Nowe Horyzonty 2019: Sypiając z kinem

Doceniając poetycki slogan tegorocznej edycji, mogę was zapewnić: tak naprawdę, kino ewidentnie nie dotyka. Jest sztuką czysto wizualną i nie może was dotknąć. Ale jeśli jest tak zboczone, jak kino tych Nowych Horyzontów, to może i lepiej.

W ramach rozszerzania i swoich horyzontów, zrobię najgłupszą rzecz, jaką można zrobić w internecie w 2019 roku. Opiszę Wam obrazek, który sam podpisałem tekstem. Jak to mówi młodzież, „mema”. Tak, opiszę go słowami, bo po to mam bloga, by wierzyć w magię pisma. Aktor Armie Hammer, ubrany w kosztującą wiele tysięcy złotych piżamę Versace, ukazany jest w momencie wskakiwania nonszalancko do basenu. „Picie w Arsenale do 4 w nocy”, podpisany jest Armie Hammer. „Siedzący słoń o 10 rano”, podpisany jest basen. Jeśli nie jesteście karnetowiczowami żyjącymi dosłownie cały dzień tylko festiwalem NH, dzień po dniu, możecie pewnie ten obrazek rozumieć różnorako. Ale odpowiedzi przekonały mnie przyjemnie, że ludzie podchodzą do tego podobnie jak ja. Pierwsza z nich brzmiała: „Ale będzie spanko”, z rozradowaną emotikonką na końcu.

Pierwszy raz od dawna spędziłem w trybie „od zmierzchu do 8.30” cały festiwal i mój główny wniosek był taki że, cóż – chociaż jesteśmy może gronem Polaków nadal dość specyficznym pod niejednym dziwnym względem, to jednak: fizjologicznie, wszyscy jesteśmy ludźmi. Możliwość oglądania 5 ciekawych filmów dziennie połączona z logistyką spania, jedzenia, załatwiania się itd. w obrębie jednego budynku i okolic potrafią wyżąć człowieka w niezdrowym stopniu, zwłaszcza gdy dodamy system rezerwacji wymagający „klikania” najbardziej atrakcyjnych filmów już o 8.30 rano. W porównaniu z festiwalem filmowym, inne miejskie letnie rozrywki, na przykład festiwale muzyczne, są jak… wakacje. Na takim Openerze – jest czas się wyspać, pojeść, popić, a po koncertach to jeszcze i poruchać. Nic z tego dla prawdziwych kinomanów, którzy gdzieś tak od trzeciego dnia Horyzontów zaczynają już lekko chodzić na rzęsach, a w trakcie kolejnych filmów, negocjując z fizjologią, nakładać różne rolety i filtry na oczy. Może na przykład: do połowy filmu, oczy otwarte do połowy, a przez drugą połowę, oczy szeroko zamknięte.

Kompletnie wycieńczające życie, i czasami pozbawiające sił na sklecenie sensownych zdań czy faktyczną ludzką interakcję. Możecie wywracać oczami na to zdanie, ale jesr prawdziwe: w świecie wielkomiejskiego hipstera klasy średniej XXI wieku, to będzie jedno z tych doświadczeń, które najbardziej w całym jego życiu zbliżą go w jakimkolwiek minimalnym sensie do przeżycia wojny. A to wszystko w imię jednej z najmniej ciekawych czynności na świecie, jaką jest oglądanie filmów. Sorry. Serio, wiecie że kocham kino, ale, Boże, sam akt jego konsumpcji jest zajebiście mało ciekawy i wart relacjonowania. I… Właśnie temu poświęciliśmy swoje letnie urlopy. Żeby spać na filmach w wypełnionej sali. I wiecie co? Do tego też można czuć jakiś urok.

Jeśli my nie mieślimy życia, to na pewno oglądani przez nas pasywnie na ekranach bohaterowie mają go mnóstwo. Może więcej, niż kiedykolwiek. W moim programie, nie do końca celowo, fizjologia była istotnym tematem w większości filmów. Widząc ich ponad 40, nie zamierzam nawet liczyć, w ilu na ekranie widziałem kolejne fiuty, a w ilu ktoś załatwiał się pod siebie. To oczywiście zwykłe elementy życia, ale gdy widzisz je w każdym następnym filmie, to zaczynasz myśleć, co miał na myśli Kracauer mówiąc o wyzwoleniu materialnej rzeczywistości. W Rzućmy książki Shujiego Terayamy, fiut pojawia się w cytowanym amerykańskim komiksie. W Boskiej miłości, stanowi część religijnego sakramentu dupczenia się nazwajem przez pary (to jest wizjonerskie science-fiction, nie pytajcie). W klasyku Je t’aime, moi non plus Serge’a Gainsbourga, w rytm słynnej piosenki tegoż autora bohater męski stara się jakoś radzić w łóżku z faktem, iż ten drugi bohater to, wbrew jego preferencjom, bohater żeński – wszystko jest pokazane wystarczająco dosłownie, byśmy nie mieli wątpliwości, o które narządy i otwory chodzi. W pierwszej scenie Yung, prześliczna nastoletnia bohaterka rozbiera się, a potem zabiera za, wart dla niej 150 euro, seks ze starym niemieckim dziadem (podobno inspirowane faktami!). W konkursowym Tlamessie, bohater idzie goły przez las, a kamera bez cięć śledzi godzinami jego goły tyłek (porównania z Kubrickiem nie przesadzały!). W fenomenalnych Synonimach, bohater masturbuje się już w pierwszej scenie (bo w domu jest zimno – no co, ja też miewałem słabsze powody), a reżyser oczywiście musi nam dobitnie bez słów przekazać ekspozycję, iż protagonista pochodzi z Izraela – ale, spokojnie, to nie jest ostatnia ani najdłuższa scena miętoszenia pytonga w tym dziele. W koszmarnym Sweet Sweetback, tytułowy bohater to zawodowy żigolak, który spytany przez policję o to, na co chce stoczyć śmiertelny pojedynek, odpowiada: „na ruchanie”. A w być może najlepszym filmie, jaki widziałem podczas tej edycji, Belladonnie smutku, twórcy wykorzystali możliwości techniki animacji i rysunku, by uczynić penis zarówno jednym z głównych motywów, jak i jedną z głównych postaci filmu.

To jest prawdziwe życie! Nie każdego to kręci, ale muszę wam powiedzieć, że trudno dla mnie o większą przyjemność, niż siedzenie sobie wygodnie w ciemnej sali, w pierwszym rzędzie, i podziwianie roztoczonej przede mną na ogromnym ekranie statycznej sceny siedzenia na kiblu – z całą dynamiką, jaką może za sobą nieść porządny obiad szlachcica w starszym wieku, jak to ma miejsce we wspaniałej Historii mojej śmierci Alberta Serry. Ekscytującym nowum w dziedzinie arthouse’owego kina jest istotne znaczenie siusiania w lesie dla całej fabuły intrygującego Koko-di, Koko-da. W innych filmach, załatwianie się pełniło bardziej rolę przystanku na drodze życia, pozwalało nam poczuć realizm i dobitność zdarzeń, jak w Jinpie czy Złości Albertiny Carri. Ten ostatni film skupiony jest głównie na naturalistycznym ukazywaniu sadyzmu (również seksualnego, nie martwcie się), zgrabnie dopasowując się treściami czy to do Animus Animalis (raczącego nas np. przyspieszonymi scenami pożerania truchła przez robaczki) czy nawet Dirty God (który jest bardziej klasycznym stylowo filmem, ale nadal oglądamy sceny rozbierającej się do kamerek bohaterki, zmagającej się ze zniekształceniami skóry po ataku kwasem). I tak dalej, i tak dalej.

Gdy kino stało się naszą sypialnią, my notorycznie zaglądaliśmy do cudzych.

Ciało, ciało, ciało. Gdy jestem widzem, potrzebuję tylko oczu i mózgu; fakt posiadania ciała w sumie wielce mi przeszkadzał, bo niezaspokojone mimo chęci pozostawały niemal wszystkie jego potrzeby. Ciał na ekranie nie mogłem i tak dotknąć, poczuć. Były tam eskponowane, zdaje się, specjalnie mi na złość. Wszystko to na pewno inspirujące, i podziwiać można zdecydowanie selekcjonerów za taki wybór filmów, ale też powiedzieć mogę: gdybym chciał spędzać czas zazdroszcząc innym doznań, włączyłbym ścianę swojego Facebooka. Ekscytujące, że mogłem nareszcie doznać wielu intymnych szczegółów Prawdziwego Życia – a jednak nie da się ukryć, że nie swojego.

P.S.

Tyle na razie o prawdziwych Nowych Horyzontach w tym roku, ale w ramach post scriptum, wypada mi wspomnieć o drugiej twarzy tego przerażającego Janusa, czyli filmach „normalnych” – po prostu dobrych i świeżych. Fakt reklamowania w tym roku festiwalu kadrami z filmu Tarantino przemilczę (jesteśmy na etapie, na którym 99% uwagi mediów w Wenecji dotyczy filmu komiksowego, bo jest komiksowy), ale tak czy siak, większość z moich ulubionych obrazów tej edycji to po prostu cholernie dobrze zrobione rzeczy.

