie – ale na szczęście bez tego całego bólu, ryzyka i poświęcenia.

Ale czy można naprawdę być wyjątkowym, pod prąd i pozostać sobą – kompletnie bez bólu, ryzyka i poświęcenia? Czy tylko fajnie tak sobie wyobrażać, de facto płynąc z prądem? Jak wielki można odnieść sukces, by nadal zachować tożsamość oryginała?

„Zawsze jest się samemu”, mówi Godard w Nowej fali Linklatera. „Być samemu to zadawać pytania”. Przepięknie ujmuje tym zdaniem schizofrenię wielkiej sztuki, i ogólnie sensu życia. Stawianie pytań o sens zawsze stawia nas na zewnątrz, osamotnia nas. Ktoś, kto kwestionuje wszystko, musi pewnie skończyć w wariatkowie, albo gorzej, bo nikt nie będzie go lubił. Może stworzy wybitną sztukę, ale nikt jej nigdy nie przeczyta. Z kolei kto nigdy nie kwestionuje niczego, ten nigdy się nie rozwinie, nie da światu nic nowego. Tyle że bycie samemu boli. „Sztuka to powołanie, a nie praca” – to inny cytat z filmu, zresztą podobnego typu teksty przewijają się przez całą Nową falę. To znaczące: film nie Godarda o Godardzie pełen jest fraz, które lepiej jest mówić, niż w nie wierzyć, jeśli chcecie osiągnąć w życiu sukces.

W tym roku we Wrocławiu mieliśmy okazję spotkać Godarda XXI wieku, czyli Radu Judego, który doskonale rozumie tę ironię sztuki, będąc jednocześnie i najbardziej zatroskanym o moralność filozofem obecnego panteonu reżyserów, i jego najtańszą dziwką, i pierwszym ikonoklastą. Jude nie ma problemów z używaniem AI, z kręceniem filmu kinowego telefonem, albo z quasi-pirackimi metodami korzystania ze starych reklam telewizyjnych, by na festiwalu puścić film będący w całości z nich złożony. Oglądanie jego popisów w akcji daje niesamowitą przyjemność właśnie dlatego, że widzimy coś, co NIE POWINNO się udać – ale jemu akurat wiecznie się udaje. Pomysł na Osiem pocztówek z Utopii (no… oglądamy reklamy z TV) brzmi jak coś, co nie przedefiniuje wam sensu życia i kapitalizmu zarazem, a jednak film bez wątpienia to robi. Warto pomyśleć, co sprawia, że Jude jest tak ubóstwiany, a bez wątpienia byłem chętny piszczeć na jego widok bardziej, niż na koncercie Eda Sheerana – ten dogłębnie zafascynowany porażką człowiek robi wiecznie swoje, a jednak wygrywa.

Pocztówki z Utopii były moim drugim ulubionym filmem w tegorocznej ofercie NH, za Siratem. Wizja tego filmu opiera się na totalnym szaleństwie idei „pójścia swoją drogą” i niepatrzenia dokoła. Pośrodku rave’u na pustyni i mnóstwa przedziwnych wyrzutków, którzy przewidywalnie mogli się znaleźć na takim wydarzeniu, spotykamy zwykłego tatuśka w średnim wieku, który szuka swojej córki. By ją znaleźć, pojedzie w głąb pustyni swoim cienkim vanem, co brzmi jak bez wątpienia najbardziej skazany na porażkę pomysł świata. Dzieci, pliz, nie róbcie tego w domu. Ale on to robi! I, Boże drogi, jak bardzo reżyser Olivier Laxe potrafił pokazać uczucie tego szaleństwa na ekranie. Kompletny bezsens. Ale, Panie, jak dobrze, że scenarzysta napisał postać, która robi coś, czego tak naprawdę nikt by nie zrobił, i daje nam ten show.

Nikt nie chce być wyrzutkiem w realu. Choć ma to jedną zaletę – wyrzutek nie ma wiele do stracenia. Może przeżyć autentycznie decydującą o życiu przygodę. Nikt nie chce przeżywać faktycznie decydującej o życiu przygody, tak jak nikt nie chce iść na wojnę. Jednak jakże lubimy oglądać i się w to wczuwać.

Do podobnego wniosku prowadzi spora popularność Łobuza Harrisa Dickinsona, filmu wypełniającego największą salę, mimo że w prawdziwym życiu (choćby pod Dworcem Głównym we Wrocławiu) nie zauważyłem nigdy fenomenu zainteresowania klasy średniej życiem bezdomnego menela. Gdy jednak stoi między nami ekran – o empatię i trzymanie z wykluczonymi jakby nagle łatwiej.

Wiele pytań wynika też z fascynującej wizji przedstawionej w awangardowym Królestwie, które miało na NH swoją premierę. Często rzucane o łysych karkach hasełko „w razie wojny tylko oni będą bronić Polski!” zostaje tutaj wcielone w życie, acz atmosfera jest mało heroiczna. Przyznajmy wprost – jeśli naprawdę jesteś ostatnim, który broni ojczyzny, to pewnie sytuacja nie rysuje się optymistycznie. Królestwo skończy zapewne w najlepszym razie jako kultowe dziwadło, ale imponuje bezceremonialnym okrucieństwem i mrokiem, które oddają przerażającą rzeczywistość stania tam, skąd większość uciekła.

Temat indywidualistycznej odwagi napędza też kapitalnego Pawia zwyczajnego, ale z drugiej strony, niż w większości filmów. Tutaj tematem jest tej odwagi brak. Tutejszy Mathias kompletnie nie ma jaj. No, w ogóle nie jest mentalnie mężczyzną przez duże M. I o tym jest film. I się śmiejemy, że koleś nie ma jaj, i z tego, jak kąśliwie jest to pokazane. Jest to bardzo śmieszne, zaiste, ale warto się zastanowić, czemu. Czy przeciętny widz na sali nie jest w swoim życiu bardziej jak Mathias, niż jak Luis z Sirata? Oczywiście, że jest. Ludzie bez kręgosłupa, których zlecenia w pracy i konieczność zadowalania wszystkich ustawiają w dowolnej pozycji pod swoje dyktando, jakby lepiły plastelinowego ludka – to nic rzadkiego w życiu. Śmiejemy się z tego, jak dziwny jest Mathias jako bohater filmu – bo jest tak zwykły jako prawdziwy człowiek.

Ale zauważyłbym, że coś jest w Mathiasie nietypowego – wątpliwości. Znając wielu takich uśpionych zadowalaczy, nie znam zbytnio przypadków, by faktycznie mieli oni jakieś problemy psychiczne z powodu braku integralności. Każdy z nas chyba takich Mathiasów zna, i kroczą oni od sukcesu do sukcesu, bo przecież na tym polega życie, na zadowalaniu innych. Są z siebie dumni. Uważają, że są lepsi do przegrywów. Można to nazwać „brakiem autentyczności i swojego zdania”, ale kogo w realu obchodzi autentyczność? Takie rzeczy są raczej tematem na kino festiwalowe. Na co dzień, wszystkich nas obchodzą fajne wycieczki do fajnych krajów, ładny wygląd ludzi i przedmiotów (i zwierząt!), i ogólnie fajność i sukces.

Czym jest więc wobec tego tak naprawdę Paw zwyczajny? Satyrą na „nasze czasy”, jasne, ale czy sukces tego filmu nie bierze się z pewnej tęsknoty widzów za światem, w którym ludzie byliby jak jakiś Kurt Cobain, i serio starali się być „true”, i coś dla tego poświęcali? A jeśli tak, to powstaje pytanie, czemu widz w takie rzeczy wierzy? Co jest niby złego w byciu zadowalającym wszystkich bezkręgowcem z ładną buzią i ładnym domem? Na co dzień, oczywiście nic. Ale bohater dzieła sztuki powinien być odważniejszy…

Przekleństwa konformizmu z perspektywy osoby w komforcie opłakiwały też Kontinental ‘25 (drugi w zestawie film Radu Judego, równie fenomenalny co pierwszy), gdzie najtypowsza przedstawicielka klasy średniej próbuje ogarnąć umysłem, bez spiny, całą istotę teodycei; czy też izraelski Tak, który zdecydowanie chce wykrzyczeć, że… jest coś nie tak w entuzjazmie wobec wojny. Aż głupio mi pisać takie zdanie – przecież, czytelnik zarzuci mi, to chyba oczywiste, że nikt nie powinien się śmiać i celebrować, gdy jego kraj morduje inny, co nie? A jednak miałem ciągle spore wątpliwości, czy rozwrzeszczany (dosłownie) miszmasz Tak jest w dobrym tonie. Ostatecznie, Nadav Lapid po prostu nakręcił film. Sarkastyczny, ale tylko film. Nie poświęcił wiele, by zatrzymać tę wojnę, powiedzmy wprost. Czy krytykując bezpiecznie, zza kamery, nie wychodzi na hipokrytę? Czy ktokolwiek z nas powinien w ogóle odzywać się w sprawie Izraela, jeśli odzywanie się to wszystko, co robimy? Czy to nie jest „zbieranie punktów” w najłatwiejszy sposób, gdy tak naprawdę nic nie poświęcamy, nic nie ryzykujemy? Tylko mówimy dzielnie: „wojna zła”, a inni przytakują? Czy taka „odwaga” nie jest największym tchórzostwem, bo tak brak tu kręgosłupa stojącego twardo w miejscu, gdzie deklarują się usta?

„Bycie samemu to zadawanie pytań”. Zadawanie pytań to bycie samemu.

W filmowym kulcie „jedynych sprawiedliwych” istnieją pewne specyficzne subkategorie, z których jedną na topie jest obecnie na pewno „wiedźma”, obecna co roku w przynajmniej kilku filmach na NH. Wiemy chyba, o co chodzi – „wiedźma” czyli kobieta-indywidualistka, niesłusznie tępiona przez męski świat za to, że zadziera nosa. Najmniej subtelnie ten trop ograno w tym roku w polsko-francuskim Bądź wola moja, gdzie poza świeżym dość wątkiem życia polskich imigrantów drugiego pokolenia klepane są cały czas bez litości wszystkie dziś popularne klisze zarówno „horroru w lesie”, jak i „opowieści o wiedźmie”. I tak, oczywiście, nasza bohaterka fantazjuje o tym, by uciec. Uciec ze wsi. Od pracy w rodzinnym gospodarstwie. Od swojego kochającego, ale surowego i konserwatywnego, ojca-wąsacza. Marzy o tym, by iść własną drogą. Gdyby tylko świat jej nie ograniczał! Spotyka w końcu Sandrę, która w pełni realizuje stereotyp kobiety wyzwolonej – Sandra przyjechała z miasta, ma wszystko gdzieś, chodzi gdzie chce (nawet jak ją wypraszają!), ubiera się jak chce, i ogólnie szokuje wieśniaków. Motłoch, jak to motłoch, urządza Sandrze lincz, z mętnie dość przedstawionego powodu (głównie dlatego, że jest zły i głupi).

Scenariusz Bądź wola moja nie chce zostawiać żadnych wątpliwości, że nasze niezależne bohaterki są Dobre, a wieśniaki Złe. Warto jednak zwrócić uwagę na finał, w którym motłoch dogaduje się, że nikomu nie powie o tym całym linczu. I tyle. Oczywiście, że się im to udaje. Jest to bardzo życiowy moment tej historii. Bo życie ogólnie naprawdę jest tak proste – dopóki wszyscy się dogadają ze sobą i zgodzą i nie będą chcieli cię odrzucać, to nawet to, że wbiłeś komuś siekierę w korpus, nie będzie problemem.

Koneksje czynią dobrym człowiekiem, nie czyny. Bądź… doskonale to więc rozumie. Po raz kolejny, film jest tylko wyrazem tęsknoty widzów za światem, w którym tak nie jest.

Drugi wszechobecny dziś archetyp „samotnego przeciw wszystkim” określiłbym na pewno jako „potwór” – rok temu na NH była nawet sekcja o potworach (ale i o „wiedźmach” zarazem!). Fantastyczne wynaturzone kształty zmutowanych ciał na ekranie mają odzwierciedlać czyjąś inność, sarkastycznie komentując bigoterię społeczeństwa, które zamiast innego przytulić i zaakceptować, to go demonizuje. W tym roku naprawdę obrzydliwe (cieleśnie!) potwory oglądaliśmy np. w bardzo dobrym Kwietniu, przemrocznej acz zostawiającej niedosyt Alphie, no i oczywiście Zmartwychwstaniu Bi Gana, który do kwestii bycia potworem podszedł tak bogato, że to materiał na inną książkę.

Bycie samemu to i niezależność, jak widzieliśmy w Miroirs III Christiana Petzolda – w którym, dość szokująco, bohaterka po śmierci partnera w wypadku wydaje się z dużym apetytem patrzeć na opcję rozpoczęcia nowego życia na wsi wśród obcych ludzi, bez wracania kiedykolwiek do Berlina. Petzold rozczarował mnie tutaj małą skalą filmu i brakiem rozwinięcia wątku, ale podoba mi się ta akurat tajemnica, że nigdy nie dowiadujemy się nic o życiu, które Laura porzuciła. Łatwo uznać, że chodzi tu po prostu o bycie wolnym. Może o bycie wolnym od miłości.

Bycie samemu to i czysty ból, jak w przypominanym w retrospektywie Lee Chang-Donga „Całkiem nowym życiu”, rozgrywającym się w całości w sierocińcu. Ależ okropnie się ogląda te biedne słodkie dziewczynki, które nie mają rodziców i nikt ich nie chce. Któż fascynuje się takimi historiami w prawdziwym życiu? Ale gdy są na ekranie, z bezpieczną barierą, wczuwamy się i przejmujemy losem wyrzutków. I potakujemy, gdy wszyscy starają się przekazać sierotkom prostą lekcję: „życie może być tak kiepskie. Nic magicznie nie zmieni się na lepsze. Jedyna twoja metoda na sukces to zaakceptować to i obniżyć wymagania”.

Bycie samemu to i gloria poniżenia, jak w Poecie Simona Mesy Soty. Tytułowy bohater jest do absurdalnego stopnia opętany ideą bycia takim swoistym Godardem, ciągle mówiąc, że „prawdziwy artysta” nie może być popularny, nie może zarabiać, nie może być lubiany. Wszystko to mu się naprawdę udaje – nikt nie podejrzewałby go o bycie wygrywem. Jednak w imię bycia innym, chodzenia własną drogą, poeta jest też strasznym dupkiem.

Są też, oczywiście, „jedyni sprawiedliwi” polityczni.

Z mieszanką przerażenia i smutku ogląda się Dwóch prokuratorów Siergieja Łoźnicy, bo sprawa wydaje się tak oczywista. Nasz bohater to prokurator dobry. Zauważył nieprawidłowości i chce zrobić to, co oficjalnie się powinno zrobić w świetle prawa. Niestety, mówimy o nieprawidłowościach w ZSRR lat 30. Od początku więc mamy w głowie kwestie, które nasz bohater-idealista naiwnie ignoruje, wierząc, że właśnie prowadzi pracę u podstaw i naprawia ZSRR. W końcu powiedzieli, że naprawią wypaczenia, więc gdy je zgłosi, to na pewno zajmą się naprawianiem, co nie? Ludzie przecież działają według wartości moralnych, które mówią na głos, tak powinno być, prawda? Film Łoźnicy doskonale eksploruje przepaść pomiędzy tym, co deklarujemy, a tym, jak tak naprawdę trzeba żyć. I daje nam komfort identyfikowania się z dzielnym prawnikiem zderzającym się ze stalinowskim aparatem, ryzykującym wszystko w imię swojej niewzruszonej wiary w prawo i prawość, gdy sami wygodnie siedzimy w fotelu.

Dużo bardziej skomplikowany jest koncept „jedynego sprawiedliwego” w fascynującym Eddingtonie. Przez całą pierwszą połowę filmu, znany z horroru raczej surrealnego Ari Aster zaskakuje dosłownością swojej opowieści o Ameryce, przeciwstawiając bez większych przenośni współczesną lewicę i prawicę. Zaskakuje tym, że obu stronom udziela niemało i empatii, i szydery, co na festiwalach filmowych jest raczej rzadką łaską. I tak, choć ustawiony ostatecznie po stronie „konserwatywnej”, szeryf Joe Joaquina Phoenixa namalowany jest pod wieloma względami jako człowiek, który chce tylko kierować się zdrowym rozsądkiem i szacunkiem dla wszystkich mieszkańców swojej pustynnej mieściny. Uważa obowiązek maseczkowy za zbyt ograniczający – bo w jego mieścinie nie ma słychów o przypadkach korony. Uważa protesty przeciwko policji za histeryczne – bo w jego mieścinie nie ma przypadków złego zachowania policji. Jego początkowe argumenty zawsze odnoszą się do całkiem przyziemnych kwestii.

Niestety, Joe wydaje się otoczony ludźmi, którzy bez wątpienia ześwirowali. Przede wszystkim, mało kto wydaje się faktycznie żyć, mentalnie rzecz biorąc, w jego mieścinie – ci ludzie żyją tym, co widzą na ekranie swojego telefonu. Szaloną spiralę, która rozkręca się w trakcieEddingtona, napędza głównie wieloznaczny stosunek szeryfa Joe’ego do standardów współczesnego internetu – do rozdmuchiwania wybranych historii, do bezlitośnie viralnego uogólniania, oceniania i zwykłego zmyślania. W pewnym sensie Joe tym ciągle gardzi, a jednak zaczyna sam dostosowywać się do brutalnego świata wirtualnego postmodernizmu, w którym prawda i odpowiedzialność zdają się tylko cyfrowym konstruktem.

Ostatecznie, wiara w konsekwencję, oddanie swoim ideom i chęć bycia człowiekiem czynu, a nie tylko internetowym krzykaczem, spychają Joe’ego, i cały film, w rejony niezwykle mroczne. Skoro świat ciągle każe Joe’emu, by wybrał, lewo czy prawo – on wybiera, oj, wybiera. W reakcji na zadane pytania, podejmuje wiele nieodwracalnych wyborów. I możemy spytać się na koniec, czy to wszystko oznacza, że zachował swoją niezależność, czy że ją stracił? Pokazywany pod koniec festiwalu Eddington szokująco mocno wystrzelił z automatu w dzwony, których brzmienie – jak widać z tego tekstu – słyszałem w tak wielu poprzednich filmach. Ale i w codziennym życiu. Bycie „jedynym sprawiedliwym” to przyjemny koncept, ale realny świat ma tendencję, by na takich jednostkach wymusić albo poddanie się prądowi, albo radykalizm. I co wtedy nasz jedyny sprawiedliwy wybierze?