Chociaż w swoim Tam gdzieś musi być niebo Elia Suleiman udaje się do Ameryki, to bynajmniej jej nie odkrywa – to film w zupełnie tym samym stylu, co poprzednie, ale i tak nieskazitelnie rozkoszny. Żegnaj mój synu oraz dwa filmy Wei Binga przypomniały mi, jak fenomalni potrafią być Chińczycy w ukazywaniu przebiegu czasu i robieniu z kilkugodzinnego filmu czegoś, co zdaje się wiarygodnie odzwierciedlać w swojej skali… ludzkie życie. Parasite to wielki powrót Joon-ho Bonga i jego bodaj czwarte arcydzieło. Portret kobiety w ogniu dał mi najlepszą od lat okazję, by sobie po prostu popłakać na widok nieszczęśliwie romantycznych kobiet w sukniach, nakręconych w ładny, normalny sposób. Plażowy haj to może najbardziej zrelaksowany, a przy tym rozrywkowy film w moim życiu: nie pozwala, by wieczną imprezę zmącił nawet cień bycia serio, uwzniaślając. Trwające 13 godzin La Flor to co najmniej siedem filmów w jednym, ale też na swój sposób dzieło spójne – kompletnie unikalna przyjemność w historii kina. Zachwycające Dzieci umarłych połączyły śmiertelnie zabawny tekst z równie bezczelnie rozbrajającym wykonaniem – to jedna z tych wybitnych komedii, w których cały czas dzieje się coś z czapy (pod koniec filmu mamy nawet wprowadzone zupełnie impromptu nawiązanie do jednego z najbardziej kultowych filmów świata NH!), a jednak cały czas toczy się z tego kociokwiku jedna historia na bardzo konkretny i niegłupi temat.

Było dużo dobrego.

Oscary 2019: Typowanie – kategorie techniczne

Muszę zaraz iść do fabryki, więc wybaczcie ewentualne literówki.

 

Reżyseria: od jakiegoś czasu, sekcja reżyserów w Akademii wyrasta zdecydowanie na jej najbardziej sympatyczny dla kinomanów zakątek, nie wybierając już tylko najpopularniejszych filmów, ale pełniąc wręcz rolę kuratora. Jeśli nawet Green Book może wygrać główną nagrodę, to jego twórca statuetki nie dostanie, bo reżyserzy już na wstępie na to nie pozwolili. Nominacja dla Pawła Pawlikowskiego to jedno z największych, ale i najmilszych zaskoczeń od dawna. Jedyny minus jest taki, że znowu nie ma tu żadnych emocji przed galą i to jedna z tych kategorii, gdzie nikt nie wyobraża sobie zaskoczeń – Oscar pozostanie w Meksyku, gdzie lądował już 4 razy w ciągu ostatnich 6 lat. Miejmy nadzieję, że ich filmy przetrwają próbę czasu lepiej, niż jedyny nominowany tutaj w całym XX wieku film autora z Ameryki Południowej, czyli Pocałunek kobiety pająka z 1985 r. Wygra: Alfonso Cuaron. Mój głos: Cuaron.

 

Scenariusz oryginalny: zazwyczaj główny zwycięzca COŚ poza tym wygrywa, i w razie filmów o mniej imponującej technice, zazwyczaj jest to właśnie scenariusz – dlatego przyznanie tej statuetki uważam typowo za zwrotny moment gali. Tak będzie i tym razem – jeśli nie wygra Green Book, to wydawać się będzie, że jego szanse na triumf nie będą zbyt wysokie – tak, jak to było ostatnio w przypadku Trzech Billboardów oraz La La Landu, które właśnie w tym momencie przestały być faworytami. No i tutaj mam zagwozdkę: czy tak… głupkowaty film jak Green Book może dostać Oscara za scenariusz? To brzmi nietypowo. Rywalem opowieści o jedzeniu kurczaków ma być tutaj przede wszystkim Faworyta, na którą kurs jest zaskakująco niski. Niby to zwycięzca znacznie bardziej godny, ale nawet ja przyznam, że skrypt Green Book jest mimo wszystko bardziej dopracowany, wyważając różnorakie wątki i prezentując tematy społeczne w wieloznaczny sposób bez rezygnowania z lekkiego charakteru w żadnej scenie. Właściwie na tym polega mój problem z Faworytą, że tego wszystkiego nie robi ani trochę. Ogólnie jest to dobra paka. Wygra: Green BookMój głos: First Reformed

Scenariusz adaptowany: prezentacja tej kategorii na pewno przyprawi o depresję organizatorów show – pomyślcie, ile selfików z Avengersami można by zrobić Samsungiem w czasie, który zajmuje wymówienie „scenariusz autorstwa Erica Rotha, Bradleya Coopera i Willa Fettersa, oparty na scenariuszu filmu z 1954 roku autorstwa Mossa Harta oraz scenariuszu filmu z 1976 roku autorstwa Joan Didion, Johna Gregory’ego Dunne’a oraz Franka Piersona, w oparciu o opowiadanie autorstwa Roberta Carsona i Williama A. Wellmana”.  Albo… okej, nie będę zaczynał z wymienianiem źródeł filmu braci Coen. Ale za pewniaka jest tutaj uważany scenariusz napisany przez cztery osoby na podstawie ledwo jednej książki: to nie tylko okazja do nagrodzenia Spike’a Lee za całokształt kariery, ale też zwrócenie uwagi na doprawdy interesującą historię adaptacji – w której te najbardziej przesadzone fragmenty okazują się akurat oparte na faktach. Lee przegrał właśnie nagrodę związku scenarzystów z Can You Ever Forgive Me?, ale głosy z całej Akademii na temat jego filmu są ostatnio mocno entuzjastyczne i niektórzy wieszczą nawet więcej statuetek dla filmu. Wygra: Black Klansman. Mój głos: Buster Scruggs.

 

 

Muzyka: nie stawiam tu kasy, bo widzę tu szanse dla więcej niż czterech filmów, bo nawet Black Klansman jest na orbicie, chociaż jako jedyne nie dostało żadnych innych większych wyróżnień. Jednak rzadko zawodzi mnie instynkt, by tutaj stawiać na po prostu najbardziej dostrzegalny soundtrack, a w świetle szokującego pominięcia Pierwszego człowieka (i trochę zaskakującego pominięcia Suspirii), to chyba każe postawić na Beale Street. Nastrojowy sposób opowiadania Barry’ego Jenkinsa miał według pierwotnych oczekiwań zebrać więcej wyróżnień w innych kategoriach, ale na pewno pozwolił, by muzyka była znacznie bliżej pierwszego planu, niż u wypełnionych dialogami konkurentów. Wygra: Gdyby ulica Beale mogła mówić. Mój głos: Ulica Beale.

Piosenka: stawiając 100 zł na piosenkę „Shallow”, możecie teoretycznie zarobić 3 zł – niby mało, ale w naszej obecnej ekonomii zwykła lokata każe przecież czekać latami na taki zwrot, a jest co najwyżej równie pewna, jak to, że Lady Gaga będzie miała okazję wspomnieć ze łzami w oczach, że wystarczy, by uwierzyła jedna osoba, a wy zaczniecie zazdrościć Bradleyowi Cooperowi tego, co go czeka na bankiecie po rozdaniu nagród. Wygra: „Shallow”. Mój głos: „Shallow”, nucę to do dziś.

Montaż dźwięku: pora przejść do spraw smutnych, czyli szalonej popularności Bohemian Rhapsody. Film ciągle zbiera nagrody za rzeczy, które, zdawałoby się, robi beznadziejnie: w tym za dźwięk. Zarówno specjaliści, jak i członkowie BAFTA nagrodzili właśnie film najczęściej określany do tej pory w mediach jako „ten dużo gorzej nakręcony hit muzyczny”. Ten film każe wyrzucić instynkt przez okno i uwierzyć w to, co się widzi, a widzi uwielbienie dla scen, które prawie, prawie, w swoich najlepszych momentach, pozwalają poczuć się, jakby puścić sobie na laptopie występ Queen na YouTube. Nadal pozostaje tu nadzieja na wygraną którejś z „normalniejszych” opcji, które są też faworytami bukmacherów – Pierwszy człowiek, a za nim Ciche miejsceWygra: Bohemian RhapsodyMój głos: Pierwszy człowiek.

Miks dźwięku: tutaj więcej osób stawia na filmy muzyczne, bo i mają pewną tradycję wygrywania. Przypomnijmy jednak, że ostatni – La La Land – przegrał z filmem o kosmitach (okej, wiem, to tak naprawdę był FILM O JĘZYKU). Nie wiem, czy mistrzowskie osiągnięcie zgrania występów Queen z YouTube’a i wstawienia ich do ruszającego ustami Ramiego Maleka można wliczyć do tej kategorii, czy tylko jako montaż dźwięku, ale tak czy siak, efekt jest niesamowity: czujemy się niemalże, jakbyśmy słuchali Freddy’ego Mercury’ego. I to, jak się okazuje, wystarcza całkiem szerokiej widowni do doznań szczytowych. Wygra: Bohemian RhapsodyMój głos: Roma.

 

Scenografia: chociaż istnieją historyczne wyjątki, „komputerowe” filmy nadal rzadko mają tu szanse z pożądnym zamkami, komnatami i obrazami mającymi odwzorowywać dwór sprzed co najmniej 150 lat – a tak się składa, że jeden z bardziej lubianych filmów tego roku dzieje się w sypialni królowej Anglii. Myślę, że Wakanda pozostanie w ukryciu, ale jest na pierwszym miejscu u wielu typerów. Wygra: FaworytaMój głos: Faworyta.

Zdjęcialeć, Łukasz, leć, krzyczałby Dariusz Szpakowski, gdyby nie spał o tej porze. Jest kilka powodów, dla których ta – niby ważna – kategoria została zrelegowana przez organizatorów do grona „wsadzimy gdzieś retransmisję przemowy”: wśród nominowanych brak filmów Disneya i w ogóle wielkich kasowych hitów, a do tego wszyscy wydają się przekonani, że statuetkę odbierze ten sam koleś, który później będzie miał okazję sobie pogadać przy nagrodzie za reżyserię. Widząc, że Cuaron przypisał sobie „creditsy” za zdjęcia Romy, byłem trochę rozczarowany zdawszy sobie sprawę, że nie latał sam z kamerą w rękach wokół aktorów, ale Meksykanin dostał za dużo nagród w ostatnich miesiącach, bym śmiał postawić patriotycznie na, jak by powiedział Mateusz Borek, Naszego Łukasza. To by była duża niespodzianka, ale z ww. powodu – uważam, że możliwa. Żal ma tylko jedną szansę. W tle Faworyta, która, hej, jest kolorowa! Wygra: RomaMój głos: Zimna wojna.

 

Charakteryzacja: istnienie tej kategorii to zawsze najlepsze przypomnienie, że „świętować kino” można na różne sposoby, i choć tym razem beneficjentem nie okazały się komiksowe szmiry czy komedie Tylera Perry’ego, to po raz trzeci w ciągu ostatnich 4 lat nominowany jest gatunkowy film ze Szwecji, co naprawdę każe mi się zastanawiać, kto właściwie pracuje w tej branży Akademii i jakie ma haki na resztę. Nie ma jednak wiele dyskusji o samym głosowaniu na Oscara: Vice ma tak wyrazistą charakteryzację, że ma nawet ona szanse dostać Oscara za główną rolę męską, a popularnością przebija rywali stukrotnie. Wygra: ViceMój głos: Vice.

Kostiumy: tak jak w przypadku scenografii, popularny film z sukniami królowej to zawsze będzie pierwszy podejrzany, ale właściwie w ostatnich latach wcale nie była to reguła na wygraną. Widzę tu nieco większe szanse dla Czarnej Pantery, ale komiksowe filmy to nadal underdog w każdej kategorii. Wygra: Faworyta. Mój głos: Czarna Pantera.

 

Montaż: Urrgh. O tym jednym można by napisać całą książkę (albo nakręcić film, ciekawszy niż Bohemian Rhapsody). Gdy tylko okazało się, że zmontowana prawdopodobnie w intencji odzwierciedlenia tego, co robią sami rękami ludzie oglądający zdjęcia i filmy na aplikacjach w telefonie historia Queen dostała tutaj nominację, twitter zapełnił się wyrazami załamania. Wyszedł z tego pewien pozytyw – nigdy nie widziałem tak wiele dyskusji o tym, jak montuje się filmy i co to znaczy dobry montaż. Nie jestem w stanie przebić tego masowego hejtu, więc chyba nie będę próbował. Wygrana… cóż, to byłby najbardziej rozpaczliwie opłakiwany wybór czegokolwiek do czasów, gdy Trump został prezydentem. Właściwie to spodziewam się tego, ale zostańmy przy filmie, który wygrał BAFTA, i w sumie też ma 1000 cięć na minutę, więc powinien mieć solidne szanse. Ponadto, znów: są głosy o rosnącej popularności Czarnego klansmana w ostatnim tygodniu. Wygra: ViceMój głos: Black klansman

Efekty specjalne: „nadrabianie” tej kategorii naprawdę mnie w tym roku bolało. Jak zawsze, specjaliści od efektów z Akademii nominowali kupę szajsu, a całościowe gremium pewnie jak zawsze wybierze ten film, który widzieli – zupełnie niezależnie od ilości i jakości samych efektów. Problem jest taki, że First Man ma doprawdy mało wyraziste atuty w tej stawce, ale w sumie kto inny ma wygrać? Marvele i Disneye, pogrążone w obsesji zapewnienia co 3 sekundy feerii kolejnych pozbawionych wagi laserków w innym kolorze, czy też Spielberg, który właściwie poszedł ich śladem? U buków bardzo niski kurs mają Avengers, ale jak na razie, wszystko wskazuje na to, że organizatorzy nie mają wpływu na same głosy – i choćby zdjęto z anteny pozostałe 23 kategorie, chyba nie sprawi to, że Akademia zacznie głosować na przeznaczoną dla 3-latków papkę. Chyba. Wygra: Pierwszy człowiek. Mój głos: Player One.

 

 

 

 

 

 

Oscary 2019: Typowanie – kategorie filmowe i aktorskie

Może śmierć nie jest najgorszym, co może cię spotkać. Jeśli myślicie, że to trochę ciężkawy sposób na otwarcie dyskusji o pozbawionej znaczenia gali gwiazd i rzemieślników targowiska próżności zwanego Hollywood, to pomyślcie, jakie podsumowanie mogłoby być lepsze. Dla mnie, jedną z bardziej przygnębiających cech życia w Naszych Czasach jest nie tylko to, że będziemy oglądać koniec wszystkiego, co znamy, ale też fakt, że najpierw przez długi czas będziemy obserwować, jak wije się w konwulsjach. Dotyczy to zwłaszcza mediów. Gazety czy pisma nie upadają od razu, ale najpierw przechodzą przez długie stadium, w którym próbują się „adaptować do współczesnych czasów”. Próbują przejść na wideo, bo Zuckerberg im powiedział, że to ich może uratować, albo przejść na chamski clickbait, taki sam, jak wszyscy, którzy jeszcze istnieją w popularnej świadomości. Nawet gazety lokalne, jak „Wrocławska”, starają się „wymyślić na nowo” jako kopalnię linków o dżihadystach, zdjęć piesków i quizów pytających, jakim typem tostera jesteś. Wszyscy wiemy, że nawet taka instytucja upadnie, ale najpierw sprawi, że nie będziemy pamiętać, za czym obchodzimy żałobę.

 

Tak samo jest z Oscarami. Jeśli po zeszłorocznych „nudnych” nagrodach mogliśmy zastanawiać się, czy będzie w ogóle co pisać o następnych, organizatorzy robili przez cały rok wiele, by jednak był materiał do dyskusji. Niestety, we współczesnym słowa znaczeniu, osiągalnym dla tracącego znaczenie medium: głównie chodzi o materiał do beki.

 

U podstaw tego kryzysu Oscarów Naszej Epoki stoi, oczywiście, kryzys tożsamości. Po co właściwie są Oscary w epoce internetu? Nie są nagrodą dla ulubionych filmów publiki – publika sama już wie, co polubiła, zagłosowała portfelami i ocenami na Filmwebie, wyniki są jednoznaczne. Nie są TYLKO celebracją Hollywoodu we własnym gronie i docenieniem fachowców różnych dziedzin, bo przecież są zawsze transmitowane w TV. Tyle że dzisiaj wydarzenie telewizyjne – to już nie wydarzenie, nie w dziedzinie, w której reklama adresowana jest zawsze do najmłodszego pokolenia, a obecnie takowe nie spędza czasu oglądając biernie to, co im liderzy przygotowali. Adaptacja „ceremonii” (czy to słowo jest nadal dozwolone?) na czasy wydarzeń internetowych od kilku lat przebiega w sposób cokolwiek niezręczny i zazwyczaj żenujący. Tym razem, etap „pizzy na wynos” czy „robienia sobie selfie” rozciągnięto na cały proces organizacji programu TV Oscarów.

 

Jest tego wręcz za dużo, by wymieniać. Impreza ma nie mieć gospodarza, po tym, jak Kevinowi Hartowi wyciągnięto stare obraźliwe twwety. Akademia próbowała wprowadzić statuetkę dla „najlepszego filmu popularnego” (rozkosznie nie klarując wieloznaczności tego wyrażenia), ale po odgłosach odrazy wycofała się z pomysłu. Próbowano w programie gali zrobić miejsce tylko dla dwóch nominowanych piosenek – tych popularnych – ale po kolejnych protestach, chyba się z tego częściowo wycofano (będą jakieś fragmenty).