Na tle bombastycznego Eddingtona, bardzo przyziemnych odpowiedzi w tym temacie udziela francuski niemalże-dokument Sprawa osobista (Dossier 137), skupiony na (nieco suchym jak na fabułę) rekonstruowaniu świeżych faktów o protestach „żółtych kamizelek”, i pewnie dlatego umiarkowanie popularny wśród widowni festiwalu. „Jedyną sprawiedliwą” jest tu policjantka spraw wewnętrznych, która, oczywiście, ma tu być bohaterką pozytywną, a więc nonkoformistycznie dzielnie tropi, który to policjant postrzelił nieagresywnego protestującego i zniszczył mu życie.

Sprawa tutaj akurat może jest osobista, ale relatywnie prosta. Wiadomo, że protestujący był niewinny, strzelający – zły, ci, którzy go chronią – źli, nasza bohaterka – dobra. Policjanci dokoła niej uważają ją za zdrajczynię, która naraża bezpieczeństwo Republiki, kwestionując obrońców prawa zamiast im ufać, i wychodzące na jaw fakty nie zmieniają znacząco ich opinii. Niemniej, reżyser Dominik Moll nie pokazuje drogi „jedynej sprawiedliwej” jako szczególnie bolesnej w znaczeniu typowym dla wielkiego ekranu – Stéphanie nie napotyka na groźby, nikt nie wybija jej szyb w oknie, wywołuje raczej ogólny kwas. Nie, żeby Moll idealizował ścieżkę. Ten film po prostu jest dość reporterski – Stéphanie nie doczeka się również zbyt wielu scen łez i przytulania z wdzięczności.

Zrobi po prostu to, co uważa za swoją moralną odpowiedzialność. Będzie to dostosowane do ogólnych wartości, jakie często deklaruje ludzkość – ale mocno niedostosowane do faktycznie praktykowanych wartości w jej konkretnej grupie. Jej kariera po tym nie rozkwitnie, co chyba nie jest żadnym spoilerem, a najoczywistszym truizmem życia. Współpracownicy się od niej odwrócą. Syn będzie się wstydził. Efekty będą niedrastyczne, ale bardzo życiowe.

Sprawę osobistą zamyka cytat postrzelonej ofiary, który trafnie podsumowuje faktyczne możliwości osoby wierzącej w prawdziwą, nie tylko deklarowaną, sprawiedliwość, i zderzającej się z tym jakie ma ona szanse wobec systemu konformizmu. Chłopiec mówi o policjantach, którzy wystrzelili mu w twarz: „staram się ich nie nienawidzić. Staram się być pozytywny. Jest to ciężkie”.

I tak zazwyczaj samotny sprawiedliwy może iść przez ten świat, gdy opuści salę kinową, gdy ucichną slogany. Może starać się ich nie nienawidzić. Jest to ciężkie.

Nowe Horyzonty 2024: Lęk o przyszłość

Religie, teorie spiskowe, sztuka – wszelka ludzka działalność udowadnia, jaką nasz mózg ma tendencję do znajdowania wzorów w ciągu zdarzeń, do wskazywania specjalnego znaczenia i sensu w sumie naszych doświadczeń. Nie czuję więc wstydu, przyznając co roku, że jeśli człowiek pójdzie do kina na 50 filmów w ciągu 10 dni, to też go kusi, by uchwycić jakiś główny wniosek, jakiś przewodni temat – nawet jeśli trzeba przyznać, że tak naprawdę mocno to naciągane.

Trudno jest chwytać w kinie zeitgeist, bo to sztuka dość powolna. Kusi, by być „relewantnym”, być „na bieżąco” w epoce tiktoków wypadających z mody w ciągu dnia – i mówić o historii, która dzieje się na naszych oczach, i związku z nią premier kinowych. Ale filmy w kinie są jak odległe gwiazdy na niebie, których światło dociera do nas z mniejszym lub większym opóźnieniem. Nawet produkcje indie, te wyglądające rozkosznie amatorsko, jakby powstały w jeden weekend zupełnie spontanicznie, często i tak są w swojej genezie wcale nie takie współczesne – podczas Nowych Horyzontów 2024, mogliśmy na publicznych Q&A usłyszeć na przykład, że pomysł na Sasquatch Sunset rozwijał się od 2012 roku, a samo kręcenie Dream Team trwało ponad 5 lat.

Nie tylko filmy kinowe nie są współczesne – nawet nie powinny być, i na to też można znaleźć dowody wśród festiwalowych „nowości”. Nieukończony film to właściwie wartościowy obraz życia w Chinach w momencie, gdy zaczął się Covid, ale… obraz ten znamy dziś chyba aż za dobrze. Sama w sobie, kapitalna jest scena zestawiająca na jednym ekranie dziesiątki nagrań z kamerek, tworzących obraz ogromnej, aktywnej, ludycznej wspólnoty jednostek siedzących samych w swoich domach – ale trudno też nie przyznać, że już cztery lata temu mieliśmy spory przesyt dokładnie takich scen, i film pewnie zyskałby dziś, gdyby był mniej „aktualny”. Podobnie niezręczną pozycję ma Redakcja, jedyna w tym roku na NH produkcja ukraińska (która, nota bene, nie przyciągnęła na salę wielu Ukraińców). Jaka jest sytuacja na świecie, chyba wiemy – społeczeństwa zachodnie tracą zapał do wspierania Ukrainy, co w efekcie powstrzymuje od inwestycji polityków, i w efekcie może zadecydować o przegranej naszych sąsiadów i Bóg wie jakich skutkach dla świata. Tymczasem kręcony (prawie cały) przed rosyjską inwazją film Romana Bondarczuka prezentuje Ukrainę jako kraj niespecjalnie heroiczny, raczej skorumpowany i wsteczny, a, co gorsza, chyba mało nadal rokujący na poprawę – obraz zapewne dość trafny, ale z punktu widzenia Świata, prezentowany, jak by to ująć… w niefortunnym może momencie? Redakcja należała do tych kilku filmów w programie, które zauważyły już obecność Tiktoka w naszym życiu (najbardziej wybił się tym na pewno Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata Radu Judego, z kultową już personą samozwańczego jebaki Bobicy), ale wszystkie wiralne tańce czy kłótnie o używanie feminatyw o dziwo tylko pogłębiają poznawczy niepokój związany z podstawowym faktem: my żyjemy w świecie „post-2022”, a oglądany przez nas film nie. I raz jeszcze poczułem lekki żal, że film w ogóle starał się być aktualny. Mógł być ponadczasowy!

Już nawet patrząc na kadry, można by pomyśleć, że Redakcja będzie ogólnym filmem o ogólnych sprawach, jak miłość… Ale z tą miłością to kiepsko, Bondarczuk jest lepszy w tarzaniu się w polityznym błocku.

W skrócie mówiąc – oczywiście, że tych powstających w bardzo różnym czasie filmów nic ze sobą nie wiąże, i że nie ma żadnej epoki w kinie. Widz w 2024 roku wchodzi na salę wiedząc o rosnących arsenałach nuklearnych, postępujących zmianach klimatu, AI kasującej pierwiastek ludzki z życia, i tak dalej – a filmy odpowiadają na to wszystko… jeśli w ogóle, to przypadkowo. Jeśli zacznę je ze sobą łączyć, będzie to mieć mało wspólnego z filmoznawstwem, a więcej z majakami sennymi, na wzór tych, w których nasza babcia pomaga nam zbudować cysternę do jogi (bez ubrania, w czerni i bieli). Ale czymże jest w istocie oglądanie filmów, jeśli nie psychologicznym przeżywaniem niepowiązanych tak naprawdę obrazów? Jest rok 2024, i wstawiłem wszystkie obejrzane filmy w swój własny ład. Oto mój własny Zeitgeist.

Do niektórych, komentarz pisze się sam. Pierwszy pokaz Rumours Guya Maddina – historii o zlocie G7, w której to widzimy między innymi starego, nieważnego, zapadającego w drzemki prezydenta USA – z powodów technicznych został przerwany, a zanim film wyemitowano ponownie tego samego dnia wieczorem, Joe Biden już akurat zrezygnował z ubiegania się o prezydenturę. Zrobiło się bardzo aktualnie, choć ogólny wniosek z Rumours jest niestety bardziej ponadczasowy. Film w gruncie rzeczy jest komedią typu hangout, w której liderzy największych zachodnich potęg jawią się jako grupka pociesznych fajtłap przeżywających zakręcone perypetie godne co najwyżej Różowej Pantery – nieogary poszły w las, można rzecz streścić. Humor może nieco psuć fakt, że tak poza tym dokoła postępuje bliżej nieokreślona apokalipsa (są swoiste zombie, wszystko płonie, prawdopodobnie ludzkość wymarła), ale nasi dziarscy bohaterowie podchodzą do tego na dużym spokoju, co oczywiście tylko bardziej wytrąca widza z równowagi. A skoro w apokalipsie główne role grają niedołęgi niczym z filmów Quentina Dupieux, to i sam Dupieux poszedł w bardziej agresywne tony, przynajmniej w jednym z trzech filmów, które miały na NH polską premierę. Krótkiego, zabawnego Yannicka nie trzeba, ale MOŻNA oglądać jako alegorię polityczną idealnie skrojoną na czasy kampanii Trumpa w Stanach czy RN we Francji. Niezadowolony widz w teatrze wścieka się na niski poziom oglądanej sztuki i szybko wyciąga broń. Możemy długo z nim rozmawiać i analizować, przyznawać: ok, masz trudne życie, pracujesz ciężko, wiemy skąd się wzięła twoja irytacja. Niemniej podstawowy fakt pozostaje aktualny: władzę w tym teatrze właśnie przejął wkurzony koleś z bronią w ręku, który, poza ogólną chęcią bycia cenionym, nie ma żadnego sensownego planu, co teraz z tą władzą robić. Jest to przystępna komedia o przegrywach, ale też jest to bardzo, bardzo stresujący do oglądania film. Osobiście, chciałem po prostu, by koleś przestał machać spluwą. Ale czemu miałby przestać? On wie, że wtedy zniknie.

Bardzo często widzę w sieci komentarze, które brzmią, jakby pisano je właśnie przy takim vibe’ie…

O swoich intencjach miał we Wrocławiu okazję opowiedzieć osobiście Betrand Bonello, bohater całej retrospektywy, który już od dobrych kilku lat z jednego strasznego filmu na następny wychodzi z głównym wnioskiem: nasze nadzieje nie są w dobrych rękach (Nocturama, Zombi Child, Coma). W Bestii, za dystopijną wizję świata bez uczuć odpowiada oczywiście sztuczna inteligencja, ale z QA dowiadujemy się rzeczy oczywistej – Bonello wpadł na ten pomysł wiele lat temu, nie mając żadnej wizji roku 2024, i dziś sam jest zdziwiony, że rzeczywistość tak szybko zepchnęła jego lęki z półki „science-fiction”. Bestia fascynująco przeplata sceny z różnych epok, jakby chciała zademonstrować, że to, co przedstawia – ta miłość, ten strach – są większe niż czas. Jeśli lubicie bać się czegoś tak strasznego, że aż w sumie nie wiadomo w ogóle, co to jest, ani czy jest – Bestia może być dla was! Film wzbudził mieszane opinie na festiwalu (nazwę go Prometeuszem Nowych Horyzontów), a sam sposób poruszenia niezwykle modnego (w czasie pisania scenariusza) tematu incelstwa wywołał u wielu widzów konsternację. Osobiście, jako niegdysiejszy hejter Bonello, lubię go coraz bardziej z każdą produkcją, a Bestia to moja ulubiona.

Wspomniany wątek incelski daje okazję popisać się aktorsko George’owi MacKayowi – podobno ten koleś ma być nieruchaczem. Czy da się w to uwierzyć, oceńcie sami.

Postęp technologii, AI, a nawet tiktokowe tańce miały w sensie dosłownym nadal marginalną obecność na ekranach Nowych Horyzontów. I to chyba dobrze, bo filmy bardziej alegoryczne są w stanie skłonić nas do refleksji na obecne tematy, rzucając bardziej ogólne wnioski – a jednocześnie, co jeszcze lepsze, nie przedawnią się za dwa lata. Weźmy takie powiedzenie: „uważaj, czego sobie życzysz, bo jeszcze się spełni”. Związane z postępem ludzkości, ale przecież nie tylko. Dwa spośród najlepszych filmów NH 2024 fascynująco obrazują tę sentencję. W obu protagonista dostaje fantastyczną możliwość zmiany tej jednej rzeczy, której najbardziej chce. Zwrot akcji jest taki, że… to koszmar – teraz trzeba żyć ze świadomością, że wszystko, co się dzieje, jest wyłącznie efektem jego własnych akcji i chęci. Że nie można już zwalić winy… Czy jest większy strach dla człowieka 2024 roku, niż poczucie odpowiedzialności? Brr. W A Different Man, Edward (Sebastian Stan) przechodzi operację swojej zdeformowanej twarzy i niemal natychmiast staje się z osoby bardzo brzydkiej osobą ładną. I teraz wszystko w jego życiu będzie dużo fajniejsze, co nie? No właśnie – skoro to jest pomysł na film, to pewnie domyślacie się, że tak łatwo nie będzie. Jest w tym coś niezwykle zabawnego, że Edward dostał to, czego chce, ma fajne życie, a jednak cierpi. A jednak też wyjątkowo okrutnego – o, Panie, o ile łatwiej jest żyć bez tych sci-fi wynalazków, gdy możemy wszystkie niepowodzenia zrzucić na takie niezawodne wymówki, jak kiepski wygląd! Zaskakująco podobny wniosek sugeruje Substancja, jeden z dwóch najbardziej pożądanych filmów w tegorocznej edycji NH (obok udanych, też niezwykle mrocznych, Rodzajów życzliwości). Tutaj, bohaterka odniosła w życiu wszelkie sukcesy, ale nadal ma jeden problem – że robi się coraz starsza. I znów, fantastyczne (jak na razie) urządzenie pozwala z tym ponegocjować. Gdzie Aaron Schimberg podszedł do sprawy teatralnie, Coralie Fargeat podchodzi, hm, trzewnie; długo można by opisywać następujący pokaz body horroru, od którego i nie da się oderwać wzroku i nie da się go na ekranie utrzymać. Ale, tak serio mówiąc, najbardziej w Substancji niepokoi nie krojenie i wbijanie rzeczy w ciało, ale ten przygnębiający wniosek, że bohaterka dostała możliwość, o jaką prosiła. I znów można wyciągnąć wniosek, że niektóre rzeczy, których nam zawsze brakowało, może lepiej zostawić właśnie takimi, i nie próbować ich zmieniać. Jeśli zaczniemy gmerać w swoich ciałach za bardzo, to kto wie, co się z nami stanie.

Jest rok 2024 i każdy chciałby być Margaret Qualley i wszyscy wiemy, że życie byłoby idealne, gdybyśmy byli Margaret Qualley, a nie sobą (zwłaszcza jeśli jesteśmy George’em McKay’em, podobno)

Lęk przed postępem to jeden z głównych tematów sztuki od tysiącleci, więc oczywiście i na NH przykłady można mnożyć, choć przykłady to często mniej udane. Norwescy Nieumarli spełniają standardowe życzenie w standardowy sposób: umarli nie umierają – ale, niestety, nie do końca też żyją. No tak, film o zombi. Czym się jednak wyróżnia? Głównie chyba chęcią stworzenia dzieła tak dobijającego, tak zabierającego wszelkie uczucie nadziei, żeby Dzień żywych trupów się zarumienił. Przyszło mi na myśl to skojarzenie również dlatego, że trzeci zombi-film Romero został w 1985 roku przyjęty dość chłodno – to akurat były czasy optymizmu; Reagan i Thatcher cieszyli się rekordową popularnością, ZSRR łagodniał, liczba głowic nuklearnych zaczęła spadać. Dzień wyszedł nawet zaledwie miesiąc po pierwszych większych doniesieniach o dziure ozonowej, a więc w ostatnim momencie, gdy los planety jeszcze nikogo aż tak nie martwił. Szokujący nihilizm tamtego filmu o zombi niespecjalnie się przyjął na premierę. Dziś, Norwegowie, jedna z najbogatszych nacji świata, regularnie raczą nas pozbawionym jakiegokolwiek optymizmu spojrzeniem na świat – cztery norweskie filmy na NH 2024 (Armand, Naturalna dzikość serca, Kalak i właśnie Nieumarli) wszystkie mogą się licytować o miano najbardziej bezwzględnego, ciemnego, przygniatającego filmu festiwalu (acz Naturalna dzikość…, choć też rozbrajająca, ma ostatecznie dość inspirujący przekaz). Żadnego z nich nie polecam oglądać bez przemyślenia, czy… na pewno macie odpowiedni dzień, by oglądać coś takiego. Może was trochę zdołować. Oczywiście – to są Norwegowie. To nie jest dla nich wyjątkowy rok pod tym względem. To nie jest dla nich vibe dnia, ale vibe życia (jeśli np. autorem Armanda jest Halfdan Ullmann Tøndel, wnuk Ingmara Bergmana i Liv Ullmann, to, oczywiście, nie może im przynieść wstydu i wyrazić jakiejś wiary w ludzkość). Jeśli apokalipsa faktycznie kiedyś nadejdzie, Norwegowie pewnie wzruszą ramionami.