Bardzo długa dyskusja dotyczyła pytania o liczbę samych nagród. Nie pojawiła się co prawda koncepcja, by jakąś zlikwidować, ale Akademia ewidentnie uznała, że część kategorii musi podzielić los nagród specjalnych, za całokształt twórczości itp., i zniknąć z transmisji TV, by nie zanudzać prostych ludzi pracy koniecznością oglądania kolesi i typiar trzymających w ręku kamerę, montujących dźwięk czy rysujących jakieś projekty. Ostatecznie, po wielu miesiącach oburzenia, udało się zachować owcę prawie całą: tylko cztery kategorie zostaną potraktowane „specjalnie”, bez całego rytuału prezentowania nominowanych i spaceru na scenę – ale samo ogłoszenie przez prezentera i przemowa zostaną jakoś wmontowane w późniejszą część transmisji, tak więc będziemy mogli zobaczyć PRAWIE na żywo, co powiedział na scenie Łukasz Żal, jeśli zostanie nagrodzony za zdjęcia. To wszystko nadal wzbudza protesty, ale dla organizatorów to przecież dobrze: protest to wspaniałe narzędzia tworzenia „wiralności” i popularności w internecie, a samą galę niektórzy włączą tylko po to, by zobaczyć, czy Akademia nie ustąpiła gwiazdom po raz kolejny.

 

Założenie jest jasne – organizatorzy myślą, że show na 3,5 godziny to dla pokolenia Snapchata za długo, ale jeśli zejdziemy do 3 czy 2,5 godziny, to na pewno zaczniemy rywalizować o popularność ze streamerami Fortnite’a. Cała kampania przebiega nieco w cieniu niesamowitego komizmu tego przekonania. Tak jak „Gazeta Wrocławska”, Oscary jako show TV zdały sobie sprawę, że istota ich działalności nie przyciąga już wystarczającej liczby osób – ale rezygnując z tego, czym z założenia były, stawiają pytanie, po co miałyby teraz istnieć w ogóle, skoro mają być tylko słabszą kopią wszystkiego innego. Jeśli badania popularności wskazują, że dla programu najlepiej, by na scenie cały czas po prostu stali kolejni Avengersi, a założenie całej zabawy jest takie, by nagradzać najlepsze filmy, a nie Avengersów, to co zostaje po „adaptacji do współczesnych czasów”?

 

Tutaj możemy płynnie przejść do sprawy Marvela. W końcu, film współczesnego hegemona kinematografii popularnej został doceniony przez Akademię (przypomnijmy: wśród miliona rzeczy, jakie posiada Disney, jest też sama stacja ABC, czyli organizator Oscarów). Wzbudziło to bardzo różne opinie. Osobiście nie jestem tym zdziwiony. Film mi się podobał – znacznie bardziej, niż wiele innych. Dla mnie też to jest przełomowy Marvel – po prostu dobry film. Na pewno sto razy lepszy od Bohemian Rhapsody, które stało się najbardziej kasowym filmem nie-akcji od czasów Titanica. Wiele osób uważa inaczej, kwestia gustu. W każdym razie, komedia wszystkiego wokół Oscarów sprawiła, że dyskusje o znaczeniu Czarnej Pantery zeszły nawet na boczny tor. Amerykańscy dyskutanci o rasie skupili się na filmie mającym realne szanse wygranej, czyli Green Book: jak tu śmią nagradzać film, w którym bohater wyrzuca szklanki, a potem uczy jeść kurczaka? A jednak film ma wystarczająco wielu fanów, by być mocnym kandydatem w głównej kategorii. Jeśli chodzi o poziom, większość krytyków zachodnich zgodziła się, że Bohemian Rhapsody (i gwarantowany Oscar dla Ramiego Maleka, i nominacja tego filmu za MONTAŻ!) to znacznie większa obraza dla dobrego smaku. Czarna pantera od razu po premierze zebrała świetne opinie (w tym, co mnie samego zdziwiło, moją) i było uważane za Oscarowego kandydata, podczas gdy sukces Bohemian Rhapsody rosnący z tygodnia na tydzień nadal zadziwia tych, którzy uważali za jakąś przeszkodę fakt, że film… jest tak bardzo cienki i nijaki. Tylko w ostatnich dniach uderzyły kolejne szoki, gdy film oskarżanego o gwałty na nieletnich Bryana Singera zwyciężał podczas gali nagród montażystów, montażystów dźwięku czy mikserów dźwięku.  Przez całą kampanię Oscarową, czytanie tweetów kinomanów na temat Bohemian Rhapsody i oglądanie gifów z tego komicznie czasami złego filmu znacząco poprawiało mi humor. Ale widzimy znów ten wspomniany rozkrok: filmy, które wzbudzają najwięcej negatywnych emocji, to właśnie te, które ktokolwiek na szerszą skalę kojarzy, i pozwala, by zasięgi w mediach społeczonściowych były dla Oscarów znacznie większe, niż gdyby nominowana była tylko piątka RomaViceFaworytaNarodziny GwiazdyCzarny klansman.

(Nie da się też ukryć, że planowany występ ZESPOŁU QUEEN (czy co z niego zostało) to dla większości Ameryki nieco większe wydarzenie, niż usłyszenie smętnej piosenki country z filmu braci Coen. To w pewnym sensie zrozumiały ruch, by skupić się na tym, co popularne na wielką skalę – to „tylko” uderza we wszelką integralność sensu istnienia tej instytucji).

 

A ja musiałbym zmienić obecne podejście tych zapowiedzi, bo nie miałbym o co się wyzłośliwiać. Pamiętacie dawne czasy, gdy byłem w stanie czuć sympatię do większości nominowanych do Oscara filmów? Heh, nudne czasy.

Chociaż to pewnie świadczy tylko o mnie. W tym roku inne firmy zdobywały nagrody związków reżyserów, producentów, aktorów, scenarzystów (tutaj wygrały Eighth Grade oraz Can you ever forgive me?) i ktoś mniej zgorzkniały mógłby pewnie wyciągnąć z tego opis współczesnego kina, w którym jest miejsce na wszystko: komiksowe durnoty, biografie, „filmy ważne”, filmy kręcone jedną cyfrówką i wyglądające jak miliard dolarów, filmy indie, a nawet, o cholera… filmy polskie. 

Gdyby ktoś mi powiedział 20 lat temu, że polski film będzie miał kilka nominacji, i że otrze się o kilka kolejnych, a krytycy będą trzymać za niego kciuki w większości z nich, pewnie uznałbym, że to wzbudzi większe podniecenie, niż to się stałow  tym roku.

 

Najlepszy film: chociaż przy kursie 26 nieco intrygują mnie rosnące notowania Black Klansmana, to umówmy się, że to raczej wyścig dwóch koni, z których ten czarno-biały wydaje się jednak na prowadzeniu. Roma po prostu… jest lepsza? Zrządzeniem losu, film, który mógłby w najmniej kontrowersyjny sposób w historii sięgnąć po główną statuetkę, ma problem zupełnie nowego typu: to film Netflixa. Wiele osób w Hollywood uważa, że głos na Romę to zbyt szybkie poddanie broni wobec Nowego Świata: jej wygrana oznaczałaby wręczenie najcenniejszej nagrody kina już przy pierwszym podejściu kolesiom, którzy mówią, że „Romę można oglądać z przyjemnością w kinie albo na komórce, obie metody są legitne”. Nie miejmy złudzeń: tak jak popularyzacja internetu niby zdaniem optymistów nie musiała, ale już zabiła jakościowe dziennikarstwo i ogólnie jakościowe pisanie, tak Netflix zabije kino – ale póki co, żyjemy w tym paradoksalnym momencie, gdy Roma stanowi najlepszy przykład Prawdziwego Kina w całej stawce, i nawet dano nam łaskawie okazję się o tym przekonać (w Kinie Nowe Horyzonty leci wręcz codziennie od miesięcy). Green Book to bardziej ludyczna przyjemność, ale widać w internecie, że wiele osób zagłosuje na niego tylko dlatego, że ma dość nagonki związanej ze, zdaniem krytyków, niewrażliwością i obraźliwością rasową filmu. To samo w sobie jest tematem na cały esej, ale mam wrażenie, że samo w sobie nie wystarczy. Głupi i głupszy 3 ma rzadziej w USA omawianą, bo może nudniejszą dla ludzi, ale inną, kolosalną zaletę: mówi się w nim po angielsku. Jeszcze nigdy w historii Oscara nie dostał film w innym języku, choć parę razy miał niby duże szanse. Ba, ostatni raz jakąkolwiek statuetkę (za rolę Marion Cotillard i charakteryzację) dostał jakikolwiek nieanglojęzyczny film. Czaicie, w epoce oglądania filmów na komórce nie jest tak łatwo śledzić jeszcze napisy na dole sześciocalowego ekranu. I to jest główny powód, dla którego kurs ponad 4 na Green Book uważam za atrakcyjny. Oprócz reżyserów i scenarzystów, Akademię tworzy mnóstwo rzemieślników, którzy lubią, jak sami mówią, „się odmóżdżyć” i obejrzeć coś niezbyt dobrego, i niewymagającego czytania, ani nawet specjalnie słuchania. Widać to po popularności Bohemian Rhapsody, i może być widać w wygranej Green Book. Bukmacherzy są w błędzie, ale dla mnie 51% szans ma nadal faworyt. Nie wiem. Wydaje się po prostu za dobry w porównaniu do reszty, by nie wygrać. Wygra: RomaMój głos: Roma.