Nawet prześmieszne filmy puszczane w ramach Nocnego Szaleństwa wyciągały wnioski na przyszłość, po których zostawało tylko otworzyć na sali kolejną puszeczkę. W satyrycznym Problemiście, bohater pomaga bogatym elitom artystycznym zamrozić się, i narracja tylko z przekory widzi w tym akcie nadzieję. Postaci są ogólnie świadome, że zamrożenie to w gruncie rzeczy wyjątkowo kosztowny rodzaj samobójstwa, w którym dopłaca się za możliwość uwierzenia, że kiedyś nas przywrócą, a co jeszcze zabawniejsze – że kiedyś świat będzie lepszy, że kiedyś nas zrozumie. Również kapitalny Surfer z Nicolasem Cage’em wygląda początkowo jak film, który będzie dla beki, i właściwie bekowy jest, ale też szybko przeradza się w obraz Pasji Chrystusa, wystawiając bohatera na absurdalnie piętrzące się upokorzenia. Cage nie poddaje się, ale to tym gorzej – powinien. Wątek typu „powinni się poddać” w ogóle zasługuje na osobny akapit. We wzruszającym Jak zostałam perliczką, kobiety wspierają się w obliczu przemocy doznawanej od członka własnej rodziny, nie dopuszczając możliwości, by tak patologiczną relację po prostu zerwać. To przepiękne, że – niczym perliczki – mogą ostrzegać się przed niebezpieczeństwem, ale też… nie rokuje najlepiej, jeśli chodzi o szanse ich przetrwania w obliczu drapieżnika. Nadzieja podszyta jest tu mocno trwającym uczuciem zagrożenia, tak jak cała akcja filmu, choć trwa wiele dób, wydaje się toczyć w nieustającej nocy. Podobnie beznadziejne przywiązanie do krzywdzących je struktur społecznych ma wiele postaci w indyjskich Wszystkich odcieniach światła. Skoro o świetle mówimy, to aż się prosi, by w tym przypadku porównać Mumbaj do ognia, a bohaterki i bohaterów do ciem. Oryginalny tytuł All we imagine as light sam już zawiera w sobie tę wątpliwość, którą widzimy też w Surferze i wielu innych: czy to wszystko, do czego lgniemy – to miasto, to społeczeństwo, te relacje – jest w ogóle tego zachodu naprawdę warte, czy też tę wartość tylko sobie wyobrażamy? Czy nie żyjemy w ciągłym mroku, tylko udając, że niektóre jego części są światłem? Raz jeszcze, najbardziej niepokoi nie to, że starania mogą się nie powieść. Najgorsza jest ewentualność pytania – co dalej, jeśli się powiodą. „Uważaj, czego sobie życzysz”.

Kurde, ta mina. Ponadczasowe odzwierciedlenie wrodzonej kondycji ludzkości czy zeitgeist epoki?

Gdzie uciec od tej wizji gatunku ludzkiego (i sasquatchowego) zmierzającego ku zagładzie? Może cynicznie zerwać z myśleniem na amen, jak Harmony Korine, który postanowił zostawić Beach Bum-owanie Nickowi Cage’owi i stworzyć kolejny już swój film, który może jest najgorszym, a może najlepszym w tym roku (ba, już został okrzyknięty czy to końcem, czy nowym początkiem kina w ogóle!), dekonstruując podstawy narracji kamerą. O Aggro Dr1ft pewnie słyszeliście. Film bardzo wyróżnia się wizualnie i dźwiękowo, nikt mu tego nie odmówi. Jego realizacja ma w sobie wiele z dziecięcej zabawy, z kompletnego olania standardów i oczekiwań. Obraz oparty o nagrania termowizyjne można uznać za płytki gimmick; mi brak detali i wymuszone przez niego schematyczne, powtarzalne ruchy postaci skojarzyły się z grą video. Gry mają to do siebie, że są wiodącym medium naszych czasów; mają też do siebie to, że chociaż mogą zawierać historię, to samo granie nie jest aktywnością, która do czegokolwiek zmierza. Napisane animacje chodu, schylania czy strzelania można tylko wykonywać tak samo w nieskończoność. Powtarzając banalne, ogólnikowe, aforystyczne kwestie, Aggro Dr1ft ucieka przed rzeczywistością w pętlę.

Jeśli doszliśmy do tego, to może pora już uznać kino za skończone i zbiorowo zająć się czymś innym?

I nie tylko on. Tak jak bohater Korine’a, Bo, klepie komicznie jak mantrę „jestem zabójcą… zabójcą… jestem zabójcą…”, tak protagoniści hiszpańskiego Wrócicie do siebie spędzają film opowiadając wszystkim znajomym po raz kolejny: „robimy imprezę z okazji rozstania… to pomysł ojca Aleksandry…”, sprowadzając rozwój akcji do absurdalnej nicości. Większość twórców, mając taki pomysł na fabułę, pewnie coś by nam powiedziało o tym, czemu ta dobrze dogadująca się para w ogóle się rozstaje, a nie powtarzał po sto razy samo postanowienie. Ale Jonás Trueba zupełnie olewa to pierwsze, jakby bał się zadawać niewygodne pytania. Aleksandra i Alex postanowili, że się rozstają, jest to przesądzone na 100%, nie mają wątpliwości… tylko czemu w takim razie muszą tyle razy powtarzać, że to już koniec, na pewno, i że bardzo im to pasuje, i że, nie, nie martwcie się, nie ma problemu? Jak u Trueby ucieka się w cykliczność w strachu przed rozstaniem, tak w kilku innych wspaniałych literackich filmach ucieka ze strachu przed związkiem: czy to we wspominianej Bestii, czy Grand Tour Miguela Gomesa, które pokazuje nam historię uciekającego narzeczonego z perspektywy jego, by nagle przerwać i pokazać tę samą drogę z pespektywy jej. Bez happy endu, bez sad endu: po co się tymi endami stresować? Nie lepiej nawrócić i nigdzie nie dojść? Tradycjnie już, od kończenia opowieści uciekają Argentyńczycy z grupy El Pampero Cine, którzy kontynuują doskonałą metodę znaną m.in. z La Flor (kultowego 14-godzinnego pokazu Nowych Horyzontów 2019). W Trenque Lauquen, opowieść ciągle ucieka, potwór nigdy nie zostaje pokazany, zostaje tylko omówiony z nowszej perspektywy, a ostatecznie nawet i bohaterka zdaje się rozpływać. Może ona też chciałaby dać się zamrozić. Od finału ucieka też Zamknij oczy Victora Erice, całe oddane idei, że wystarczy popatrzeć wstecz, obejrzeć stare nagrania, by zobaczyć to, co istotne. 84-latek zdaje się pisać każdą sceną wzruszający list pożegnalny do kina i wszystkiego, co w nim najbardziej pokochał, a Zamknij oczy ma w sobie tak urzekającą niewspółczesność, że można tylko żałować minionych czasów. Być może już naprawdę nigdy nie dostaniemy takiego filmu. A może przeciwnie, AI napisze już za kilka lat Zamknij oczy szerzej, w którym obiektem nostalgii będzie nie fikcyjna produkcja z lat 90. XX wieku, a samo Zamknij oczy? Erice w każdym razie wydaje się niezainteresowany tym, co będzie dalej, jakby chętny położyć się do snu w celuloidowej trumnie, z uśmiechem na ustach.

Żeby było jasne – gdy piszę o tym 84-letnim kolesiu, który ewidentnie już szykuje się do wiecznego snu, mówię o kimś kto wygląda tak. Więc, nie przesądzam…

Bo taki jest problem, albo taki urok, patrzenia w przyszłość – ostatecznie, zakończenie jest zawsze jedno. Może to w ogóle nie jest powód do zmartwień? Chciałbym tutaj zasugerować lekcję z przepięknego Mojego ulubionego ciasta. Tam to dopiero jest sporo gadania o śmierci. Wszystkie postaci mają z 70 lat! Ich pogaduszki mają dość przewidywalne tematy. O ileż to lepiej było w przeszłości (i w Iranie, i w życiu). Jak to teraz wszystko boli i co to nam nie zdiagnozowali. Oraz wszelakie żarty o tym, co nadejdzie – bo głównie nic. Przeszłość – to przyjemność; teraźniejszość – to ból; przyszłość – to śmierć. Postaci Maryam Moghadam i Behtash Sanaeehy wydają się w pełni oswojone ze śmiercią, ale widać u nich bardziej specyficzny lęk – przed tym, że będą umierać samotnie. Moje ulubione ciasto jest wielką niezgodą na to, by kroczyć w nieuniknioną przyszłość samemu. Film odegrał przepiękną piosenkę o idealnym romansie, który staje na drodze izolacji, wzbudzając na sali jedne z najgłośniejszych, i najbardziej zasłużonych, zachwyconych „ołłłł”, jakie pamiętam. To takie słodkie! Koniec tego romansu jest na dłuższą metę przewidywalny, ale w tym momencie nie ma to znaczenia. Ba – świadomość, że w przyszłości może nie być zbyt pięknie, tym bardziej skłania do tego, by docenić piękno chwili obecnej. I tak przede wszystkim patrzę na magiczny czas spędzony z 50 filmami w salach Nowych Horyzontów.

Oscary 2023: Typowanie

Czy kogoś jeszcze obchodzą Oscary? Bez wątpienia nie. To będzie nudna prowadzona przez Jimmy’ego Kimmela paździerz, której organizatorzy będą liczyć na to, że ktoś kogoś pobije, bo inaczej żaden przeciętny konsument nawet nie zauważy, że 12 marca coś się działo. Ale tam, gdzie nie nikt nie patrzy, możemy być nareszcie wolni.

Po krótkiej przerwie spowodowanej wojną i spędzeniem całego roku w stanie załamania nerwowego, pora powrócić do spraw naprawdę ważnych, takich jak blogowa tradycja ekscytowania się grupką milionerów bijących sobie nazwajem brawo gdzieś w Los Angeles, podczas gdy wszyscy których uwagę chcieliby mieć zajęci są scrollowaniem głupkowatych video na Tiktoku. Trochę szkoda, że nikt już nie ogląda TV… ANI nikt nie ogląda oscarowych filmów, bo sama impreza co roku ostatnio czymś zaskakuje i nieco młodsza, bardziej międzynarodowa Akademia co roku gra na nosie ze zgranymi powiedzonkami o tym, że niektóre filmy są „robione pod Oscary”. I tak na przykład Babylon – ogromny! Wystawny! Sławiący Los Angeles! Sławiący historię kina! Z widoczną masą budżetu włożoną w każdy element realizacji! – wypadł kiepsko, a również obsadzony 100 lat temu dramat kostiumowy Amsterdam czy również wielbiące potęgę kina Imperium światła nie miały szans, bo po prostu się ludziom nie spodobały.

Zamiast tego na faworyta znowu wyrósł film, którego nikt się nie spodziewał. I to na ogromnego faworyta – i to film, który ogromnie mi się podobał. Obejrzenie w kinie Wszystko wszędzie naraz było dla mnie przeżyciem epokowym, takim wydarzeniem, które się pamięta na całe życie, w które ciągle trudno uwierzyć, które doskonale przypomina, czemu kochasz kino. I z jakimś takim uczuciem, że to musi być podobne dla wielu osób, nie tylko dla mnie. Tak jak kiedyś wspólnie przeżywaliśmy podjarę Mrocznym Rycerzem, Incepcją czy Mad Maxem – teraz taką dawkę niesamowicie efektownej i pomysłowej zarazem akcji dała nam bardzo azjatycka i bardzo amerykańska komedia o starzeniu się i niezrealizowanych szansach z 60-letnią kobietą jako główną bohaterką, nakręcona nie przez Spielberga, nie przez Iniarritu, nie przez Chazelle’a, nie przez del Toro, ale przez dwóch kolesi o imieniu Daniel i bardzo różnych nazwiskach, których to nazwisk szczerze mówiąc nadal nie pamiętam. Oglądając Wszystko… miałem taką myśl „wow, to nie może kogoś nie zachwycić!”, ale, wiecie, ja czasami mam takie uczucia na różnych filmach i na pewno nie spodziewam się zalewu Oscarów. Prawie nikt już nie chodzi do kina na cokolwiek poza Marvelami, zwłaszcza w kraju w którym mieszkam, więc nie czułem żadnej wielkiej podjary w społeczeństwie – ludzie, z którymi pracuję, nie widzieli tego filmu. Tymczasem koniec roku nadszedł, i okazało się, że to, co czułem, jednak naprawdę poczuło wiele osób. Piękna sprawa. Magia kina. Na pewno któryś prezenter o niej wspomni podczas gali, cytując Felliniego…

To nie znaczy, że stawka Oscarowych faworytów nagle jest jakoś strasznie zdominowana przez największe arcydzieła. Te są głównie jeszcze dwa, Tar i Trójkąt smutku, oba docenione, choć nie w jakiś przytłaczający sposób. Duży show jest obecny, w postaci wielce popularnych Top Guna i Avatara, i co ciekawsze, to ten pierwszy osiągnął więcej w dziedzinie „ratowania kin” niż ten drugi – którego oglądałem ostatnio po zakupie, nie wypożyczeniu, okularów 3D, z przygnębieniem świadomy, że przecież ja tych okularów więcej pewnie w życiu nie użyję. Jest też wojenny wielki show, którego główny wniosek jest taki, że wojna nie jest fajna, tym razem zwrot akcji tylko taki, że jest to produkcja niemiecka, a 9 nominacji dla Na zachodzie bez zmian to też sprawa, na którą przed premierą nikt nie stawiał. Nowe filmy Spielberga i McDonagha nie zawiodły i one akurat są właśnie tam, gdzie się spodziewaliśmy – nie bez szans na wygraną. No i w stawce 10 nominowanych do głównej nagrody znalazł się nawet, też zgodnie z całorocznymi oczekiwaniami, mało ekscytujący film Women talking Sary Polley, przypominając, że jeśli jest jakiś „oscarowy typ filmu”, to od stulecia nie można zapominać o produkcjach deklamowanych jak teatr, które ku mojemu wiecznemu zdziwieniu zawsze znajdą swoich fanów.

Ale stawka pięciu głównych faworytów? Wszystko…, Tar, Trójkąt, Banshees, Fabelmanowie? Kurczę, to jest piękna stawka, nie mówcie, że nie.

Akademia wydaje się kompletnie wolna i pogodzona z upadkiem znaczenia Oscarów, co bardzo mnie cieszy. Na pewno Kimmel będzie próbował jakichś dziaderskich metod zdobycia wiralności i „zaangażowania” na „socjalach” wśród ludzi 30-40 lat młodszych od niego, ale zrezygnowano z pomysłów promowania filmów popularnych i wciskania na siłę hitów (co w praktyce, powiedzmy wprost, oznaczałoby sprzedanie Oscarów jednej wytwórni, która posiada i Marvele, i Star Warsy, i w sumie wszystko, która w praktyce kontroluje kina dzięki władzy nad nimi i bardziej niż ktokolwiek decyduje o tym, co w ogóle w nich poleci, a tak przy okazji posiada też stację ABC, na której lecą Oscary). W tym roku wszystkie kategorie będą ponownie częścią wydarzenia, nie dodano ostatecznie nowej kategorii dla „najlepszego filmu popularnego”, niczego specjalnie nie wycięto. Zapowiedzi tym razem brzmią… dokładnie tak, jak tradycja każe. W tym roku ceremonia będzie pełna niespodzianek odnoszących się do przeszłości Oscarów, a ponadto tym razem będzie trwać tylko 3 godziny, serio! To mniej więcej równie ekscytująca zapowiedź, co gdy piłkarze przed meczem mówią, że dadzą z siebie wszystko. To nie brzmi jak przepis na popularną ceremonię, choćby dlatego, że w TV już mało co jest faktycznie popularne. I… co za ulga, oni chyba się z tym pogodzili. Tak jakby powiedzieli: ok, wiecie co, to jest po prostu nasza impra i zrobimy to, co się podoba ludziom w Los Angeles, a nie to co się podoba masom. Zrobimy Oscary.

Najlepszy film: dawno nie było tutaj sytuacji, że chyba nie ma o czym pisać. Drugie miejsce u bukmacherów mają Niemcy… przy kursie co najmniej DZIESIĘĆ DO JEDNEGO. Z kolei stawiając złotówkę na Wszystko, zarobić możecie od kilku do kilkunastu groszy (czyli po podatku 10% możecie jeszcze stracić kasę). Od bardzo dawna nie mogłem powiedzieć, że wygrana czegokolwiek innego niż faworyt będzie sensacją nie do pomyślenia, ale niemożliwe stało się faktem. Film Danieli zdobył nagrody od aktorów, producentów, reżyserów, i po prostu jest najbardziej cenionym filmem roku. Można oczywiście szukać wątpliwości – zwłaszcza w tym, że najbliższa Oscarom nagroda, brytyjskie BAFTA, olała Wszystko niemal zupełnie. Inny wątek – dość leciwy nadal wiek Akademików, połączony z faktem, że Niemcy zrobili film znacznie przyjaźniejszy seniorom… okej, wszyscy nominowani zrobili film przyjaźniejszy seniorom, niż Daniele. I wiecie co – dziesięć to jednego to atrakcyjny kurs. Kasy na faworyta nie stawiam, ale jest on faworytem… Wygra: Wszystko wszędzie naraz. Mój głos: Wszystko wszędzie naraz.

Reżyseria: czasami „best director” ma to do siebie, że jest ich dwóch. Może tak być trzeci raz w historii, po braciach Coen i duecie Robbins/Wise nagrodzonym za West Side Story. Tutaj sprawa jest podobna jak w głównej kategorii – Daniele są wobec konkurencji jak Barcelona gdy gra z Almerią. Goliat gdy gra z Dawidem… Niesamowita sprawa, gdy zobaczymy, jak pięć doskonale nakręconych filmów, z ogromną dozą nowych pomysłów i własnego charakteru, się tutaj znajduje. Kto ma największe szanse na sensację? Raczej Spielberg. Wygra: Wszystko wszędzie naraz. Mój głos: Wszystko wszędzie naraz.

Aktor: okej, pora zacząć typowanie. Butler czy Fraser? Od dawna wydają się kroczyć blisko. Niedawno zdawało się, że na dobre odskoczył zwycięzca konkursu na impersonatora Elvisa. Ale kreacja zespołu animatorów który stworzył to coś co gra Fraser teraz jest znowu faworytem bukmacherów, głównie za sprawą wygranej w Związku Aktorów. Scenicznie rzecz biorąc, comeback Brendana Frasera na pewno brzmi ciekawiej, niż nagradzanie kolesia, który tak się wczuł w Elvisa, że do dzisiaj mówi jak on – ale 1) Akademia pokazała ignorując Chadwicka Bosemana, że nie kieruje się atrakcyjnością ceremonii głosując, 2) kurczę, chciałbym, żeby tak nie było, ale prawie co roku wygrywają ludzie wcielający się w znane postaci z przeszłości. Bardzo niepewnie, stawiam więc na smutniejszą z dwóch cienkich opcji. Wygra: Austin Butler. Mój głos: Paul Mescal.