 

Aktor: to nie jest pierwszy rok, w którym 4 na 5 nominowanych odtwarza znane postaci historyczne, i w przy takim rozumieniu „aktorstwa”, jakie obecnie jest uznawane, mogliśmy zawsze zastanawiać się tylko, czy nagroda dla najlepszego aktora będzie oznacza nagrodę za osiągnięcie charakteryzacji, czy protetyki dentystycznej. Ta druga opcja zdecydowanie wygrała i można traktować tylko jako manifest głosy typerów dających szanse Christianowi Bale’owi, bo w anonimowych sondażach z Akademii Rami Malek wydaje się mieć jakieś 100% poparcia. Nie wiem, co jest lepsze w tej roli – to, że Oscara można dostać za wyglądanie w miarę podobnie do kultowej postaci, robienie jednej creepy miny i założenie zębów, czy też to, że ta „rola roku” w połowie polega na śpiewaniu, które leci tu z taśmy, co dosłownie oznacza, że widzowie bawią się świetnie głównie dzięki temu, czego Malek nawet w ogóle nie robił. To jedna z tych kategorii, w których pytanie nie brzmi, kto wygra, ale od razu: jak z tym będziemy dalej żyć. Wygra: Rami Malek, Mini Playback Show. Mój głos: Christian Bale, Vice.

 

Aktorka: tak jak można się było domyślać, kampania z udziałem Lady Gagi była wyjątkowo… dziwna, choć w inny sposób niż bym się spodziewał, na czele z samym przyjętym motywem przewodnim, w którym bohaterka nie wyszła wcale z roli i tak mieliśmy okazję słuchać, jak cholerna LADY GAGA wypowiadała się cały czas o BRADLEY COOPERZE w takim tonie, jakby faktycznie to ją samą ten wielki gwiazdor wyciągnął znikąd  i dał okazję zaistnieć po raz pierwszy. Dał jej szansę. Lady Gadze. Dodatkowo robiła to tak samo na jedno onieśmielone kopyto, jak w filmie. W tym świetle można z pewną ulgą typować tutaj wygraną słowami: it’s Close, and it’s not even close. Przepraszam, ktoś już pewnie tego użył. Od czasu, kiedy światek uznał jesienią, że będzie brać film oparty na realistycznym założeniu „przecież kobieta nie może wydać książki!!!” poważnie, przynajmniej w tym jednym aspekcie, jego załamana gwiazda stała się zbyt dobrą kandydatką, by nawet imponująca rola Olivii Colman stanęła jej na drodze do kolejnych nagród. Close stała się najstarszą zdobywczynią nagrody związku aktorów, co samo w sobie prawie zawsze pokrywa się z Oscarem, a odbieranie teraz biedaczce animuszu pachniałoby wręcz wredotą – myślę, że się nie zdarzy. Część typerów stawia na Colman. Wygra: Glenn Close. Mój głos: Yalitza Aparicio. 

 

Aktor drugoplanowy: w dość pozbawionej wyrazu grupie po raz drugi naznaczony niezwykłą charyzmą Ali nie wydaje się nawet mieć poważnej konkurencji, a do tego znowu jest jedynym „pewniakiem” do wyróżnienia w swoim bardzo popularnym filmie. Możliwe, że Green Book pójdzie drogą Moonlight i zgarnie też statuetki za scenariusz oraz film, ale tylko tutaj rywale na pewno nawet nie przygotowują przemów. Których zresztą zdaniem Akademii i tak nie powinni przygotowywać, bo na spotkaniu nominowanych rekomendowano, by brać wzór ze Stevena Soderbergha i nie zajmować cennego czasu naszych niecierpliwych telewidzów jakimś dziękowaniem ludziom, dzięki którym powstał film. Wygra: Mahershala Ali. Mój głos: Michael B. Jordan, Czarna pantera.

 

Aktorka drugoplanowa: nie tylko ja dopiero co obejrzałem Beale Street, i tak Regina King nie była nawet nominowana do nagrody związku aktorów, co od razu czyni tę kategorię zdecydowanie najmniej przewidywalną w aktorskim kwartecie. W siedzibie SAG nagrodzono Emily Blunt, która z kolei nie jest za Quiet Place nominowana do Oscara. Co roku typuję tutaj dla urozmaicenia jakieś niespodzianki i myślę, że w tym roku to może być tutaj. Rachel Weisz nie jest tu faworytą, ale ma większe szanse, niż wskazywałby kurs 8:1. Nie tylko jej film jest nieco bardziej popularny, ale przede wszystkim jej rola jest o wiele większa – mająca dwie sceny matka z Beale Street ma tutaj ten handicap, że to jest naprawdę drugoplanowa rola, a to zazwyczaj tutaj nie pomaga. Nie uważam jak niektórzy, że Weisz bardzo tutaj szkodzi sam fakt, że nominowana jest też Emma Stone – w ostatnich dwóch przypadkach, gdy w tej kategorii pojawiały się aktorki z tego samego filmu (The Help oraz Fighter), i tak wygrywała jedna z nich. To jest nieco typu na niespodziankę z nudów, ale niech będzie, że stawiam przeciw King, której zwycięstwa wszyscy oczekują. Wygra: Rachel Weisz. Mój głos: Marina de Tavira.

 

 

Film animowany: przy całej gadce o wpuszczeniu Marvela na salony, dość mało mówi się o tej kategorii, w której już nieraz „trzeba” było nagradzać dziecinną słabiznę i typerzy wydawali się pogodzeni z tą koniecznością i w tym roku, aż w grudniu niespodziewanie pojawił się Mesjasz: film Marvela, który podobał się i widzom, i krytykom; i dzieciom, i dorosłym. Jest Disneya, ale nie jest zły! To za dużo atutów naraz. Spiderverse wydaje się teraz, nie przesadzając, najpowszechniej lubianym filmem wszech czasów, i może gdyby wyszedł wcześniej, miałby nawet jakąś kampanię w innych kategoriach. Pewnie nieudaną, bo to kreskówka, ale zawsze. Wygra: Spiderman cośtam. Mój głos: Wyspa psów.

 

Film dokumentalny: to jedna z najbardziej wyrównanych kategorii, bo podobny kurs mają RBG oraz Free Solo (a niektórzy typerzy stawiają na Minding the Gap przy pociągającym kursie 13). Chciałbym powiedzieć, że wszyscy członkowie Akademii spoza Hollywoodu zagłosują na Free Solo, bo nie będą widzieli wiele ciekawego w idącej po łebkach hagiografii znanej sędziny, będącej amerykańskim odpowiednikiem chodzenia w koszulce „Konstytucja” – nie w porównaniu do oglądania kolesia, który wspina się na cholerną górę samymi ręcyma, pokazując, że toxic masculinity to także źródło awesome masculinity. Ale przecież RBG zgarnęło nawet nominację do BAFTA w Brytanii. Nadal nie jestem jednak w stanie tego poczuć. Ten film nie jest bardzo ciekawie nakręcony, ani nie dotyka ważnego tematu. Ujmijmy to tak, jaki był w tym tygodniu stopień wściekłości na Trumpa w narodzie hollywoodzkim? W miarę wysoki wskutek stanu wyjątkowego, ale bez żadnych rekordowych fal oburzenia. Być może, inni mają szanse. Wygra: Free SoloMój głos: Free Solo.

 

Film nieanglojęzyczny: ostatnio przekonałem się, że niektórzy w Polsce nadal mają problem z nazwą tej kategorii, ale muszę iść do pracy składać części samochodowe i nie czas na tego typu opowieści. Nie da się ukryć, że trzy nominowane ciekawostki stanowią tutaj tło dla dwóch czarno-białych tytanów, docenionych w tym roku przez liczne gremia na całym świecie. Według starych reguł, gdy głosujący tutaj musieli obejrzeć w salach wszystkie filmy, może bym nawet czuł krew i stawiał na kandydata niemieckiego, bo, przyznajmy, żaden temat nigdy nie będzie dla Hollywoodu w promilu tak ciekawy, jak Holocaust, zwłaszcza ukazany w tak dramatyczny sposób, jak robi to Florian Henckel von Donnersmark. Niemiec wie, jak to jest zaskoczyć wygraną – jego Życie na podsłuchu pokonało nominowany w wielu kategoriach Labirynt Fauna. Kurs 51 na film o obozach to coś, co po prostu trzeba postawić, choćby symbolicznie. Przy obecnych zasadach mam jednak wrażenie, że po prostu za mało osób go widziało w porównaniu do filmu, który stety czy niestety zobaczyć „trzeba”, skoro nominowany jest w każdej kategorii i nawet jest na Netfliksie. Zimna wojna chyba nie ma wystarczająco mocnych atutów, by czaić się tutaj na wygraną z zaskoczenia. Nie w tej kategorii… Wygra: RomaMój głos: Roma.