Aktorka: tutaj też widzę pewne 50/50, tyle że dla odmiany z kreacjami, które naprawdę obie są cudowne (i słusznie zbesztaną przez większość widzów Marylin Monroe). Lydia Tar i Evelyn Quan Wang to dwie z najbardziej powalających kreacji tego stulecia. Tę pierwszą określiłbym jako aktorsko lepszą, bardziej wymagającą, bardziej genialną. Ta druga, cóż, „jedynie” złamała mi na kawałki serce tym, jak blisko sedna trafiły pewne wątki o tym, że Evelyn mogła być każdym… a została sobą. I analogicznie jak wyżej – na pewno „społecznie” rzecz biorąc więcej znaczyłoby wyróżnienie Yeoh, niż kolejna z miliona nagród dla Cate Blanchett. Znów nie mam żadnego czuja, ale mimo uczucia, że Blanchett wydawała się pewniakiem od momentu premiery filmu, to talk naprawdę Yeoh dostała więcej znaczących nagród, nie tylko tę od Związku Aktorów. Z drugiej strony, od dawna żaden film nie zdominował gali do tego stopnia, jak niektórzy oczekują po Wszystkim… – od wielu lat zwycięzcy głównej kategorii zawsze dostają łącznie tylko 3-4 Oscary, co znaczy, że ludzie lubią rozdzielać nagrody na wszelkie strony, a Blanchett to raczej jedyna nadzieja, by Tar coś otrzymała. Tutaj również zmieniałem typ kilka razy i nie widzę więcej niż 50% szans, ale na dziś niech to będzie… Wygra: Michelle Yeoh. Mój głos: Cate Blanchett.

Aktor drugoplanowy: sporo dobrych występów, więc nieco aż żal, że tutaj nie może być mowy o niepewności. Łamiący serce równie mocno aktor z Wietnamu nie musi tutaj rywalizować z nikim aż tak legendarnym jak Blanchett, i jest równie mocnym typem, co sam film. Wygra: Ke Huy Quan. Mój głos: Barry Keoghan.

Aktorka drugoplanowa: gdyby Oscary poszły inną drogą, może powinno nas to obchodzić, że pierwszy raz nominowano rolę w filmie Marvela. Ale jak dla mnie, królowa Angeli Bassett nie może nawet stać przy Killmongerze, tak samo jak sequel Czarnej pantery nie nosi praktycznie żadnych śladów tego, jak świetna była pierwsza część. Nie czaję fenomenu tej roli, ale typ wydaje się mocny, jeśli założymy, że Akademia jednak nie postanowi porozdawać wszystkiego Wszystkiemu… Bowiem Jamie Lee Curtis na pewno ma zbliżone szanse do Bassett, a przy kursie w okolicach 30 do 1 kusi postawi na Stephanie Hsu, która po cichu jest przecież jeszcze jednym asem w rękawie tego jakże bogatego spektaklu. Aha, nie można też skreslać Kerry Condon! Na kasę, stawiam na Hsu. A kto ma największe szanse? Cóż, nagrody Związku Aktorów są nadal najbliższe Oscarom, dlatego w razie wątpliwości zostanę przy nich… Wygra: Jamie Lee Curtis. Mój głos: Stephanie Hsu.

Scenariusz oryginalny: wow. Nie pytajcie mnie, co tutaj wolę. Tar napisany jest cudownie, i na zawsze pozostanie sprawą, o której będę uwielbiał rozmawiać – najbardziej pasjonujące od dawna trzy godziny wyrafinowanego gadania o sztuce, które nawet przez sekundę nie staje się nudne, z zarówno kapitalnymi językowo dialogami, jak i niesamowicie dobrze napisanym tym, co pozostaje niewypowiedziane. Dosłownie żaden film nie miałby tutaj startu – gdyby tylko nie Wszystko! U bukmacherów najbliżej są Duchy Inisherin, które mogłyby dać o dziwo pierwszą statuetkę McDonaghowi, po tym jak z niewiadomego powodu jego Trzy Billboardy przegrały z Get out. Jako że Związek Pisarzy ma mocno restrykcyjne kryteria dla filmów którym daje szanse na nagrody, McDonagh nie miał szansy rywalizować z Danielami o tamtą nagrodę. I tak sprawa jest znów bliska 50/50. Dzielimy się? Jasne, skoro tutaj przegrały nawet Trzy Billboardy, to czemu nie, mogę w to uwierzyć. Wygra: Duchy Inisherin. Mój głos: Wszystko wszędzie naraz.

Scenariusz adaptowany: okej, dzieci, muszę wam powiedzieć, że nie będzie zawsze tak słodko i cudownie, i pojawi się w tym tekście wiele kategorii wypełnionych nominacjami dla cienkich filmów. Pora zacząć od scenariusza adaptowanego, gdzie pojawia się nawet, cholera, Top Gun, film z bardzo głupim i nieciekawym scenariuszem. Nic tutaj mi się nie podobało… nie scenariuszowo. Nie wierzę, jak mówią niektórzy, że Na zachodzie… jest zbyt mało znane, by tutaj wygrać – kurczę, 9 nominacji nie dostaje się za to, że nikt cię nie oglądał. Jednak tylko jeden film z tej piątki wydaje się stworzony po to, by dostać nagrodę ze scenariusz, więc niemiecka wygrana byłaby dla mnie zaskoczeniem. Wygra: Women Talking. Mój głos: Women Talking.

Film animowany: nie wiem, jak to się stało, że dość oklepany Pinokio zyskał tutaj rangę jakiegoś hegemona na miarę Titanica, ale jak wiemy z projekcji Wszystkiego…, czasem trafiasz do naprawdę dziwnego uniwersum. Film wydaje się równie popularny, co Wszystko, oczywiście tylko wśród animacji, gdzie od dawna nie widzieliśmy żadnego prawdziwego hitu. Wygląda na to, że na dwunastą nagrodę nie może liczyć Pixar, mimo że To nie wypanda jest ich najlepszym dziełem od wielu lat i tak naprawdę to ten film wnosi tutaj świeżą, indywidualną, pomysłową, azjatycko-amerykańską werwę. Daleko za Pinokiem majaczą też Marcel Muszelka, podbijający serca widzów m.in. na AFF we Wrocławiu, i jakimś cudem zakwalifikowany jako „wystarczająco animowany” by się tu pojawić, a także zaskakująco udany jak na spin-off Shreka, przyzwoity Kot w butach. Okej, wiecie co, mógłbym tutaj opowiadać długo o całej stawce, bo o tym Pinokiu to mi się nie chce. Wygra: Guillermo del Toro: Pinokio, świetny polski tytuł lol. Mój głos: To nie wypanda.

Film międzynarodowy: nie wiem, w czym potęgą jest Polska, ale jest potęgą w zbieraniu nominacji za film, jak to się teraz mówi, międzynarodowy, bo to już bodaj szósta od czasu Katynia. I chyba jedna z najmocniejszych: kurczę, nie spodziewałem się, że będę o jakimkolwiek polskim filmie czytał wynurzenia Manohli Dargis o tym, jak to zatopiła się w uniesieniu, przeżywając coś ponadludzkiego i zbiorowego w sali kinowej podziwiając drewniane dialogi i wymuszone sytuacje w jakże tak naprawdę cienkim IO. Okej, tutaj jestem w mniejszości, wiem to już od dawna. Na szczęście LA to nie Cannes i nikt nie spodziewa się wygranej Skolimowskiego – zwłaszcza, że nikt nie spodziewa się wygranej nikogo innego niż filmu, który zdobył jeszcze 8 innych nominacji. Wygra: Na zachodzie bez zmian. Mój głos: Cicha dziewczyna.

Film dokumentalny: dość mocnym faworytem jest tutaj film, który najbardziej chyba zapada w pamięć przeciętnemu widzowi. Podczas gdy Wulkan miłości i Wszystko co żyje (nawet nie najlepszy dokument o ludziach robiących co mogą by uratować cokolwiek w duszącym się indyjskim mieście, jaki ostatnio widziałem, bo tym jest puszczany w Rotterdamie Lords of Lockdown) stawiają na dość wieloznaczną atmosferę i brak mocnych wniosków, Navalny jest jak fabuła: mocny bohater, mocna scena kulminacyjna polegająca na patrzeniu jak ktoś rozmawia przez telefon, no i naprawdę mocny villain, nie mówcie że nie. To że film przypomina Amerykanom o tym, z kim walczą, nie wydaje mi się wcale zbyt mocnym argumentem za nagrodą – serio uważam, że ideologicznie więcej osób w Akademii ma znacznie bliżej do Piękna i krwi Laury Poitras. Ale pozycja tego pewnego siebie białego hetero samca wydaje się tak mocna, że i tak nie stawiam przeciw niemu. Wygra: Nawalny. Mój głos: Nawalny.

Muzyka: zazwyczaj wygrywa tutaj ten film, w którym muzyka jest najbardziej zauważalna. No i klops, bo oto w jednym roku spotyka się Na Zachodzie… ze swoim groźnym RRRUU-RRRRU oraz Babylon, w którym przez całe trzy godziny Justin Hurwitz torturuje nas każdą możliwą aranżacją swojego motywu „parararara-ra-ra-ra-ra-ra, parara…”… aż to wszystko przestaje być śmieszne, a może zaczyna być śmieszne? Okej, film „trochę” przesadza z zajebistością tej ciągłej sonicznej jazzowej nawalanki. Ale to co innego powiedzieć „to śmieszne i żałosne, że każdy film z Margot Robbie skupia się głównie na tym, że Margot Robbie jest hot”… a co innego powiedzieć, że Margot Robbie nie jest hot. Poza tym… popatrzcie na historię tej kategorii, czy to ma być ten moment, gdy coś takiego jak subtelność będzie uznane za plus? C’mon. Wygra: Babylon. Mój głos: Babylon.

Piosenka: jeśli jakakolwiek kategoria może dać nam pewność, że wbrew strasznym zapowiedziom sprzed kilku lat, Oscary tak naprawdę pozostają tym samym kółeczkiem adoracji obojętnym na współczesny świat, to właśnie tutaj, gdzie jak co roku – Diane Warren z nudną wzniosłą piosenką, której nikt normalny nigdy nie słyszał, z filmu, o którym nikt normalny nigdy nie słyszał. Ale to nie z powodu tego snuja mamy wreszcie kategorię, w której na pewno nie wygra Wszystko… (którego piosenka poza kontekstem jest stosunkowo mało efektowna, chociaż bez wątpienia wygrywa wykorzystaniem w samym filmie). Znając życie, występy Lady Gagi i Rihanny będą najbardziej hype’owanymi przez prezenterów momentami całego wieczoru, ale przyznam, że (skoro nie pojawi się boysband z Turning Red) o wiele bardziej czekam na wykonanie „Naatu Naatu” (pewnie w mocno skróconej wersji), bo ja nawet nie wiem – czy oni robią TO na żywo? Czy pierwszego Oscara za piosenkę dla kinematografii tak rozśpiewanej, jak indyjska, uczczą wykonując TĘ szaloną choreografię? Teoretycznie ta nagroda jest tylko dla kompozytorów, nie dla wykonawców, ale oba aspekty są wystarczająco dobre, by dalece najbardziej memiczny produkt stworzył świetny duet zwycięzców z muzyką z Babylonu. Wygra: „Naatu Naatu”. Mój głos: „Naatu Naatu”.

Dźwięk: o dziwo jedna z najbardziej zamkniętych kategorii, bo wszyscy się zgodzili, że wygra Top Gun. I w sumie też jakoś uważałem, że powinien, od czasu gdy tylko zobaczyłem go w kinie. Bo bądźmy szczerzy, nie, to nie scenariusz w tym filmie sprawił, że byłem podekscytowany, hehe. Jeśli Top Gun w tym roku „uratował kina” dając nam popularny show, który nie jest okropnym drenowaniem franczyzy dla małych dzieci, to zasługuje chyba za to na jednego technicznego Oscara bardziej, niż dronowanie „RRRRUU-RRRU” w innym kandydacie jakim jest Na zachodzie bez zmian. Wygra: Top Gun Maverick. Mój głos: Top Gun Maverick.

Scenografia: swego czasu Avatar zaskoczył mnie, wygrywając jako symbol kina tworzonego w całości w komputerze, i może nawet redefiniując, jak rozumiana jest „scenografia”, nawet jeśli cyfrowe wsparcie jest dziś wszechobecne w filmach wszelkiego typu, i tych fantastycznych i „realistycznych”. Inna niespodzianka z czasu tego typowania to chociażby wygrana Czarnej pantery, więc nie jestem już taki pewien, skreślając fantastykę. W tym roku też każdy kandydat z piątki wydaje się potencjalnym zwycięzcą, choć większość nagród zdobył do tej pory Babylon, a mocne drugie miejsce u buków ma Elvis. Za tym drugim stoi Catherine Martin, która wygrała już za Moulin Rouge oraz Wielkiego Gatsby’ego, ale tym razem stało się niemożliwe – Baz Luhrmann może postawić swój film wobec innego i powiedzieć, że jego dziecko jest w tym zestawieniu stonowane. Tutaj to nie ma tyle znaczenia, co w przypadku muzyki, ale nadal stawiam na najbardziej krzykliwą realizację roku. Wygra: Babylon. Mój głos: Avatar.

Zdjęcia: zazwyczaj wygrywa tutaj po prostu największy show (o ile zostanie nominowany, bo nie tylko fantastyczne akcyjniaki, ale o dziwo też Top Gun są nieobecne), a jeśli Niemcy dodali do tego po prostu najbardziej pamiętne widoczki z najbardziej wyrazistymi kolorkami, to wydają się trudni do pokonania. Niektórzy stawiają na Elvisa, i po wygranej w Związku Zdjęciowców zdecydowanie wydaje się to bardzo realne, ale tutaj akurat Luhrmann nie ma specjalnej historii, a dla niektórych look tego filmu jest bardziej irytujący niż przyjemny estetycznie (okej, dla mnie, ci niektórzy w tym zdaniu to ja). Ciekawe próby jak Bardo czy Imperium światła miałyby bardziej rzeczywiste szanse, gdyby widziało je więcej niż garstka osób a filmów nie skreślono jako cienkie, co zazwyczaj niezbyt z Oscarami pomaga. Wygra: Na zachodzie bez zmian. Mój głos: Bardo.

Charakteryzacja: ostatnimi czasy, pojawiła się jakby nowa tradycja, bo co roku wygrywa tutaj film w którym zwraca uwagę jedna główna postać przekształcona w jakieś dziwne indywiduum z prawdziwej historii – w Ma Rainey, Tammy Faye, Winstona Churchilla, Megyn Kelly i inne dziwadła. Dlatego nie dziwi, że faworytem jest Elvis, bo nawet jeśli sprawa wydaje się stosunkowo mało efektowna, to to samo można powiedzieć o np. Gorącym temacie, które jednak otrzymało Oscara za perfekcyjnie wykonane szczęki paru blondynek. Nie bez powodu liczy się tu jednak Wieloryb, bo choć nie jest oparty na jednej znanej osobie, to trochę osiągnięcie podobnego sortu, dając nam główną postać fascynującą jak i odrzucającą swoją dziwaczną fizjonomią. Elvis taką kreaturą staje się tylko w ostatnich scenach filmu Elvis, ale tak jak z prawdziwym Elvisem – jeśli nie kochaliście wtedy, gdy był najgrubszy, to cholernie pewne, że nie zasługiwaliście na niego, gdy był najchudszy. Nie bez szans są Niemcy, ale od kilku lat BAFTA głosowała tutaj tak samo, jak Oscary, i to również w mojej opinii przemawia za tym z grubasków, który dodaje zdecydowanie najwięcej „hairstyling” do nazwy „best makeup and hairstyling”. Wygra: Elvis. Mój głos: Elvis.

Kostiumy: jeśli tutaj może wygrać Cruella, to wszystko może wygrać, czyż nie? Najczęściej jednak robi to Catherine Martin, która, tak – podobnie jak ze scenografią, wygrała i za Moulin Rouge i za Gatsby’ego. Nie sądzę, by zbyt wielu głosujących obchodziło to, że Ruth Carter może stać się „pierwszą czarną kobietą nagrodzoną więcej niż jednym Oscarem” (w mediach brzmi ważnie!), ale liczba nominacji dowodzi, że sequel Czarnej pantery nadal znalazł wielu miłośników, a filmowi trudno odmówić, że kostiumów akurat ma tyle samo, co „jedynka”. Co ważniejsze, ma ich więcej, niż tutejsi konkurenci. Na pewno ta dwójka to faworyci, chociaż przy kursie ponad 20 do 1 warto postawić złocisza na Babylon, który również w tej dziedzinie prze-Luhrmannił Luhrmanna, sprawiając, że kilka zabawnych kombinezonów z Elvisa wygląda w porównaniu jak skromna, powściągliwa, realistyczna robota. Postanowiłem jednak w tym roku, że oficjalnie stawiam na „dzielenie się”, bo, wiecie co, zazwyczaj ostatnio tak się to kończy. Kto jednak wie, może Elvis okaże się Diuną tej edycji. A może nawet Wszystko… okaże się współczesnym Titanikiem? W takim uniwersum chciałbym być. Wygra: Czarna pantera: Wakanda forever. Mój głos: Wszystko wszędzie naraz.

Montaż: jeśli ludzie są w stanie mieć do dzisiaj resentyment za wojny sprzed 100 czy 200 lat, to ja mogę nadal wzdrygać się, wspominając wygraną Bohemian Rhapsody w tej kategorii. Jednak trend nadal jest zauważalny, nawet jeśli bolesny – napastliwość wydaje się tak ważna dla Oscara za montaż, jak dla kariery w MMA. Dlatego postawię wbrew bukom na to, że Wszystko… tutaj przegra. Kolejny raz wiele mam tutaj wątpliwości – ale po tym, jak kilka razy poległem, stawiając tutaj na lepszy film… moje serce już stwardniało i nigdy nie zaufa. Poza tym, Top Gun jest też zarąbiście zmontowany i jeśli to ma być tegoroczna gonzo napierdalanka która wygrywa za montaż, to nagroda nadal odzyska sporo prestiżu. Wygra: Top Gun: Maverick. Mój głos: Top Gun: Maverick.

Efekty specjalne: na stronie Gold Derby jest to jedyna kategoria, poza filmem międzynarodowym, w którym wszystkich 26 typerów stawia na ten sam film – film, który nie ma efektów specjalnych, tylko JEST efektem specjalnym. Tak więc możemy tylko jak co roku zaśmiać się z wyboru nominacji i ogólnej masoszej relacji Akademii z tą kategorią, po czym postawić to samo, co wszyscy. Wygra: Avatar. Mój głos: Avatar.

Nowe Horyzonty 2021: Hamaguchi, mon amour

Niepewna przeszłość i niepewna przyszłość spotkały się z niepewną teraźniejszością w kinowym evencie, który wydawał się jednocześnie za duży i za mały jak na obecne potrzeby. Najwspanialszy dla mnie tydzień pozostawił w pewnym sensie niedosyt, chociaż – i dlatego że – na ten moment doskonale zaspokoił mój głód sztuki i kultury, w końcu dostarczając tak niezbędnego pożywienia. Przede wszystkim, przypomniał mi, że coś takiego jak „my, polscy kinomani” faktycznie istnieje. I jest teraz inne.

W domu wszyscy zdrowi, dziękuję. Mogę nadal powiedzieć, że osobiście nie zostałem dotknięty problemami, gładko adaptując się do siedzenia w domu. Może aż zbyt gładko. Przez te półtora roku nie tylko nie byłem w kinie, nie byłem w ogóle nigdzie wśród ludzi. Nie byłem też od dawna w ogóle w Polsce – a powiem wam, że kraj się zmienia. Ceny w sklepach i barach coraz bardziej przypominają to, co na Zachodzie jest normalnością (zamawiając burgera z frytkami, nie byłem fizycznie w stanie wyciągnąć karty, widząc na ekranie napis sprowadzający się w praktyce do „40 zł”. Pomogło tylko zamknąć oczy i sobie tłumaczyć „9 euro, 9 euro…”, żeby nie brzmiało to aż tak bardzo jak kwota, za którą kiedyś musiałem przeżyć tydzień). Pensje też wyglądają coraz bardziej zachodnio, ale tylko niektóre. Ludzie też, ale tylko niektórzy. Jesteśmy w innym świecie pod wieloma względami. Choć przecież wystarczyło wyjść od strony pasażu Niepolda i wziąć głęboki oddech, poczuć bezdomnych leżących na chodniku i murku dosłownie przed drzwiami kina, by nie mieć wątpliwości, że w głębi serca to nadal mój Wrocław, na dobre i na złe.

Kraj się zmienia, nie patrząc na to, co myślę ja, albo co myśli taki Andrzej Chyra, który po projekcji Ciem z rozczulającą naiwnością apelował, by widząc logo TVP protestować w kulturalny sposób, śmiechem, a nie krzycząc „jebać PiS!”. Okej, nie było mnie, trochę przegapiłem, ale mam takie podejrznie, że młodzież tego nie posłucha.

Wjeżdżąjąc do Polski po roku rozłąki, szybko da się odczuć, że to nie jest nadal w ogóle „kraj zachodni”. Jednak jeśli uderzamy tylko na festiwal filmowy, to też nie spotkamy tego, co jest starą wschodnią normalnością. Zatwardziali kinomani, miłośnicy sztuki i wolne dusze, które widuję co roku, spotykają się ze studentami genderu, noszącymi tęczowe torby i plakietki Partii Razem w stężeniu, które trudno byłoby spotkać gdziekolwiek od czasu wieców i protestów wstrząsających moim rodzinnym miastem zeszłej jesieni. Gdyby turysta miał opierać swoją opinię o Polsce spędzając tylko tydzień w kinie NH – zobaczyłby społeczeństwo ogólnie rzecz biorąc liberalne i kompletnie pozbawione konfliktu, wyluzowane, w którym pewne nowoczesne wartości nie robią na nikim wrażenia, tak samo jak różnorodny wygląd i zachowanie kinomanów wszelakiej płci. Nawet te bardziej uniwersalne tematy do kłótni, jak maseczki czy używanie telefonu w kinie, powodowały problemy niezwykle rzadko, tak że – niech mnie! – prawie nie było na co narzekać. Na Fejsbuku największą inbę rozkręciła kobieta przyjeżdżająca z Austrii, oburzona, że nie została wpuszczona do sali z kilkuminutowym spóźnieniem (zaczynając od kultowych już dla mnie słów, „jestem z niesmaczna…”). Oczywiście wszyscy ją wyśmiali i tyle w temacie konfliktów. Jako grupa nowohoryzontowiczów, mamy już prawdziwą własną kulturę – wartości, których teraz bez mrugnięcia okiem bronią nawet nastolatkowie, będący praktycznie nieślubnymi dziećmi Romana Gutka. Zachowania typowe w multipleksach są na NH ekstremalną rzadkością. Jesteśmy jak jeden naród.

Ogólnie sielanka. W kinie wszyscy grzecznie siedzieli w założonych maseczkach, a podczas seansów mało kto w ogóle wychodził z sali, bez względu na to, jak długi i jak słaby był film. Zamieszek nie wywołał nawet zakaz picia alkoholu. Po filmach wszyscy zaś grzecznie tłoczyli się w zapchanej Mleczarni, Szynkarni, Drukarni czy innej okolicznej Arni, oczywiście bez maseczek, bo w nich raczej trudno by było pić. Wpływ tego wszystkiego na ryzyko zakażenia wydaje mi się wątpliwy, ale najważniejszy jest duch wspólnoty i kooperacji, czyż nie. Zresztą mówiąc o tym, że martwię się o przyszłość, w tym momencie mam na myśli zupełnie inne wątpliwości.

Gdzie za rok odbędzie się festiwal? Czy w 2022 roku w budynku przy Kazimierza Wielkiego w ogóle będzie kino? Czy ludzie kiedykolwiek zostawią jeszcze swoje konta na Netfliksie i Amazonie i zaczną znowu naprawdę wypełniać sale? Jaka będzie nasza nowa normalność? Trudno mi było nie myśleć o tym, wyjeżdżając w tę ostatnią niedzielę – może na chwilę, a może na długo? Czy ja jeszcze postawię stopę w budynku, który mnie karmił jak matka przez prawie dekadę? Może znowu zobaczę Polskę za kolejny rok? I do jakiego kraju wtedy przyjadę? To też zależy do tego, w jakie dokładnie miejsce trafię.

Z tego wszystkiego, filmy stały się najbardziej regularnym, niezawodnym już elementem programu. Nie wiem, czy w świecie sztuki to komplement, ale dla mnie filmy były jak niezawodny dostawca Uber Eats. Dieta nowohoryzontowa to zazwyczaj dla mnie dość kompletny zestaw witamin na lato, opierający się w moim przypadku na pokazach nowości docenionych już w Cannes, Berlinie, San Sebastian itd. W tym roku również dostałem rozkosznie solidną porcję, w której jednak znalazło się tylko parę prawdziwie genialnych delikatesów. Zresztą oba przyrządzone przez tego samego kucharza, ale pozwólcie, że omówię najpierw cały szwedzki stół. Na którym dominowała jak nigdy wcześniej kiełbasa. A jeśli pamiętacie jak wspominałem festiwal 2019, to mówi wiele.

Tematem roku okazały się seks i fiut – bo oczywiście co innego mogło mnie spotkać podczas pierwszego pobytu wśród ludzi od lat, zwłaszcza jeśli tymi ludźmi są w większości nieznajomi 20-letni chłopcy siedzący dokoła mnie. Od razu raźniej. Chciałbym podkreślić, że moim kryterium wyboru były po prostu dobre recenzje i dostępność. Przypadkowo, jakoś połowa moich filmów kręciła się głównie wokół relacji erotycznych, albo przynajmniej szafowała hojnie genitaliami w jakichś bardziej artystycznych celach – jako element samotnej wolności w lesie w zwycięskim Theo czy też jako metakomentarz na temat kina klasy Z w Lux Aeternie, cudownie przed projekcją zapowiedzianej przez samego Gaspara Noego.

Wątpliwe przyjemności

Najdalej chyba poszedł film Pleasure, który po dobrym przyjęciu w Cannes przyciągnął całkiem sporo nie-festiwalowej widowni swoją tematyką – ale zawiodło mnie, że odwaga tej opowieści jest bardzo powierzchowna. Zdradzę wam zarys fabularny, bo niespecjalnie on zaskakuje: nastoletnia bohaterka przylatuje do Kalifornii, by robić karierę porno – w sumie nie wiadomo, po co; jej argument w filmie brzmi, cytuję, „I like to fuuuuuck!” – przekonana, że jest bardziej napalona i hardkorowa niż wszystkie inne napalone nastolatki. Niemniej, zapoznawszy się z realiami branży, szybko traci kuraż i zaczyna płakać. To samo można powiedzieć o samym filmie. Chce on opowiedzieć o karierze porno… w sumie nie wiadomo, po co, bo sam wydaje się bać tego, co idzie za tematem. Początek uderza dosłownością, bo na ekranie faktycznie jest seks, fellatio, penis i cipka. Prawdziwe cinema verite. Potem jednak kamera jakby nabiera uczucia wstyd, zaczyna omijać genitalia, coraz częściej odwracać wzrok, nawet jeśli historia z kolei staje się znacznie mniej rozrywkowa. No właśnie – a może kamera intencjonalnie właśnie dlatego odwraca wzrok, bo jest mniej rozrywkowo? Daje to dziwne wrażenie końcowe: żebyśmy przypadkiem jednak na serio się nie oburzyli, oglądając „film o porno, Halinaka, idziemy!!!”. Być może tak wymusił producent (jak zachwycił mnie meta-horror Cenzor, mierzący się tylko z filmową selekcją scen przemocy, tak jeszcze lepszą opowieść można by rozkręcić wokół scen seksu). Niemniej rezultat jest dla mnie wręcz smutny.

Weźmy choćby fakt, że Pleasure robi coś, co także w Polsce staje się powoli jakąś nową normalnością, i podejmuje wątek tzw. zachowań przemocowych. Jednak to naprawdę tylko tyle, co robi – „podejmuje wątek”. Sprawa ogranicza się do kilku brzydkich słów, antypatii i szturchania, co określiłbym jako rażące niedopowiedzenie w przypadku branży naprawdę pożerającej młode dziewczyny, topiącej je w narkotykach, oszustwie, złodziejstwie i gwałcie. Popatrzcie choćby na historię opowiedzianą przez samą odtwórczynię jednej z główych ról Pleasure – mąż słynnej znanej gwiazdy porno podszywał się pod żonę i zachęcił młodą aktorkę do przylotu, by w praktyce para razem oszukała i okradła naiwną dziewczynę, którą potem poczęstowano zwalającymi z nóg dragami i zgwałcono. Tę samą historię o Darcie Dolce i jej mężu potwierdziło wiele innych wykonawczyń porno. Jednakże Dolce nadal jest aktywna w biznesie i jeśli wasza wiedza o XXX ograniczy się do obejrzenia Pleasure, to możecie sobie uznać, że „widocznie nie jest tak źle”, skoro sceny stosunkowo lekkich problemów ukazywane są jako największy możliwy dramat w historii. Komentuję ten aspekt filmu także dlatego, że przy rozmowach o porno często pojawia się argument „kto idzie do porno, wie, w jaki świat się pakuje!!!”. No, to jest pytanie, czy wie, bo patrząc na taki film to zbyt wiele się nie dowie. My dowiadujemy się tyle, że bohaterka – przepraszam za język branżowy – bierze dwa wielkie czarne fiuty naraz w dupala (podobno jako pierwsza w historii!), ale sprawa jest prezentowana bardziej jako lekko wstydliwa, niż faktycznie bolesna, poniżająca czy straszna. Ostatecznie film jakby sugerował, że jest hardkorowy i otwierający oczy (na pewno nie da się o nim powiedzieć, że próbuje przedstawiać karierę w branży jako cokolwiek sympatycznego). Ale ja – co w obecnym pokoleniu chyba jest normalnością – trochę już wiem o świecie porno i wiem, że jest dokładnie odwrotnie, obraz jest tu praktycznie lukrowany. A kiedyś byłoby warto to serio podjąć. Na razie mamy jakby potwierdzenie, że nawet na zepsutym Zachodzie pewne rzeczy nie są łatwe do podjęcia.

Tytanowy byczek

Dosłowności ani przez chwilę nie bał się szokujący zdobywca Złotej Palmy, czyli Titane, inny hicior festiwalu (mówię to, bo to naprawdę znaczy wiele w roku, w którym sal wypełnionych najwyżej w połowie było ZNACZNIE więcej, niż niegdyś). I mówiąc „szokujący” nie wiem, czy bardziej mam na myśli wrażenia z oglądania, czy po prostu z usłyszenia wiadomości, że TO dostało najważniejszą nagrodę w świecie kina festiwalowego. W skrócie powiedzmy tak – jeśli w Titane dzieje się coś fizycznie bolesnego z cipką bohaterki, albo jej brzuchem, albo nosem, albo wszystkim innym… to czujemy to z faktyczną mocą. Jedno ten film ma wspólnego z Pleasure, mianowicie – nie wiem, po co. Ale tutaj jest to część zabawy. Widziałem w życiu najwyżej kilka filmów, podczas których tak wiele razy pomyślałem „serio, to może przejść?”. Przy czym odpowiedź filmu była zawsze natychmiastowa – pewnie, że może, nie wiem po co pytasz, już dawno przeszło, nie wiem o co pytasz, koleś. Jeśli nie jest to najlepsza produkcja z tegorocznego Cannes (prędzej najgorsza), to mogę jej oddać z podziwem, że najbardziej bezczelna. Każdy niewiarygodny zwrot akcji jest przyjmowany przez wszystkie postaci jako oczywistość, bo przecież nie ma co czepiać się szczegółów. Skuteczne podawanie się przed policją za kogoś kto wygląda zupełnie inaczej, ruchanie samochodu, czy też fakt, że Vincent Lindon ewidentnie do TEJ roli przypakował na sterydach tonę mięśni, nie są tutaj prezentowane jako coś dziwnego, istotne jest tylko, ile obsenicznych, seksualnych (zawsze, nawet jeśli nie dosłownie seksualnych!) scen da się z tego wykręcić, zanim film zacznie już driftować w kolejny ostry zakręt.

Titane osiągnęła pewną skrajność, jako mój pierwszy pokaz ustawiając od razu nowy standard normalności, przez pryzmat którego oglądałem wszystko następne. Ale też o dziwo okazała się emblematem całej grupy francuskich produkcji, które przedstawiły mi bardzo takie uczucie bycia komfortowym w surrealistycznej sytuacji. W Mandibules, dwójka wioskowych bohaterów znajduje w kradzionym aucie muchę wielkości średniego psa, na co ich natychmiastową reakcją jest wzruszenie ramion i tekst: hm, ciekawe czy da się ją wytresować żeby przynosiła łupy. W Teddym, bohater łyka bez popity oczywiste metafory dojrzewania i gdy widzi włosy wilkołaka wyrastające na języku, to zabiera się od razu do ich golenia żyletką – dokładnie w ten sposób, żebym zaczął wykręcać się na kinowym fotelu, naturalnie. Konkurs NH wygrał Theo i jego metamorfozy, tworzący w sposób kompletnie nieskrępowany swoją fantastyczną historię o życiu pełnym wyobraźni – pokazaną przez kamerę w sposób realistyczny, czyli oglądamy cały czas gołego dorosłego faceta z downego biegającego po lesie – ale po pewnym czasie także dla mnie stało się to oczywiste. W Małej mamie dziewczynka idzie tak głęboko w las, że aż spotyka własną matkę w swoim wieku, i bez specjalnej rozkminy zaczyna wesoło z nią robić naleśniki – sci-fi detale kompletnie Celine Sciammy nie obchodziły. W kontrowersyjnej (dobrej, złej? Moim zdaniem: średniej) Annette, Adamowi Driverowi i Marion Cotillard rodzi się dziecko-drewniana lalka, który to fakt nigdy nie staje się przedmiotem żadnego komentarza. No i do tego wszystkiego trzeba dodać filmy Gaspara Noego, które tylko zyskały na absurdalnej jakości dzięki jego opowieściom o ich produkcji – improwizowanej, nieprzewidywalnej, spontanicznej, napędzanej alkoholem i narkotykami. Najbardziej znaczący jest ten dodatek w przypadku Lux Aeterny, której omówienie trwało niemal tyle, co sam film – i było fascynującą opowieścią o tym, jak zaplanowany na 3 minuty i mający 3 linijki scenariusza obraz w ciągu kilku dni kreatywnej burzy i chaosu staje się, nie wiadomo jak, naprawdę zabawnym i naprawdę udanym pełnometrażowcem. Trochę przez przypadek.

W kinie Francji, rzeczy po prostu się dzieją. Normalność – to ta rzecz, która właśnie się stała, i tyle.

Kraj biedą i darciem ryja płynący

Na Wschodzie spodziewacie się raczej starej dobrej nienormalności, prawda? I tutaj nie było wiele zaskoczeń: wszystko faktycznie jest tak pojebane, że aż głowa boli. Mój faworyt z rejonów ogólnie wschodnioeuropejskich to chyba rosyjska Gorączka, której pierwsza godzina należy do najbardziej intensywnych przeżyć, jakie miałem w kinie. Jest po prostu głośno i dużo się dzieje. Przy czym nie ma oczywiście mowy o eksplozjach, pościgach ani walce. Nie, u Kiriłła Sierebriennikowa „ostra akcja” opiera się głównie na intensywności narzekania oraz bycia biednym, a soundtrack tego piekła dodaje do nieustannego jęczenia obywateli co najwyżej trochę muzyki punkowej ze zdezelowanego radia. Film jest w stanie naprawdę udźwignąć ogromne oczekiwania, jakie mamy po tak mocnym tytule, zwłaszcza jeśli będziemy udawać, że strasznie nudna, czarno-biała, reminiscencyjna druga połowa nie istnieje. Mocny tytuł ma też gruziński Początek i szczerze mówiąc nadal nie wiem, o co w tym tytule chodzi, zwłaszcza że świetnie rozumiałem początek filmu, ale koniec już nie. Innymi słowy, Dea Kulumbegaszwili dała nam taki cudowny typ opowieści, w której doskonale, aż zbyt dobrze wiemy, co się dzieje, ale możemy tylko domyślać się, dlaczego, po co, i co bohaterowie mieli w głowie. Historia zaczyna się od swego rodzaju aktu wojny i zbrodni nienawiści, a potem skręca w nieco bardziej mrocznym kierunku, ale ponieważ kamera ogląda wszystko z chłodem, bez ruchu i bez namiętności, to zaczynamy zastanawiać się, czy to wszystko nie jest na swój sposób tradycyjną gruzińską normalnością. Mimo drastycznie innego nastroju, chłodnego, powolnego, kontemplacyjnego ale i dosanego – po prostu takiego, który od czasów co najmniej Zwiagincewa jest często opisywany jako typowo „festiwalowy” – film w tej jednej sprawie stoi bardzo blisko Gorączki. Tutaj też można powiedzieć o autorce, że na pewno widziała w tym kraju wiele, i sama nie ogarnia, jak to jest kurna możliwe.