 

 

Najlepsze filmy 2017

Przełamując kolejne bariery czasowe.

 

Sam już nie wiem, kim, gdzie i kiedy jestem. Ale to i tak lepiej, niż gdyby odpowiedź była każdego dnia oczywista i każdego dnia ta sama. Dobre/złe wieści są takie, że żyję i mam pracę, i że życie i praca nie ułatwiają bycia na bieżąco z kinem. A żyjemy w czasach, kiedy bycie na bieżąco wydaje się istotniejsze niż kiedykolwiek – mimo że kino wkracza coraz mocniej w drugie stulecie swojej aktywności (właśnie w latach 1918-19 pierwszy raz pojawiło się tak wiele atrakcyjnych aż do dziś filmów, jak Złamane lilie, Banici, Zwycięstwo czy Skarb Rodu Arne) i wydaje się dziedziną sztuki, w porównaniu do takich sfer jak gierki video czy też jakże cenione „robienie głupich min i piszczenie podczas grania w grę video i nagrywanie tego”, jakże przestarzałą.

 

To, że kino ewoluuje ostatnio w, zdaje się, szaleńczym tempie, jest dziwaczne jeszcze z innego powodu – przecież samo powstawanie filmów zajmuje lata, tak więc ewidentnie nawet one same nie są ze sobą „na bieżąco”. A jednak – pisanie o dziełach puszczanych w naszych kinach w roku przedzeszłym wydaje się jakoś kompletnie anachroniczne, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Od tego czasu Netflix zdążył już ze swoją produkcją wygrać Wenecję i ma niemałe szanse na Oscary, strasząc kolejką dziesiątek filmów na rok przyszły, Marvel nakręcił parę niezłych i jeden rewelacyjny film, monetyzując głosy o trafniejszą reprezentację wyglądu społeczeństwa USA, zaś coraz większa liczba mediów oraz Twitterowców wydaje się rozumieć słowa „dobry film” w sensie przede wszystkim moralnym: czy filmy, a także ich reżyserzy i producenci jako osoby… czynią „prawdziwe życie” lepszym? Chociaż to długi temat, to załóżmy na potrzeby tego jeno tekstu, że ja o tym nie mam pojęcia. Dla mnie tylko kino to „prawdziwe życie”. Wcale nie dlatego, że cieszę się jakimiś wspaniałymi przywilejami w realu. Och, nie. Mimo jakże opłacalnych cech białości i męskości, jakoś naprawdę nie mam nic, co by mnie trzymało na powierzchni, poza sztuką. Na szczęście wymienione powyżej filmy wydają się doskonale to rozumieć, i stanowią więcej niż wystarczający dowód, że reżyserzy potrafią do tego wszystkiego podejść w sposób po stokroć ciekawszy, bardziej przewrotny i mądrzejszy, niż większość odbiorców. (Zaznaczmy na marginesie, że w tym roku nie będzie żartów z tekstów magazynu „Kino”. Jeśli w grudniu 2018 nadal nie dopowiadacie ich sobie sami, to wasza strata).

 

Nie będę ściemniał: to nie był może najlepszy rok. Może to kwestia dystansu czasowego, ale nie miałem pojęcia, co wstawić na czołowych miejscach. Już w styczniu i lutym 2018 do polskich kin trafiły filmy, które podniecały mnie znacznie bardziej, niż wszystko, co rozważałem w podsumowaniu 2017. Wiele takich mogłem też zobaczyć nawet jednego dnia podczas Nowych Horyzontów. To nie znaczy, że nie wyselekcjonowałem elitarnej grupy, która w całości dała mi wiele radości podczas seansów. Na wielu z nich płakałem. Ale nigdy nie było mi tak trudno wstawić którykolwiek na pierwszym miejscu. To jednak coś znaczy.

Większość, oczywiście, wręcz cudownie podkreślała istotę epoki, w której wtedy żyliśmy; albo tej, w której żyjemy teraz, jakże długo później.

 

 

 

top10elle

 

1. Elle, reż. Paul Verhoeven  

 

Nie wiem, jak to o mnie świadczy w świetle dyskusji toczonych w Naszej Epoce, ale nadal lubię w sztuce bezwstyd, oczywiście najlepiej niepozbawiony empatii – i nie mogłem uwierzyć w to, jak słodki prezent sprawili mi 80-letni zbok z Amsterdamu oraz również mająca długą karierę za sobą Isabelle Huppert: dwoje wybitnych artystów, którzy w Elle znaleźli swój najlepszy i/bo najbardziej bezwstydny film. Najlepsze być może jest to, że każdy skrócony opis (dajmy na to: „film o właścicielce firmy produkującej ociekające seksem i przemocą gry video, toczącej widowiskowy i brutalny bój z nastawieniem swoim oraz innych do seksu i przemocy, często naraz”) będzie brzmieć bachanalnie, a jednak nadal w ogóle nie jest w stanie oddać, jak genialnie i przezabawnie perwersyjny jest na ekranie ten obraz, w jakiś sposób zawsze trzymając się tematu i jeszcze z minuty na minutę nakręcając akcję na najwyższe obroty. Nikt tu nie boi się krwi ani spermy, ba, specjalnie wręcz wsadzi rękę, niespiesznie, bez robienia taniej sensacji, zwyczajnie eksplorując ten typowy element życia. Huppert stoi za jedną z najciekawszych postaci kinowych ostatnich wielu lat – zawsze o krok przed innymi, komentująca rzeczywistość lakonicznym językiem i i genialnymi minami wartymi tysiąc słów, na jakie stać tylko kobietę, która spędziła kilkadziesiąt lat w Paryżu jako gwiazda i jest w kompletnie wszystkim lepsza od ciebie. Absolutnie bezlitosna, a przy tym tak inteligentna i w oczywisty sposób nadal… wrażliwa, że trudno jednak nie czuć sympatii. Wrzucając do miksera mnóstwo znaczeń i konfuzji, jakie wiążą się z relacjami siły, seksu, pożądania, fantazji i strachu, Verhoeven nie tylko robi film, który mógłby nakręcić Hitchcock, gdyby miał jaja, ale też, mam wrażenie, jeszcze przed rozkręceniem się w świecie kina Hasztaga Mi Tu dostarczył nam dzieło godne już następnej epoki, kiedykolwiek ona nastanie. W tym roku, poprzednim, albo w każdym innym – zawsze będzie to brzmiało tak samo genialnie i przewrotnie, gdy powiem zgodnie z prawdą, że pojawienie się Huppert we Wrocławiu na rozdanie Europejskich Nagród Filmowych rozbudziło moją największą niespełnioną filmową fantazję (nie, nie spotkałem jej, jestem tylko robolem), i może to podkreśla, czemu Elle jest moim filmem roku.

 

 

top10personal

 

2. Personal Shopper, Olivier Assayas

 

Hipotetycznie, można by nazwać staroświeckim film o, cholera, spirytyzmie. Ale to pretekst do opowieści szokująco aktualnej, a przecież tylko w Naszej Epoce widz może zrozumieć i zidentyfikować się z tak naprawdę bardzo życiową sceną, w której roztrzęsiona Kristen Stewart stara się nie doznać załamania psychicznego jadąc pociągiem i prowadząc dramatyczną rozmowę przez SMS (podmieńcie sobie SMS na iMessage, iTalk czy czego tam się w obecnych czasach używa). Nie padają żadne słowa… nie na głos, ale widzimy, co pojawia się na ekranie telefonu. Słowa są napisane idealnie, dokładnie tak, byśmy nie byli pewni, która z możliwych w danym momencie rzeczy się dzieje. To kapitalny scenariusz. Widzimy, jak kobieta nerwowo wstukuje słowa (czy w tych ujęciach Stewart miała, niczym postaci udające pianistów, kaskadera od dłoni, który byłby najlepszy akurat w tym zadaniu?), zastanawia się, czy może wysłać dane zdanie, cofa… Nagle, wstrząśnięta możliwością odpowiedzi na to, o co zapytała, włącza tryb samolotowy i chowa telefon, jakby tak naiwna ucieczka miała odwołać słowa. Jest w strzępach. Oczywiście nie mija wiele czasu, jak włącza telefon z powrotem. Tak jak wiele legendarnych scen thrillerowych, ta też zaczyna szybko sprawiać wrażenie, że trwa koszmarnie długo, zdecydowanie za długo, ale oczywiście w jak najbardziej pozytywnym sensie słowa. Ma WIELE zwrotów akcji. Stewart gra w tym filmie fenomenalnie, ale nie tylko dlatego ja na fotelu jestem równie zdemolowany, co ona. Doprawdy warto było mi znosić personę Stewart, która w tym filmie w pełni realizuje swój imidż idealnego obiektu westchnień lesbijek (nie tylko jest Kirsten Stewart, ale, wymieńmy tylko kilka: pali po męsku papierosa, lata w celach haute couture od Paryża do Londynu, pracuje z postaciami ze śmietanki które traktuje chłodno, jeździ motorem, ZAKŁADA UPRZĄŻ gdy w tle leci Marlena Dietrich…) już choćby po to, by zobaczyć scenę, którą zawsze będziecie wspominać jako najlepsze filmowe odzwierciedlenie dramatycznych rozmów przez SMS.