Być może tego zabrakło mi w jednym z wysoko ocenianych przebojów NH 2021, zwycięzcy z Berlina, czyli filmie z może jeszcze mocniejszym tytułem: Niefortunny numerek lub szalone porno. Który i tak jest w polskim tłumaczeniu dość wstrzemięźliwy, bo jeśli by chcieć być wiernym rumuńskiemu oryginałowi, może powinno to wszystko zaczynać się od jakże cudownych słów „Problematyczne jebanko”. Ale wróćmy do tego, czego zabrakło mi w samym filmie, mimo faktycznie bogatego ukazania całej tej wschodniej nienormalności. Radu Jude (twórca mojego ukochanego Aferim) bowiem też widział wiele nieznośnej, wstecznej patologii i paździerzy w swoim kraju – ale on akurat ma o tym wieeele do powiedzenia. Cały film zrobił na mnie wrażenie prostackiego, bo chociaż forma prezentacji jest niby bardzo dynamiczna i zróżnicowana (pierwszy akt to dosłownie porno i tyle! Jedna z następnych części to słownik-wideoesej!), a scenarzyście nie brakuje elokwencji, to jakoś nadal dominuje nastrój znany z tych popularnych kont na Facebooku, które „odkrywają” coś tak ogólnego jak np. że kler jest zły, albo że kler nie zwalczał nazistów, albo że politycy mówiący o patriotyzmie są dęci, albo że purytańskie społeczeństwo hipokrytycznie ostracyzuje kobiety za to, że w internecie jest film jak robi loda. Wiecie, tego typu sprawy. W pewnym momencie serio pojawia się jako argument tekst o tym, że przecież nasz wiesz narodowy też pisał sprośne fraszki. Ależ zmasakrował konserwuchów! Może jak ktoś ma 45 lat, to takie rzeczy wydają mu się odważne, ale dla mnie to krytyka zakorzeniona treścią i wyrazem w poprzednim pokoleniu, w starej normalności. Najlepiej moim zdaniem wypadły w Szalonym numerku… sceny dziejące się w sklepach czy na ulicach, wypełnione taką cudowną, spontaniczną, bezinteresowną, dzień-świrowską nienawiścią do bliźniego. Jest w nich przy okazji jednocześnie sporo wieloznaczności! To jest serio wyborne. Pytanie, ile jeszcze lat będziemy oglądać jakieś kolejne wersje Dnia świra (2002), kiedy obecnie w miastach takich jak Warszawka czy Bukareszcik Marek Kondrat jednak pije wino. Jude jest bez wątpienia nadal szalenie utalentowanym facetem, ale mam wrażenie, że dotknęła go przypadłość znana wielu szalenie utalentowanym facetom: przekonanie, że są jeszcze bardziej utalentowani, niż w rzeczywistości. I kiedy reżyser Kolektywu Alexander Nanau odwiedził w tym roku Oscary mówiąc, że społeczeństwo rumuńskie jest teraz najszybciej zmieniającym się w Europie, to w Numerku widzę wizję człowieka, który chyba nie chce, żeby to było prawdą. Jego normalność to nadal lata 90.

Strumień świadomości Jonah Hilla

Dość zaskakująco, najwięcej nadziei na nową normalność zobaczyłem w filmach z Bliskiego Wschodu. Oczywiście nie zabrakło obrazów, które najczęściej kojarzone są w kulturze popularnej z całym tym rejonem: w formie Notturno zobaczyłem wręcz idealne potpourri wszystkich stereotypów, bo reżyser Gianfranco Rosi bez komentarza miesza sceny z wielu krajów od Libanu po Irak, sceny zazwyczaj statyczne i ciche, tak jakby pomysłem na film było zaprezentować „ogólny vibe wojny na Bliskim Wschodzie”. Rosiemu nie można odmówić podobnej maestrii fotograficznego rzemiosła, co w jego powalającym Fuocoammare, skupiającym się na życiu uciekinierów z Bliskiego Wschodu już na włoskim wybrzeżu – ale jego nowe dzieło wydaje się bez reszty skupione na prezentowaniu skojarzeń, które są już dla nas od dawna normalnością. Z mroku Notturno nic się nie wykluwa, to niemalże spacer po ruinach. Tematyką nie zaskoczyło też brytyjskie Limbo, będące grzeczną, spokojną, słodko-gorzką opowieścią o kilku uchodźcach czekających na decyzję urzędu w ośrodku położonym w odległym kącie Szkocji. Pomysł świetny, choć zrealizowany z życiem tylko w pierwszych kilku scenach – które w swoim surrealizmie i doskonałym montażu osiągają poziom komedii przestrzeni negatywnej kojarzący się np. z Elią Suleimanem. Potem robi się dużo bardziej konwencjonalnie i zrozumiale, druga połowa filmu to już praktycznie tylko pokazywanie nam rzeczy, o których bohaterowie już wcześniej mówili. W nienormalnej sytuacji, Ben Sharrock znalazł bardzo normalny film, co wielu widzów uzna za krzepiące. Z drugiej strony, nie ma tu prostych happy endów, a głównie tylko nadzieja na normalność – kiedyś, w przyszłości, w normalnym europejskim mieście, z normalną europejską pracą. Chyba osobiście miałbym większą przyjemność z filmu, gdyby zaprezentowano bohaterów bardziej jak osoby, które są normalne już teraz.

Inne filmy z regionu zrobiły niemniej na mnie bardzo pozytywne wrażenie, w każdym znaczeniu słowa. Irańskie W drogę! bije moim zdaniem Małą mamę w kategorii słodyczy, wyciskając doprawdy łzy samym faktem, jak cudownie jest spędzać czas z tutejszymi bohaterami. Tutaj też bohater gdzieś wyjeżdża, ale nie musimy nic słyszeć o szczegółach: sam fakt, że wyjeżdża, chociaż ma tak uroczą rodzinę, wystarcza, by mnie rozwalić. Panah Panahi skupia się na szalonej normalności: wiecznych kłótniach, wiecznych żartach, tańcu, śpiewie. Mający może z 10 lat Rayan Sarlak stworzył bardziej magnetyczną kreację, niż Jared Leto kiedykolwiek w życiu, a Pantea Panahiha jako jego matka też zapadnie mi na pamięć na zawsze.

Może po synie po Jafara Panahiego powinienem się spodziewać właśnie takiego filmu, tak samo jak starą normalnością jest już mistrzowski poziom kolejnych produkcji Asghara Farhadiego (którego Bohater zasługuje na książkę, głównie pełną pochwał – ale w sposób na tyle nam już znany, że nie zrobię tego tutaj). Wobec tego najbardziej uderzającym sukcesem debiutanta był film z Libanu – Śmierć niewinności i grzech nieistnienia. Spotkanie reżysera George’a Petera Barbariego było dla mnie bez wątpienia jedną z największych przyjemności tej edycji. Oto koleś, który zaprezentował genialny talent, kręcąc pół-amatorsko naprawdę świetny film o czterech chłopcach chących utracić dziewictwo – a we Wrocławiu sam prezentował urzekającą niewinność prawdziwej dziewicy, reagując wręcz konwulsjami zachwytu na każdy komplement. Nic dziwnego, bo zaiste to był jego pierwszy raz – chociaż film odniósł już sukces na festiwalach online, na Nowych Horyzontach Barbari po raz pierwszy oglądał swój film na wielkim ekranie, z udziałem faktycznej publiczności. Gdy tylko przechodziłem obok niego, już jakby składał się do ściskania mnie, w zamian za to, że po prostu powiedziałem, co myślę. A myślę o Śmierci… bardzo pozytywnie. Nie ma tu nic o wojnie, zamiast tego większość scen ma postaci i scenariusz wyjęty raczej z komedii Judda Apatowa. Ot, czwórka bohaterów (według dialogów mająca bodaj 18 lat, co na swój sposób dodaje komizmu, gdy aktorzy ewidentnie są raczej moimi rówieśnikami) postanawia wybrać się do prostytutki, by w końcu zaliczyć pod czujnym okiem profesjonalisty od takich spraw. Chociaż każdy z nich kozaczy przed kolegami, to oczywiście wszyscy zabierają się do sprawy na opak, i ogólnie średnio ogarniają cokolwiek w życiu, co dostarcza śmiech za śmiechem. Ale mój apetyt nowohoryzontowicza też został zaspokojony, bo komediowa akcja przerywana jest fragmentami absolutnej poezji i strumienia świadomości – z długimi, wypełnionymi słońcem ujęciami i bohaterami deklamującymi z offu pierwszoosobowe narracje przekraczające granice czasu. Te sceny są napisane jeszcze lepiej – często jedno zdanie bohatera dotyczące własnej śmierci kompletnie wywraca nam rozumienie jego czy jej historii, i dodaje nową warstwę głębi głównemu wątkowi tej młodzieńczej Odysei ku pierwszemu ruchanku. To nie są słowa często używane obok siebie, ale naprawdę – ten film to cudo, które bez zgrzytu zawiera w sobie i humor rodem ze szkolnej ławki, i rozmyślania o tragicznych losach, które na różne sposoby dotykają każdej z tych postaci, o więzieniach niepewności, pracy, rodziny. A w kontekście całego festiwalu, dostarcza też zaskakującej sugestii, jakoby Beirut miał być miejscem dużo mniej skrępowanym kulturowo, niż Bukareszt u Judego. Skupiając się na seksie, ambicji, spełnianiu oczekiwaniach społeczeństwa czy męskości, Barbari pokazuje to, co wszędzie i zawsze było i będzie codzienną ludzką normalnością. No i świetnie podejmuje to, co określiłem jako główny temat roku – w finałowej scenie miażdżąco komentując seks jako performens, być może lepiej niż ktokolwiek w kinie artystycznym. Na pewno lepiej niż Pleasure, ok? Dobra, dobra, odczepię się. Barbari to odkrycie nr 2 festiwalu.

Odkryciem nr 1 musi być jednak człowiek, którego dwa filmy odstawiły o wiele długości wszystko inne, co znalazło się w programie. I nie do końca tego się spodziewałem, bo chociaż to w pewnych wąskich kręgach autor kultowy, to osobiście zawsze tylko bardzo mi się podobały jego filmy, nie czułem z nim żadnej specjalnej więzi. Teraz pierwszy raz zobaczyłem jego dzieła w kinie – i może to spowodowało, że w końcu rozpaliła się między nami namiętność (bardzo jednostronna, on chyba mnie nie zna). To powyżej to nie jest kadr z jakiejś eksperymentalnej metakinowej produkcji – to obrazek, który sam zrobiłem w trakcie jakiegoś delirium między seansami, w reakcji na filmy Ryusukego Hamaguchiego. Jakby wam to powiedzieć… nie chcę przesadzać, ale Hamaguhi jest Tołstojem sztuki audiowizualnej, Johannem Cruyffem filmu, Johnem von Neumannem wielkiego ekranu, Noamem Chomskym kamery, Jonathanem Franzenem kinonamii. Jest niezły.

Czemu aż tak dobry? Uciekam trochę od konkretów, bo oba zaprezentowane filmy – Drive my car oraz W pętli ryzyka i fantazji – mają skalę, erudycję, głębię i wieloznaczność dobrej powieści, a próby podsumowywania ich byłyby pewnymi spoilerami, w bardzo nieoczywistym sensie (nie chodzi do końca o wydarzenia w filmie, ale o to, jak na nie patrzeć). Oba filmy mają w sobie tę unikalną jakość, że forma i znaczenie całości stają się oczywiste dopiero wtedy, gdy patrzymy na nie wstecz – i tak jak nie powiedziałbym, że byłem porwany pierwszym aktem Drive my car pod jego koniec, tak już absolutnie tak bym o tym otwarciu powiedział po zakończeniu całego filmu. Ludzkie historie, przeżycia i uczucia otwierają się przed nami w tym dziele jak najbogatszy, najpiękniejszy kwiat, stałem się wszystkimi tymi postaciami absolutnie zafascynowany. Ponieważ to jest Temat Roku, to nie muszę chyba wspominać, że w obu filmach nie brakuje otwartych scen seksualnych i ogólnie erotycznych treści – ale tutaj nawet nie ma to znaczenia, bo u Hamaguchiego każda rozmowa, każdy międzyludzki kontakt, samo odkrywanie człowieka jest seksualnie apetyczne, budząc z czasem nieposkromiony apetyt na więcej. Czasami, bardzo rzadko, ktoś może być aż tak mądry, że w pewnym momencie uczucie podziwu typu „wow, koleś bardzo subtelnie to zrobił, na pewno jest tutaj klasa, wielce szanuję równą jakość dialogów i nieprzesadzony styl” przeradza się w autentyczne podniecenie.

Do tego wymagana jest oczywiście treść, której jest tu mnóóóstwo. Przez wypełnione treścią trzy godziny Drive my car poznajemy spokojnie tak z sześć postaci, które są ciekawsze i pełniej przedstawione niż dowolny inny filmowy bohater w ostatnich latach. Poznając ich sekrety i to, co ich napędza, w co wierzą, wcale nie rozwiązujemy żadnej fabularnej zagadki, ale o dziwo mamy uczucie tylko jeszcze większej ludzkiej tajemnicy. W drugiej połowie filmu, już praktycznie każdy dialog znaczy tak wiele i odkrywa przed nami tak wiele nowych pytań – i, po prostu, jest aż tak zajebistym dialogiem – że można by skupić się na nim, chcąc przedstawić nowym widzom geniusz Hamaguchiego. Ale jak to zrobić, jeśli taki jest każdy dialog? Podsumowanie będzie dotyczyć już nie tyle filmu, co mojego życia – ile się od Hamaguchiego nauczyłem o rozmowie, o znaczeniu języka jako pośrednika między ludźmi i o opowiadaniu histori, innym i samemu sobie. Ujmijmy to tak – o ile każdy chyba rozumie, co to jest „powieść psychologiczna”, tak pojęcie „filmu psychologicznego” nigdy nie miało zbyt popularnego ani wyraźnego znaczenia. Kino w końcu opiera się na powierzchowności, więc to raczej paradoks. I tutaj przychodzi ktoś taki jak Hamaguchi, który tka nam taką sieć znaczeń i intencji, wyrażanej w otwartych rozmowach i poprzez obserwację zachowania bohaterów wobec różnych innych i w różnych sytuacjach, że jednak nagle rozumiemy, jak oni działają. Film mówi o tym niebezpośrednio – dużą robotę wykonuje tutaj fakt, że jego spora część obraca się wokół produkcji sztuki teatralnej i dyskusji na temat rozumienia tekstu, wyrażania siebie pod słowami i językiem, podsuwając widzom filmu sporo metod na rozumienie całości. Coraz bardziej zaczynamy rozumieć, jak postaci wyrażają siebie przez tekst w każdej rozmowie, ze współpracownikiem, małżonkiem, potencjalnym przyjacielem, figurą pararodzinnej relacji. Rozumiejąc tekst, rozumiemy dużo więcej.

W pewien sposób, Drive my car nauczył mnie żyć. Ale co ważniejsze, nauczył mnie też chyba jak oglądać drugi w mojej festiwalowej kolejności film Hamaguchiego, W pętli ryzyka i fantazji. Tutaj jest niby inaczej, bo w ciągu dwóch godzin filmu mamy trzy niezależne historie, niewymagające siebie za bardzo do istnienia (choć, tak jak w przypadku trzech aktów Drive my car, ich obejrzenie w kolejności i zmierzenie się z oczekiwaniami i wnioskami jest kluczowe dla końcowego wrażenia). Ale po tamtym molochu, odbierałem te półgodzinne rozmowy już inaczej. Oczywiście, są one fascynujące same w sobie, ale jest też trudna do opisania odwaga performensu w tym, jak bohaterowie decydują się faktycznie otworzyć przed innym, pchani do pewnej emocjonalnej skrajności przez różnego rodzaju romantyczne tęsknoty. Sama trzecia część W pętli… jest arcydziełem na własnych prawach, budując szokująco duże napięcie poprzez samo to, że bohaterka jest w stanie uwierzyć w pewną sytuację. Zmień rozmowę, a zmienisz rzeczywistość.

Zaznaczmy, że nie są to dzieła bardzo łatwe, w sensie po prostu wymaganej podczas seansu uwagi – żaden film z tak odległej kultury, w którym dużo się gada, nie będzie łatwy do pełnego zrozumienia bez dobrej znajomości języka, a tutaj jest nie tylko bardzo dużo gadania po japońsku, ale też bardzo dużo aktorstwa tak mistrzowskiego, że nie ma czasu patrzeć na napisy i dużo nad nimi myśleć. Pewnie gdybym zobaczył je w innym momencie, mógłbym ich geniusz nieco „przespać”. Ale czekałem dwa lata i wyspałem się porządnie właśnie po to, by mieć w duszy miejsce na taką ucztę. Inne filmy dostarczyły mi niezbędnych witamin i minerałów, ale tylko Hamaguchi sprawił, że pękałem z sytości i dostatku, a wobec tego – pękałem ze szczęścia.

A teraz zagdnijcie, czyją retrospektywę będą mieli w listopadzie na festiwalu w Lizbonie. Oj, czyżbym miał ochotę powiedzieć, że w tym roku to i tak nie Nowe Horyzonty są najlepsze na świecie…

Oscary 2021 – typowanie

Spróbujmy wszysto cyknąć w jednej notce.

Okej. To był ciężki rok, co nie? A najlepsze jest to, że Oscary są dwa miesiące później; że teoretycznie oglądanie filmów dostępnych na serwisach streamingowych oraz pisanie na swoim komputerku w domu powinno być tak łatwe, jak nigdy. No cóż, może jednak nie jest w sytuacji, gdy pół dnia spędzasz patrząc się tępo w ścianę zapomniawszy jak wyglądają interakcje z innymi ludźmi, a języka polskiego przez ostatni rok prawie nie słyszałeś i nie używałeś z racji ograniczeń podróży międzynarodowych.

I pomyśleć, że rok temu „o tej porze” (w dniu Oscarów) moglibyśmy nazwać tę ceremonię jakimś wyjątkowym wydarzeniem roku. 2020 zapowiadał się szalenie! Parasite osiągnął coś wyjątkowego, i jednak nadal lekko nie do uwierzenia (chociaż pisałem wam tutaj, że kurs 5,50 jest niezwykle atrakcyjny, bardziej niż kurs 1,50 na faworyta 1917).

Teraz nikt nie był w kinie przez ostatni rok, wszystko anulowano, nic nie wyszło, a co wyszło – to nie wiadomo po co; ponadto cholera wie, co kto obecnie robi w świecie filmów, czy nie spędził ostatniego roku na Antarktydzie. W tym roku film nie musiał nawet lecieć w kinach, żeby być nominowanym! Wszystko może się chyba zdarzyć. Co prawda zdecydowanym faworytem musi być Nomadland, ale ze cztery inne filmy wymieniane są jako potencjalni zwycięzcy. Bo i przyznająca nagrody Akademia jest w ostatnich latach bytem bardzo dynamicznym.

O ile w Polsce jest to temat trudny do przełożenia, w USA teraz jak nigdy akutalne jest patrzenie na wszystkie wydarzenia pod kątem rasowym, i w świecie amerykańskiego filmu też nie można tego faktu przeoczyć. Mamy już za sobą kompletnie przemeblowane nagrody BAFTA, które wprowadziły zasadę segregacji: nie więcej niż 2 nominowane osoby tej samej rasy i narodowości w każdej kategorii. Tak sztywny podział wprowadza w moim życiu wiele granicznych pytań, których nie zadawano zbyt często przez ostatnie 80 lat, ale amerykańska Akademia postanowiła podejść do różnorodności etnicznej w bardziej popularny sposób, poprzez dosłowną inkluzję. Rok po roku od czasu kampanii „hasztag Oscars So White”, AMPAS chwali się, ile to kobiet i nie-białych umieścił w nowej selekcji, wyrabiając postawione sobie normy (w tym roku odpowiednio 45% i 36%). Co jednak jest istotniejsze dla samych oscarowych decyzji, to że nowi członkowie to w końcu przede wszystkim ludzie znacznie młodsi, niż… starzy członkowie. Ponadto połowa z nich nie jest Amerykanami, i z tego powodu również będziemy mieli większą rozbieżność w gustach i filmowych doświadczeniach (nawet jeśli sporo z nich na stałe lub pół-stałe mieszka w USA).

W skrócie mówiąc, to wydarzenie nie ma precedensu. Będzie co najmniej ciekawostką, nawet jeśli w epoce spadającego zainteresowania młodzieży, zntefliksowania kultury filmowej nawet przed pandemią oraz braku faktycznej celebryckiej ceremonii może być też niczym więcej niż ciekawostką.

Najlepszy film: powiedzmy tak, krytycy nie będą tu mieli w tym roku jakiegoś swojego faworyta, bo ani jednej nominacji nie dostały takie filmy jak Zawsze czasami rzadko nigdy, Pierwsza krowa, Lovers Rock (chyba nie mógł w ogóle być zakwalifikowany)… nie wiem, wyszło coś jeszcze? Musi nam wystarczyć seria filmów przyjętych bardzo dobrze, od adaptacji sztuk teatralnych po zdecydowanie malickowskie w skali Nomadland. Ten film wydaje się zadowalać najwięcej osób – nie narzuca żadnego specjalnego tematu, ma świetne aktorstwo na pierwszym planie, wydaje się i prawdziwym filmem, i czymś wyjątkowym. Finansowo – za 1,20 na pewno nie ma co stawiać. Najpoważniejszym kandydatem do zaskoczenia jest Proces siódemki, ale za 6,50 wcale nie kusi. Może prędzej coś zupełnie nieprawdopodobnego, jak Minari za 15 czy Obiecująca młoda kobieta za 21. Niemniej z dobrymi opiniami Nomadland przez wiele ostatnich miesięcy, nagrodą od producentów i reżyserów, wygranym Złotym Globem i BAFTA, może po prostu nie ma sensu stawiać na nic innego. Tutaj jakoś nie spodziewam się… niespodzianek. Wygra: Nomadland. Mój głos: Sound of Metal.

Reżyseria: w bardziej „kinowym” roku, może byłaby to jakaś historia, że David Fincher powrócił do reżyserii filmowej absolutnie fatalnym, męcząco przemanieryzowanym i pozbawionym skrawka opowieści Mankiem. Ale też widać, że nie miał tak wielkiej konkurencji, jeśli wielu kinomanów trzyma kciuki za zwycięstwo nie tylko najmniej wyrazistego, ale też najgorszego od lat Thomas Vinterberga. W Ameryce jednak historia będzie inna: oto nagrodę dostanie nie biały mężczyzna, tylko pochodząca z dość bogatej chińskiej rodziny, wykształcona w najlepszych brytyjskich i amerykańskich szkołach Chloe Zhao. Dzięki temu wszyscy będziemy mogli mówić o większej równości na świecie i likwidowaniu granic oraz przywilejów. Nikt tu nie stawia na nikogo innego, a na Zhao już tak czy siak czeka sława i miliony, gdy tylko pandemia minie i Marvel wypuści jej film Eternals, cokolwiek to jest. A czekaj, wiem co to jest – będą bohaterowie w kostiumach i będą walczyć ze złymi, zgadłem? (Co – jakże mi smutno teraz sobie z tego zdać sprawę – pewnie będzie jutro najczęstszym nagłówkiem, bo przecież to jasne, że żaden inny nie przyciągnie tylu kliknięć co „zwycięstwo reżyserki Marvel’s Eternals„. Sam bym taki napisał, bo bym przecież musiał). Wygra: Nomadland. Mój głos: Nomadland.

Aktor: Chadwick Boseman zmarł w sierpniu w wieku 43 lat, ale oglądając go w Ma Rainey można by i za wygląd, i za cały vibe uznać go nawet za nastolatka. Nie jestem wielkim fanem tego filmu, ponieważ zachowania postaci mają czasami właśnie tyle sensu, co zaiste u przeciętnego nadmiernie ambitnego liceaslity, ale ogólnie możemy żałować tylko głównie tego, że nie doznamy wzruszających scen przytulania się po ogłoszeniu nazwiska zwycięzcy (tak mi się wydaje – w sumie goście mają być przetestowani, więc może przytulanie dozwolone?). Może więc szukać niespodzianki, choćby w Anthonym Hopkinsie, który wygrał BAFTA i ma, co zazwyczaj sporo daje, bardziej… pierwszoplanową rolę?Jakby nie patrzeć, Ma Rainey ma tytuł Ma Rainey, a Ojciec ma tytuł Ojciec. Za 7,50, Hopkins to przyzwoity typ bukmacherski. Wygra: Chadwick Boseman. Mój głos: Riz Ahmed.

Aktorka: to była najbardziej dynamiczna kategoria w trakcie kampanii, z czterema postaciami, które przewijały się jako faworytka w różnych momentach (właściwie to Vanessa Kirby też kiedyś była tu główną faworytką, we wrześniu, tuż po weneckiej premierze Cząstek kobiety). Złotego Globa dostała Andra Day, BAFTA poszła do Frances McDormand, nagroda związku aktorów do Violi Davis, a tak ogólnie w świecie kina najwięcej wyróżnień zbierała przez cały rok Carrey Mulligan. Każda z tych aktorek pojawia się u różnych ekspertów na każdej możliwej pozycji (poza oczywiście pozycją piątą, na której na pewno z wielką radością widzi się teraz Kirby w dosłownie każdym typowaniu). Faworytkami w USA musi być para Davis i Mulligan (najniższy kurs ma Mulligan, przy 2,25), ale nadal wszystko jest tu możliwe. To co słyszę wskazuje bardziej na Davis, a jednak… kiedy prowadzący talk-showów zaczynają rzucać żarty, że twoja obecność na Oscarach jest jak obecność Realu Madryt w Superlidze, to może pora przyznać, że jakoś milej byłoby zagłosować na Mulligan, jak na razie nigdy nienagrodzoną, w przeciwieństwie do Davis i McDormand, które otrzymały statuetki w ostatnich latach. Kilka razy skreślałem tutaj Davis i z powrotem na Mulligan… Wygra: Carey Mulligan. Mój głos: Vanessa Kirby.

Aktor drugoplanowy: tak samo jak w przypadku aktora pierwszoplanowego – wydaje się, że sporym atutem jest tutaj posiadanie roli będącej… jak najbardziej pierwszoplanową. I tak oto, z jakiegoś powodu, mamy w tej kategorii obok siebie dwóch bez wątpienia głównych bohaterów świetnego, stylowego Judasza i Czarnego Mesjasza, z czego niemalże pewniakiem do nagrody wydaje się Mesjasz. Sama sprawiedliwość dla Kaluui, który ma za sobą serię świetnych występów w ostatnich filmach. Inny scenariusz wydaje się niemożliwy, choć jako rozrywkowy typ wpisać mogę za 2 zł, przy kursie 25, Paula Raciego, jedynego białego aktora w stawce (a, sorry, to nie te czasy, teraz Sacha Baron Cohen też się liczy do większości), którego stoicka charyzma zapada w pamięć w pewien typowo amerykański, przyciągający Oscary sposób, zwłaszcza gdy Sound of Metal wydaje się ciągle zaskakująco popularny w Akademii, być może z racji na jej rosnącą międzynarodowość. Wygra: Daniel Kaluuya. Mój głos: Sacha Baron Cohen.

Aktorka drugoplanowa: jeśli stawiam ostrożnie na Mulligan troszeczkę dlatego, że ta biedaczka nigdy jeszcze nie dostała Oscara i może się czuć lekko zignorowana, to co powiecie o możliwości nagrodzenia koreańskiej aktorki, której szanse u buków rok temu byłyby pewnie jak jeden do miliarda, choć w swoim kraju pierwsze nagrody za „najlepszy nowy talent” dostawała już na przełomie lat 60. i 70. XX wieku. Youn ma tak długą karierę, że dostawała nagrody zarówno za sequel najsłynniejszego koreańskiego filmu wszech czasów w 1971 roku, jak i za jego remake w 2010 roku. I kiedy już się wydawało, że nie będzie miała bardziej imponującego comebacku niż The Bacchus Lady pięć lat temu, teraz przytuli najsłynniejszą statuetkę na świecie (o ile oczywiście będzie mogła pojawić się na gali, przeszedłszy uprzednio 10-dniową kwarantannę w Los Angeles). No dobra, a teraz weźcie to wszystko i wyobraźcie sobie, że czyta to nikt inny, jak ciągle nienagrodzona Oscarem po 8 nominacjach Glenn Close… Wygra: Youn Yuh-jung. Mój głos: Youn.

Scenariusz oryginalny: mam sporo problemów ze scenariuszem Obiecującej młodej kobiety, począwszy od tytułu, który po dłuższym przemyśleniu przestaje według mnie mieć sens i coś przekazywać, a staje się kolejnym reprezentantem podejścia typu „lol jestem taka randomowa”, które sponsoruje niepokojąco dużą liczbę scen w skrypcie i w filmie Emerlad Fennell. W tej przyjemnej, rozrywkowej stawce, ta kontrowersyjna produkcja jest chyba moją najmniej ulubioną, ale prawdopodobnie sam fakt bycia kontrowersyjną powinien utrzymać ją na pozycji faworyta, podobnie jak wygrana BAFTA. Proces siódemki ma jakieś minimalne szanse, podobnie zresztą jak Minari przy kursie 15. Wygra: Obiecująca młoda kobieta. Mój głos: Proces siódemki.

Scenariusz adaptowany: muszę tutaj wstawić Białego tygrysa z samej racji tego, że film, jeśli mniej poetycki i bardziej „zamerykanizowany”, właściwie jest udany, co można przecież powiedzieć tak niesamowicie rzadko o adaptacjach kultowych książek. Na pewno jest jednak bez szans na Oscara. Zapytajmy lepiej tak: co z Ojcem, całkiem wierną adaptacją niesamowicie znanej sztuki, w której pod względem samego scenariusza nie było aż tak wiele do przepisywania? Gdyby nie to, pewnie trzeba by przyznać, że to jest dużo bardziej kluczowy dla sukcesu scenariusz i film powinien tutaj być liderem, a nie gnusieć na drugim miejscu z kursem bliskim 3 (za, oczywiście, Nomadland). Właściwie trudna sprawa, ale postawię tutaj na lekką niespodziankę. Wygra: Ojciec. Mój głos: Biały tygrys.

Film animowany: to nie jest jedna z tych kategorii, które mogłyby kogokolwiek szczerze natchnąć do tych recytacji o magii kina i niesamowitych przeżyć, które zwyczajowo odpalane są przez prowadzących 5-10 razy podczas każdej ceremonii. Soul musi wygrać jako jedyny film, który ktoś z głosujących po prostu oglądał. Nie jest zresztą niczym specjalnym, ale jeśli ktoś ma w tej kategorii kiedykolwiek wygrać z Pixarem (co przez ostatnie 15 lat zdarzyło się raz), to ani kompletne amerykańskie przeciętniactwo, ani ładne, ale pozbawione mocnej historii Wolfwalkers chyba nie są odpowiedzią. Wygra: Soul. Mój głos: Naprzód.

Film „międzynarodowy”: nadal nie zobaczyłem propozycji z Hong Kongu i Tunezji, co dla mnie jest kwestią nadrobienia w najbliższych dniach, ale też z perspektywy wczucia się w przeciętnego głosującego nie powinno to wiele zmienić. Ogólnie to Na rauszu okazało się tak dalece najbardziej nagradzanym filmem tego roku, że trudno szukać wielkich szans dla innych. Na pewno siłę ma też Aida i w sumie to nie widzę powodu, by nie zebrała sporo głosów, ale z jakiegoś powodu wszyscy najwyżej cenią opowieść, która naprawdę wydaje się podekscytowana odkryciem, iż picie alkoholu nie pomaga. Wygra: Na rauszu. Mój głos: Vitalina Varela albo coś.

Film dokumentalny: za największe arcydzieło wśród wielu znanych mi krytyków jest uznawany Time, ale, przyznam – miałem pewien dyskomfort z faktem, jak totalnym wzruszeniem ramion ten film omija jako oczywistość fakt, że bohaterowie napadli z bronią w ręku na bank (komuż się to nie zdarza czasami?). No chcieli kasy to napadli, najważniejsze to walka o sprawiedliwość, czyli żeby nie być za to w więzieniu. Nie wiem no… myślę, że faworytem pozostaje, typowo dla zwycięzców tej kategorii ekscentryczna, opowieść o przyjaźni człowieka z ośmiornicą. Jako że to taki film, który da się streścić jednym zdaniem, tradycyjnie jest tutaj faworytem. Niemniej myślę, że ton „reklamy w trakcie dużego meczu”, jaki przyjęto, wiele osób jednak znudzi i możemy spokojnie nastawiać się na zaciętą rywalizację. W tym szanse dla, tak, Time. Czarny koń… przy kursie 21 musi być nim Crip Camp, istotny społecznie i wyprodukowany przez małżeństwo Obamów. Współreżyser James LeBrecht byłby pierwszą osobą, która odebrałaby statuetkę, wyjeżdżając na scenę na wózku (jeśli to w ogóle możliwe, bo zazwyczaj są tylko schody – kilka innych nagród w innych branżach już miało z tym przypał). To by była historyczna i wyjątkowa reprezentacja dla ludzi z niepełnosprawnością, którzy stanowią większy odsetek amerykańskiej populacji niż afro- i azjato- razem wzięci, bez wątpienia zmagając się z wieloma nieomijalnymi osobnymi wyzwaniami, ale do tej pory w historii Oscarów praktycznie się nie pojawili. Wygra: Czego nauczyła mnie ośmiornica. Mój głos: Agent kret.

Muzyka: wymagania co do „oryginalności” tego „original score” wydają się jakby poluzowane, jeśli zdominowane w samym filmie przez piosenki Marvina Gaye’a OST do 5 Bloods jest jedyną nominacją dla tego filmu, a obok goszczą Nowiny ze świata, które najbardziej zapadają w pamięć momentem kompletnie kopiującym taką małą melodyjkę, nie wiem czy znacie, Hallelujah Leonarda Cohena. No nie wiem, każdy kto to słyszy ten moment, słyszy, że to normalnie jest Hallelujah, ale Jamesowi Netwonowi Howardowi udało się odfajkować swoją dziewiątą nominację. Jednak plansza gry jest tutaj zdominowana przez zwycięzców z 2010 roku. Ross i Reznor nie tylko odpowiadają za jeden z najbardziej udanych elementów Manka (nawet jeśli, tak jak wszystkie inne, ma kompletnie niepotrzebny, irytująco przesadzony, nałożony na wszystko „filtr starego filmu”), ale o dziwo weszli też w kolaborację z Pixarem, gdy ci robili, cóż… film o muzyce. Więc chyba wiecie na kogo stawiam? Bez względu na nazwiska i na historię filmu, muzyczka tak uniwersalnie wyciskająca łzy z oczu pewnie byłaby skazana na wygraną. Wygra: Soul. Mój głos: Soul.

Piosenka: powiem wam tak, wypuszczone latem do streamingu nagranie Hamiltona byłoby najlepszym opisywanym w tej notce filmem, gdyby było nominowane w tym roku do Oscara (ale nie mogło być uwzględnione. Czemu? Bo tak. W obecnym czasie, trudno naprawdę powiedzieć, czemu. Do Globów mogło być, z kolei BAFTA liczy to jako film TV. AMPAS powiedział dosłownie „nie, bo nie”). Powinno też na luzie mieć tutaj 5 nominacji, gdyby zasady pozwalały. W Hamiltonie jest 46 piosenek i bodajże… wszystkie z nich są lepsze od tutejszych nominacji. Zresztą Leslie Odom Jr. mógłby też dostać jakieś wyróżnienie za swoją rolę. Zamiast tego – ma na Oscarach dwie nominacje za One night in Miami, i niemałe widoki na jakąś wygraną. Zwłaszcza jeśli chodzi o piosenkę. Kto poważnie zagraża? Na pewno przystępny, acz najbardziej pamiętny z samego filmu „Husavik” (atrakcyjny kurs 4,75, a prawie wpisałem go poniżej), a podobno także włoski „Io Si”. Nie sądzę jednak, bym za dwa dni był w stanie przypomnieć sobie nawet po siedmiu nutkach którykolwiek z tych bardzo wzniosłych, doniosłych, banalnych, orałowych utworów. Wygra: „Speak now”. Mój głos: „Husavik”.

Dźwięk: tak jak tu przewidywałem rok temu, kategorie zostały zespolone. I teraz w ogóle jest jasna sytuacja. Prosta. Oj, jak prosta. Jest film ze słowem „sound” w tytule. Ten film opowiada cały o słyszeniu, o dźwięku. Robi z tym różne ciekawe rzeczy. Jeśli postawicie kasę na Sound of Metal, to, serio – byłoby uczciwie, żebyście dostali mniej kasy, niż wpłaciliście. Wygra: Sound of Metal. Mój głos: Sound of Metal.