Oczywiście to tylko przykład. W tym filmie każda scena, począwszy od gdzieś tak drugiej czy trzeciej, ma genialne napięcie, dialogi, głębię i jest ogólnie piorunująca.

 

 

top10americanlepsze

 

3. American Honey, Andrea Arnold

 

Podobno w Naszej Epoce bogaci mają się coraz lepiej, a biedni coraz gorzej, ale niektóre tego oznaki potrafią na filmie wypadać uderzająco ponadczasowo: ot, ludziom zostaje „jedynie” tułaczka i cieszenie się pogodą, muzyką oraz swoimi młodymi, chętnymi, nieraz atrakcyjnymi ciałami. Zamiast uczyć się programowania i chińskiego, dzieci chwali się za słuchanie Dead Kennedys, a potem trzeba je podrzucać niczym kukułcze jajo… ich własnym rodzicom. Widok zaiste zarezerwowany dla śmieciowej Ameryki i trudny do znalezienia w jakiejś Holandii czy innym porządnym kraju – a jednak przez niemal trzy godziny filmu nie ma tu momentu na oddech, by pomyśleć, że chyba powinniśmy współczuć. Arnold ujmuje przestrzeń amerykańskiego południa, współczesną muzykę oraz roztańczone, niewyżyte ciała z powalającym, bombastycznym zachwytem: dopiero po seansie można zdać sobie sprawę, że najbardziej zachęcający film roku zdaje się zachęcać przede wszystkim do bycia biednym. No, dokładnie rzecz biorąc: bycia biednym w ciepłym kraju… American Honey jest nakręcone jak jedna wielka impreza, wzbudzająca tęsknotę do tego, co nie aż tak łatwo kupić: bycia ciekawym i młodym duchem człowiekiem. Każdy dzień wydaje się przygodą, nawet jeśli dość żałosną. To przepotężna deklaracja mocy pozbawionych pieniędzy mas, o których zazwyczaj w popularnej sztuce nie mówi się wiele; ale w znacznie większej mierze po prostu przepotężny pokaz mocy kina: ten film wygląda tak, jak myślicie, że wy wyglądacie, gdy po dwóch butelkach taniego wina śpiewacie do lecącej z komórki Rihanny na Wyspie Słodowej.

 

top10zabicie

 

4. Zabicie Świętego Jelenia, Jorgos Lantimos

 

Grek pierwszy raz gościł na tej liście ze swoim pierwszym puszczanym w Polsce dziełem, Kłem, i od tego czasu każdy jego film zbiera absolutnie dramatyczne opinie, ale dla mnie, właśnie teraz (wiem, wiem, nie jestem na bieżąco – udawajmy, że jest 2017 i to jego najświeższy film) w końcu zrobił coś być może jeszcze lepszego. Podejrzewam, że zajawki scenariuszy, jakie Lantimos sprzedaje producentom, zawsze zaczynają się od słów: „czy zauważyliście, że [element relacji międzyludzkich] to tak właściwie [brawurowo mocna metafora]???”. To jest… dobra zajawka, ale trudno w skrócie oddać z kolei, jak głębokie są jego filmy. Tutaj, dodatkowo, udało się zrobić dzieło niesamowicie emocjonujące, a powodem tego jest sięgnięcie po najbardziej oczywisty wzór pisania historii – greckiej tragedii. Właściwie, powiedzieć można, że autor celuje wręcz dokładnie pomiędzy dwie najbardziej klasyczne w historii pisma metody budowania konfliktu i narracji: te motywy to walka człowieka z bogiem oraz negocjacja człowieka z diabłem. Główne uczucie pozostaje takie same, jak w bardziej „socjologicznych” filmach Greka do tej pory, czyli: bezradności. Jak zawsze – podkreślanej tymi jego genialnymi dialogami, które są bez wyjątku przeokrutne i przezabawne. Uwięzione w sztywnych formach, nieskłonne do zmiany; umiejące negocjować i walczyć, ale nie rozmawiać z sobą; postaci te są – jak bohaterowie antycznych tragedii – skazane na odegranie swojej roli w krwawym spektaklu, którego każda minuta była niby do uniknięcia, a jednak, w pewnym sensie, w ogóle nieunikniona. Może wam ten film skojarzy się z którąś pracą socjologii, może historii… może i ekonomii. Zabicie Świętego Jelenia to kapitalna komedia, zagwozdka moralna i starcie charakterów, ale też miło jest na koniec zdać sobie sprawę, że kiedy Florida Project czy American Honey są radosnym okrzykiem odnajdywanej godności klasy niższej, to Lantimos nie waha się wziąć tych żyjących w dostatku na cel, zawiązać im oczy i… hm, może tylko pozostawić każdego, by grał swoją rolę.

 

top10ladym

 

5. Lady M., reż. William Oldroyd

 

Opowieści o dawnych purytańskich rodzinach arystokratycznych, oraz traktowaniu żon i służących jako swoją własność, wydają się być w Dzisiejszych Czasach także o czym innym, co widać doskonale przeglądając recenzje Lady Makbeth – ale nie myślcie sobie, że nawet specjalnie mnie to w tym filmie obchodzi. Jeśli debiut Oldryoda – nadal, odważę się powiedzieć, jednego z najmniej znanych reżyserów na świecie – nie wszystkim przypasował jako satysfakcjonująca współczesnych krytyka ról płciowych i rasowych (oni są w błędzie, ale mniejsza z tym…), to zawsze bawię się doskonale oglądając go z powodów, w które wierzę. Mianowicie, to bardzo ładny film. To bardzo emocjonalny film. Przede wszystkim – to bardzo zimny film. Jeden z najzimniejszych, jakie widziałem. Od samego początku stanowi serię scen, jedna po drugiej, praktycznie bez wyjątku, które przeżywa się mniej więcej tak, jakby w metrze ktoś podszedł do ciebie, strzelił ci policzek i poszedł sobie, kompletnie nic nie mówiąc, kompletnie nie tłumacząc. To mocny akt, ale być może najmocniej przeżyjecie ten brak komentarza, ton oczywistości i faktu dokonanego. Tajemnica to ostatnia rzecz, jaką zawarł tutaj Oldryod, ale wszystkie pojedyncze ujęcia są rozkosznie bezceremonialne, co tworzy wspaniałe napięcie. Czasami przez długi czas nie mówi się tu nic, a czasami padają słowa, które bolą jak bicz, często w niezwykle zabawny sposób. Potraktujcie to jak specjalny odcinek Breaking Bad – opowieść o władzy, walce o władzę i o tym, jak to każdy radzi sobie z problemami i potrzebami; opowieść przy tym używająca przesady i aktów przemocy jako akcentów. Oglądając Lady Makbeth nieustannie chichotałem z zachwytu: „wow, ktoś się odważył tak to zrobić”. Albo, czasami, krzywiłem się z niesmakiem: „wow, ktoś odważył się to zrobić”.

 

top10moonlight

 

6. Moonlight, Barry Jenkins

 

Gdy 10 lat temu czułem się jak jedyny w promieniu tysięcy kilometrów fan filmu Medicine for Melancholy, nigdy bym nie pomyślał, że już za moment nastanie Epoka, w której następny film „indie” Jenkinsa będzie mógł dostać cholernego Oscara. Czymże jednak jest popularność tej miary? Nie oszukujmy się – żyjemy w czasach, w których na listach „top 10 najbardziej oczekiwanych filmów roku” widzimy 10 filmów Disneya; ale filmy czy gry video „indie” mogą przynajmniej doczekać się w Polsce premier kinowych, jeśli są naprawdę, naprawdę dobre i wyjątkowe. Moonlight zdecydowanie jest – przenosząc w realia amerykańskie czułość, ostrość i kontrast kamery znane do tej pory tylko zś filmów Claire Denis czy innego Wonga Kar-Waia, daje nam okazję poczuć żar i żal Florydy tak dosadnie, że aż przechodzą ciarki. Jeśli Moonlight jest dosłownie opowieścią o kolorze skóry, to jeszcze bardziej w sensie zmysłowym, niż społecznym, wyróżniając się przede wszystkim jako jeden z najciekawiej oświetlonych, a może i w ogóle najlepiej nakręconych filmów, jakie widziałem – wczesna scena pływania jest zrealizowana z tak namacalną techniczną maestrią i tak niewiarygodnie piękna, że nie może nie przejść do historii sztuki obok obrazów Vermeera i Caravaggia. Kiedyś, by coś takiego zrobić, trzeba byłoby na samą kamerę wydać więcej, niż na budżet całego tego filmu – ale w Naszej Epoce wystarczy Alexa i komputer, a z tego wynika, że filmy o tak niesamowitej estetyce może nakręcić nawet specyficzny i bezkompromisowy artysta, który zamiast oferować sprawdzony towar dla możnych sponsorów, ma ochotę powiedzieć i pokazać nam wiele rzeczy, jakich jeszcze nie widzieliśmy. Najlepsze jest to, że mimo tego wszystkiego Moonlight jest cholernie daleki od bycia filmem, który po prostu byłby ładny – każdy obraz jest tu też treścią, która za nim stoi. Zanurzenie w wodzie oceanu to zmierzenie się z siłą przeznaczenia i otoczenia, spod siły których nie sposób się uwolnić, a padające na spoconą czarną twarz upalne słońce nie daje szans ukryć tego, jak powierzchowność definiuje naszą rzeczywistość, z wielu więcej powodów niż tylko kolor. To nie jest film o płynięciu pod prąd, ale raczej o tym, jak prąd uderza w ciebie z całą siłą: o małej rybce, która nie wiedzieć czemu słyszy cały czas od prądu, że „z nim to jest coś nie tak”, by ostatecznie wyłonić się, jako, cóż, jakiś swój rodzaj rybki. Niekoniecznie wygrany, ale Jenkins naprawdę kocha i twarze ludzkiej porażki, o wiele bardziej niż większość osób opisujących się w Obecnych Czasach jako aktywiści „równościowy”. Strach, przemoc, siła, słabość, rozmowa, walka, dotyk, seks, ciepło, zimno, ludzie, jednostka, czas, zabawa – czy to nie cud, że w jednym „małym” filmie może być tak wiele.