Scenografia: zaskakująco w tej kategorii wyróżnia się Ojciec, intrygujący jednym z najciekawszych projektów użycia scenografii w filmie, jaki pamiętam. Najciekawszych, bo używając najbardziej oczywistych elementów ze zwyczajnego mieszkania. Jednakże znaczenie mieszkania dla historii jest uderzające i gra rolę w jednym z najbardziej przerażających, wyprowadzających z równowagi doświadczeń kinowych od czasu, hm, Sound of Metal. Tutaj nikt nie stawia, że będzie jakakolwiek nagroda za oryginalność, ale przy kursie 21 można sobie pomarzyć. Mocnym faworytem jest Mank, który bez wątpienia wymagał trochę imponującej pracy z próbą rekonstrukcji czegoś, co można by nazwać zwykłym starym filmem, przypominając połowie członków Akademii czasy ich młodości. To może być jedyna nagroda dla Fincherowskiego nudfestu, ale wydaje się, że ani Ojciec ani Ma Rainey nie powalczą. Wygra: Mank. Mój głos: Ojciec.

Zdjęcia: sytuacja jest znacznie bardziej wyrównana, niż wskazują bukmacherzy i przy kursie 4, to Mank jest atrakcyjniejszym typem na kasę. Come on, nie chcielibyście zagłosować, żeby koleś o nazwisku Erik Messerschmidt dostał nagrodę za coś, co próbuje wyglądać jak niemiecki ekspresjonizm? Członkowie związku operatorów chcieli. Zostanę jednak przy nagrodzie, która wydaje się najbardziej logiczną, oprócz reżyserii, dla faworyta całej zabawy. Nomadland to w połowie po prostu ujęcia amerykańskiej przestrzeni – jeśli podoba wam się ten film, to chyba muszą wam się podobać te malickowskie panoramy. Wygra: Nomadland. Mój głos: Nomadland.

Charakteryzacja: z jakiegoś powodu niemalże pewniakiem wydaje się Ma Rainey, ale nie pytajcie mnie, dlaczego. Może chodzi po prostu o to, że w Manku charakteryzacji za bardzo nie widać, bo za ciemno, a reszty filmów nie chce się oglądać. Hillbilly Elegy przy kursie 12 wydaje się atrakcyjnym typem, nawet jeśli ta produkcja również robi tak doskonałe wrażenie, jak ja, gdy się spieszę przed wyjściem z domu i rozsmaruję sobie pół dawki filtra UV po włosach, a drugą po oczach w formie białej skamieliny. No ale może Pinokio? Dużo, dużo charakteryzacji. Kurs 5. Wygra: Ma Rainey. Mój głos: grunt, że nie Obiecująca młoda kobieta, to była naprawdę zła peruka.

Kostiumy: Ma Rainey nie jest wielkim filmem, a widzicie, że może zgarnąć jakąś kolekcję Oscarów, i tutaj również wydaje się być na czele stawki. Można by tu stawiać szanse zarówno dla Emmy – bo kolorowe suknie, jak i Manka – bo czarno-białe suknie, czyli byłby wyróżniającym się zwycięzcą. Stosunkowo proste i codzienne stroje Ma Rainey wydają się jednak mieć najwięcej wspólnego z charakterem postaci i choć bukmacherzy przesadzają z pozycją pewniaka (1,25), to prędzej stawiam na nią. Wygra: Ma Rainey. Mój głos: Ma Rainey.

Montaż: w tym momencie, tylko w tej kategorii mamy idealny remis, dwa filmy z kursem 1,95. I naprawdę nie wiem, kogo przedstawić jako tego mocniejszego. Patrząc na zwycięzców w ostatnich latach, powinienem postawić po prostu na najgorzej zmontowany film, ale szczerze mówiąc oba mi się podobały. Wydaje mi się, że jeśli na kartce zagłosowaliśmy już, by nagrodzić Sound of Metal za dźwięk, to typowa dla Aarona Sorkina frenetyczna naparzanka słowami może tutaj wydawać się bardziej zbalansowanym, równościowym wyborem. A przecież równa reprezentacja jest dla Hollywood najważniejsza. Ta kategoria nie wydaje się już mieć związku z poziomem samego filmu, jak kiedyś, ale jeśli Proces siódemki należy do faworytów całej zabawy, to wydaje się sensowne, żeby w ogóle wygrał choć jedną kategorię. Wygra: Proces siódemki. Mój głos: Proces siódemki.

Efekty specjalne: bez względu na płeć i rasę, na razie nadal nie widać, żeby kogoś zaczęła w Akademii interesować ta kategoria. Co roku wygrywa jakiś rozczarowujący film tylko dlatego, że jest najmniej kiczowaty w gronie dinseyactwa i jedyny, który członkowie obejrzeli. W tym roku jest to… Wygra: Tenet. Mój głos: Tenet.

Nowe Horyzonty 2020: Może wszyscy jesteśmy już martwi

Przed festiwalem mogłem sobie szykować w głowie klasyczne komentarze typu „Jak miło was NIE widzieć hehe” albo „2020 to szalony rok co nie??? Nie wiem czy słyszeliście?”. Ale apokaliptyczny wręcz repertuar, który przeleciał mi przed oczami, przekonał mnie, że sprawa jest poważniejsza. Oto świat, który ma nas dosyć, a my mamy dosyć jego.

Nie chodzi mi nawet o to, żebyśmy byli dosłownie martwi; już, teraz, nasze blogi pisane z zaświatów. Chociaż część filmów sprawiła, że poczułem i to, korzystając z tej cudownej umiejętności artystycznego kina do zacierania granic między czasami i wymiarami. Rewelacyjna Vitalina Varela (która, podejrzewam, zdominuje w grudniu światowe listy „top 10 roku”) zaczyna się do przepięknej sceny swoistego konduktu pogrzebowego wyłaniającego się z absolutnej czerni i… w sumie wszystkie następne sceny też można opisać jako pogrzeb wyłaniający się z absolutnej czerni. Znamy tę technikę Pedro Costy od czasów Pokoju Wandy, czyli już od 20 lat, a jednak okazuje się, że nadal rozwala mnie ona na kawałki: ta sceny nie tylko urzekają swoją czernią i tworzą zachwycające estetycznie wizje jak na obrazach Caravaggia, ale też przez to, jak się (ledwo) ruszają potrafią ciągle wytrącić z równowagi, dać mi ciągle wrażenie, że jestem w świecie duchów. W końcu i Caravaggio nie używał takiego tenebryzmu, żeby w sensie dosłownym jedynie „opowiedzieć historię” – wyławiając z mroku Dawida trzymającego głowę Goliata, czy jakąś tam scenę z Jezusem, on opowiadał całe idee, trwające przez stulecia, tylko zyskujące na sile po śmierci. W Vitalinie pojawia się na ekranie nawet samolot, ale ja nadal kompletnie bym uwierzył w to, że akcja dzieje się 5 tysięcy, albo 5 miliardów, lat temu. Tak przecież nie wygląda świat żywych.


Jako fan Costy, oczywiście sięgnąłem po Vitalinę jako jedną z pierwszych, mając ten wyjątkowy luksus zdalnej edycji Nowych Horyzontów, że terminarz układałem sobie niemal zupełnie sam. Ale szybko dotarło do mnie, że klikając po co bardziej rekemendowanych hitach, chyba jakoś zabrnąłem w zły rejon miasta, bo nagle więcej niż połowa filmów pokazywała mi świat, który już się skończył, i nie ma nadziei.

Świat się nad nami, na przykład, sadystycznie znęca, zatracając w tym szale cały rozsądek, co najlepiej wydają się wiedzieć ci z Europy Wschodniej, wracając na tych NH do najmroczniejszych kart współczesnej historii. Zachwycające dla większości znajomych (nie dla mnie) DAU Natasza próbuje zrekonstruować uczucie życia w totalitaryzmie: kompletnie nieuniknioną opresję z rąk władzy, której oficjalne stwierdzenia brzmią Orwellowskim absurdem. Bośniacka Aida… podejmuje właśnie ten temat, o którym już pomyśleliście, widząc słowo „bośniacka”, czyli masakrę w Srebrenicy, a jednak jakimś cudem nadal potrafi zaskoczyć tym, jak ponury kierunek obiera: pokazując nam kontakt „zwykłej osoby” z dowództwem wojskowym, pozwala nam naprawdę poczuć, jak bezradny jest człowiek w obliczu nadchodzącej rzezi. Słowaccy Słudzy to opowieść niby historyczno-polityczna, a jednak, jak dla mnie, też po prostu horror: gdy opis filmu mówi o działaniach Kościoła i Partii, to czarno-białe kadry i muzyka pachnąca wręcz Polańskim zdają się sugerować, że to sam Diabeł wyznacza los naszych protagonistów, skazanych na karę za swój idealizm. Kara za wszystkie nasze dobre intencje jest nieuchronna, i świat ma to gdzieś – co najbardziej uderzyło mnie w serbskim Tacie. Nie wiem, ile wiecie o byciu strasznie biednym, ale powiedzmy, że jak dla mnie ten film zajebiście oddaje wiele uczuć z tym związanych. Tytułowy ojciec próbuje coś z tym zrobić i pokazać Władzy: hej, może jestem biedny, ale mam swoją godność. Chociażem nędzarz, też jestem człowiekiem i zasługuję na szacunek! „LOL”, odpowiada Władza. To tak w skrócie. Przepraszam za spoiler. Ale to chyba taki spoiler, który nie psuje filmu. Co najwyżej życie.

Nie żeby poza słowiańskimi rejonami w tym momencie tylko tańczono hakuna matata. Skazani na porażkę byli bohaterowie Eyimofe w swoim marzeniu ucieczki z Nigerii do Europy. Skazani byli umiarkowani obrońcy delikatniejszej kultury islamskiej wobec ekstremistów w Ojcu Nafim. Bez szans jest tytułowy Nasir wobec systemowo wspieranej przemocy na muzułmanach w Indiach. Śmiechu warte okazują się w Zło nie istnieje próby ucieczki przed karą śmierci… spokojnie, nie swoją… ale egzekutor to dla systemu też więzień, i jego obowiązek jest tak samo nieunikniony, jak śmierć i podatki.

Podczas gdy „za oknem” szalały jeszcze nadal największe protesty, Nowe Horyzonty zdawały mi się już mówić: poddaj się, nie masz szans, sprawa przeciw władzy jest z definicji przegrana, możesz tylko pogorszyć swoją sytuację.

Na tym tle wręcz sielsko wypada nasz polski wkład o wszystko mówiącym tytule Zabij to i wyjedź z tego miasta. Który, cóż… może po prostu przedstawia Łódź tak, jak zawsze ją sobie wyobrażamy. PRL jest w tej psychodelicznej, niezmiernie smutnej wizji takim rodzajem koszmaru, po którym jednak budzimy się z pewnym uśmiechem na ustach, mówiąc „heh, w sumie był w tym pewien przytulny urok”.

Boże, oglądanie tych 30-40 filmów we własnym pokoju było naprawdę ciężkim przeżyciem, z którego nadal (nie żartuję) próbuję się podnieść. Czasami aż myślałem: wow, dobrze, że nie jestem w kinie, a w domu, bo i klamka blisko, i pasek. Było trudno z zupełnie innych powodów, niż bym podejrzewał przed tym wyjątkowym, odbytym zupełnie zdalnie z lasu, festiwalem-niefestiwalem.

Ludzka obecność mogłaby jednak może wnieść pewną pociechę, pewne rozproszenie. Zaskakującą radością było zorganizowane na zoomie „party w Arsenale”, podczas którego skończyłem butelkę wina do monitora, na którym widziałem różne znane twarze podrygujące w tańcu. Po wytrzeźwieniu pozostało jednak uczucie, że w czasach, w których „deep fake’i” są coraz łatwiejsze do zrobienia, a coraz trudniejsze do wykrycia, takie wirtualne party niedługo będzie można nawet zorganizować kompletnie bez zaangażowania tych osób. A może już teraz właśnie tak było? Może całe party było wygenerowane przez AI? Może tych ludzi już nawet nie ma? Nie jestem pewien. Dawno nie wychodziłem z domu.

Ktoś mógłby powiedzieć, że wyobcowanie nie jest mi bynajmniej obce. Akurat nowohoryzontowe kino od zawsze przytulało alienację czule, wśród naszych mistrzów jest choćby Tsai Ming-Liang. Ekranowa samotność i w tej edycji jest dostarczana obficie, oczywiście; w konkursowym Edenie, dotknięta dziwną chorobą bohaterka mówi: tęsknię do badań, przynajmniej wtedy ktoś mnie dotyka. Ale w 2020 roku kinowa izolacja uderza jakoś inaczej. Doskonałym na to dowodem Dni – powrót Tsaia po 6 latach, którego nie zaliczyłbym pewnie do najlepszych filmów Tajwańczyka (co tylko świadczy o tym, jak wybitnym jest twórcą), a który przecież i tak wydaje się „w obecnych czasach” wręcz konieczny. Czym byłyby Nowe Horyzonty bez oglądania statycznego, wielominutowego ujęcia, jak facet siedzi na skraju własnego łóżka i patrzy się przed siebie? Upragniony kontakt z drugim człowiekiem, wyrażony tutaj artystycznie przez scenę handjoba, wydaje się tak efemeryczny, że wręcz przypadkowy, a po dłuższej chwili – bohater nawet chyba sam nie pamięta, czy to się faktycznie zdarzyło, czy tylko mu wydawało. Romantyczna sprawa, za którą płakałbym w każdym roku.

Ale jeśli to wszystko ma w 2020 roku właściwy dla siebie czas, to jeszcze nie znaczy, że właściwe miejsce. Dowiedziałem się tego: jednak jest coś dziwnego w siedzeniu w domu i oglądaniu faceta siedzącego w domu. Przy całej izolacji od innych ludzi, nie jestem w swoim mieszkaniu nadal tak wyizolowany od świata, jak w kinie. Nawet najlepsze, absolutnie fantastyczne filmy tej edycji przerywałem zaglądaniem na komórkę i innymi rozproszeniami, wiedząc, że zawsze mogę dać pauzę, cofnąć, a mogę i nawet sobie gdzieś pójść i dokończyć jutro. Pojawia się jednak w głowie ciśnienie – teraz to ja jestem odpowiedzialny za to, ile filmów zdążę obejrzeć podczas NH, bo ostatniego dnia wrota zostaną zamknięte, a ja będę żył z faktem, że przegapiłem filmy X, Y i Z przez własne lenistwo. Slow cinema nie jest już tak bardzo okazją do czystego relaksu, a staje się pewnym… zadaniem. Skupienie staje się obowiązkowe. Niczym piłkarz na meczu, powinienem dawać z siebie 100%. Nadal doceniam film, ale wrażenie cielesne jest znacząco inne, i jakoś nie pasuje do takich filmów. Będąc u siebie w domu, nie jestem… TAM.

(Pomińmy już fakt, że tych inteligentniejszych filmów tej edycji, jak To nie pogrzeb… czy zwycięska Metamorfoza ptaków, w ogóle nie zrozumiałem. W kinie bym chyba zrozumiał).

Może pora z tym skończyć, zaproponowało mi wielu tegorocznych twórców. Ale spokojnie, nie mieli nic wielkiego na myśli, tylko ogólnie cały ten system całej ludzkości. Jakbym już zapomniał, że dla ludzi rządzących tym światem i posiadających większość całego majątku, to my jesteśmy bohaterami Tsaia – my jesteśmy odległą i absurdalną ciekawostką. Jeśli mija już blisko 100 lat od ostatniego momentu, gdy Europa wybuchła, to może nie przypadek, że wiele filmów sięga również po estetykę tamtych czasów – brutalistyczną architekturę i totalitarystyczne motywy. Fantastyczna Atlantyda tworzy zimną, na swój sposób piękną estetycznie wizję Ukrainy po wojnie, ziemi zdemolowanej i wyjałowionej, władanej przez industrialne byty tak wszechpotężne, że nawet nie wiem, czy nazwać je rządem czy zagranicznym korpo. Ulice pełne są nadal min, miasta pełne ruin, budynki pełne trupów, a głowy pełne PTSD. Ostatni i pierwsi ludzie Johanna Johanssona opowiada o tym, jak skończy się ludzkość (w sposób absurdalnie optymistyczny, historia zakłada, że nasz gatunek ma jeszcze 2 miliardy lat), ale tak naprawdę pokazuje na ekranie tylko jedno – różnorakie pomniki, postawione de facto w Jugosławii nie tak dawno, w czasach Tity. Nie wiem, jak to działa, ale kiedy widzisz taki pomnik, zupełnie niepotrzebny w swojej mocy i pięknie, postawiony gdzieś na polanie pośrodku niczego, to faktycznie czujesz, że świat się skończył.

Filmy nr 2 i 3 tej edycji kusiły brutalną, absolutnie przerażającą wizją wściekłych egzekucji na burżujach. W Malmkrogu była to krótka ucinka, która może się nam wszystkim przyśniła. W Nowym porządku o tej wizji, i o niczym innym, jest cały film. Wizje te wydały mi się tak samo surrealistyczne, jak jaskiniowiec spotykający bohatera w Krabi 2562, albo wybory na premiera poprzez konkurs walenia młotkiem w foki z Dwudziestego stulecia. Zemsta na bogatych nigdy się nie zdarzy, to chyba wszyscy wiemy, ale doceniam ideę. Nie za to oczywiście lubię te filmy. Są po prostu świetne.

Jednak moim numerem 1 jest może mój ulubiony film ostatnich kilku lat, Gunda (nie mylić z kultowym bollywoodzkim akcyjniakiem sprzed 30 lat). Zawsze wzruszały mnie opowieści o troskliwym macierzyństwie, i zawsze wzruszały mnie opowieści o zwierzątkach. W Gundzie miałem okazję spędzić czas z uroczą świnką i jej dziećmi. Jak słodko zamiatają nóżeczkami, jak słodko wywijają ryjkami, jak słodko wyskakują jedne za drugim z domku, a potem wskakują z powrotem. Cudowny, relaksujący pobyt w dobrym miejscu.

Oczywiście to są Nowe Horyzonty 2020 i czas złudzeń już minął, więc na koniec filmu świnki spełniają swój świnkowy los i są zabierane na rzeź. Przepraszam za spoiler.