 

top10erdmann

 

7. Toni Erdmann, Maren Ade

 

Co, gdyby zrobić Milczenie owiec, z taką głębią tematu i emocji, a przede wszystkim, dwoma tak przepotężnie mocnymi i fenomenalnie zagranymi postaciami w nierozwiązywalnym konflikcie charakterów i wizji świata – ale tematem tego wszystkiego uczynić nie zjadanie ludzkich wątrób, tylko coś nieco bliższe życiu, jak praca w korpo? Powstanie Frankenstein codziennego życia, a na imię mu Toni Erdmann. Miejsce tego filmu w panteonie współczesnych klasyków i jego obowiązkową obecność na każdej liście można by ująć już w jednym niewiarygodnym osiągnięciu Maren Ade: otóż udało jej się sprawić, że na dwie i pół godziny cały świat pokochał niemieckie poczucie humoru. To jedyny film, który zajął jednocześnie miejsce na szczycie top 10 roku wszystkich mediów, które znam, czyli „Slant”, „Cahiers du Cinema” i „Sight & Sound”. Niespotykany triumf filmu jako komedii wynika, oczywiście, z faktu, że Ade chciała zrobić dramat o wielu poważnych sprawach. Na szczęście, kiedy robisz film tak dobrze, obie te rzeczy, i wiele więcej, pojawiają się samoistnie na każdym kroku, a lista osiągnięć Ade nie ma końca. W pewnym sensie jest to film, jak Florida Project, o rodzicu, który nie chce wydorośleć: a jednak ze względu na inne okoliczności, jakże łatwo tutaj dojść do odwrotnego wniosku, iż to jest właśnie to, czego dziecko potrzebuje. Być może żaden film wcześniej tak dobrze nie oddał wieloznaczności wiążącej się z czystą radością rodzica z kontaktu ze swoim dzieckiem: przez lata czujemy zażenowanie, że ta osoba mówi na nas „Pawełku” podczas załatwiania spraw w urzędzie i ogólnie robi nam wstyd swoją (ble!) miłością na każdym kroku, aż nagle zdamy sobie sprawę, często za późno, że to i tak najlepsze, co ktokolwiek będzie do nas kiedykolwiek czuł. W każdej sympatii do drugiego człowieka jest niemały element kompromitacji, i to starcie korpo-człowieka-sukcesu (naszej generacji ludzi klasy średniej, którzy chyba najbardziej są dumni z bycia „normalnym” i niewychodzenia nigdy na scenę zaśpiewać) z kompletnie niesukcesywnym, nieeuropejskim typem (dzisiejsza młodzież powiedziałaby pogardliwie o nim tylko: „cringe”, „autyzm”, czy co teraz jest na topie). Wydaje mi się to najbardziej życiową batalią ze wszystkich dotykających nas osobiście konfliktów codzienności Naszej Epoki. I naprawdę nie da się powiedzieć, żeby ktoś tu miał „rację”. Nie chcę przesadzać po dosłownie dwóch filmach, jakie widziałem (jeszcze chyba fajniejsi Wszyscy inni byli tutaj na liście w 2011 r.), ale Ade może być najlepszym twórcą filmów na świecie: niezrównany jest jej talent do ukazywania, jak kompleksową i wymagającą czasu wojnę gestów, słów i myśli stanowi każda relacja dwojga ludzi, i że to jest właśnie najpiękniejsze.

 

top10vincent

 

8. Twój Vincent, reż. Dorota Kobiela i Hugh Welchman

 

Dość sporo w przypadku tego filmu mówi się o wykorzystaniu technologicznych zdobyczy Naszej Epoki i stworzeniu/zmontowaniu/wymalowaniu przepięknego dzieła. To prawda, film zachwyca oko, i to w sumie najważniejsze. Jednakże ironia jest trochę taka, że mimo wielu podobieństw, wygląd tego filmu nie oddaje wcale tego, co w malarstwie Van Gogha jest najważniejsze – ale za to mamy do czynienia z opowieścią o Van Goghu, która najlepiej oddaje ducha opowieści o Van Goghu. Przez co, oczywiście, mam na myśli, że najlepiej oddaje to, jak ja sobie wyobrażam sens istnienia tej postaci. A nie wyobrażam sobie nic, co by wymagało przytaczania nieskończonych powierzchownych detali dotyczących akurat tej jednej osoby na świecie, ale pewnego typu artystów, z których Holender miał akurat traf być tą jedną znaną. Twój Vincent, choć początkowo tego nie zapowiada, jest przede wszystkim po prostu smutny. Osiąga to, robiąc coś, czego filmowi biografowie zazwyczaj unikają: nie starając się na siłę robić wiernej biograficznej opowieści O Van Goghu, zamiast tego skupiając się na tym, co ciekawe i rezonuje powszechnie u każdego człowieka. Ostatecznie, to sama prawda, że ten film – choć nie dostałby wtedy kasy – mógłby chyba być o każdym tragicznym artyście. Może i jest wierny faktom, może nie, ale co z tego, jeśli używa tego nie do opowiadania o heroizmie, a o człowieku, który „jest tak samotny, że nawet kruk kradnący mu śniadanie rozświetla jego dzień”? W epoce, w której świat narzędziami social media przypomina nam wręcz z obsesyjną nieustannością, że miarą człowieka jest to, jak wielu innych „go lajkuje”, ten film – zgodnie z oryginalnym tytułem Loving Vincent – skupia się przede wszystkim na zaprezentowaniu człowieka, który może nie otwierał codziennie rano Fejsbuka z tysiącem nowych powiadomień, ale przede wszystkim sam miał do rozdania wiele „lajków” dla świata, a jego jedyną „ambicją” było podzielić się ze światem tym, jak mocno czuł.

Gdzieś tam pod koniec filmu, pojawia się plotka, że był geniuszem, ale trudno powiedzieć, na ile popularna. Przy wielu niepewnościach dotyczących śmierci van Gogha, pewnym pozostaje tylko to, że w każdym możliwym wariancie, umarł tak, jak żył: jak szczur, z lekką nutką romantyzmuu.

A nawet nie zacząłem mówić o głównej postaci filmu, czyli wkręcającym się w mini-dochodzenie synu listonosza, który poznaje jakże przydatne życiowo lekcje: że wystarczy bez uprzedzeń wszystkich pytać o prawdę, żeby w ciągu najwyżej tygodnia wszyscy cię nie lubili! Boże, co za film.

 

top10cemetery

 

9. Cmentarz wspaniałości, Apichatpong Weerasethakul

 

Wyjątkowe uczucie bycia w filmie Weraseethakuna to jeden z prostych dowodów na to, ile tracą Netfliksiarze. Podglądanie Cmentarza na małym ekranie nie daje zbyt wiele wskazówek co do tego, czemu ludzie wychodzili z kina przemienieni – nawet w takich okolicznościach jak ja, oglądający ten film w malutkiej, biedniutkiej salce w skromniutkim łódzkim kinie Charlie, samemu, mimo przybycia na premierowy seans w piątkowy wieczór. Popularny „Joe” kompletnie nie przejmuje się wrażeniami domowych oglądaczy i nadal kadruje w sposób, który ma sens tylko na ścianie: rozmawiające postaci zajmują zazwyczaj obszar na jakieś 20% ekranu, nie tyle ginąc w tle, co stanowiąc pewną jedność z otoczeniem, nabierając równie względnego i pomijalnego znaczenia, co wszystko inne w kinie. Czy te postaci istnieją? Czy są duchami? Czy to wszystko jakiegoś typu religijna przypowieść? Tak można by nazwać ten klimat, nawet gdy zupełnie przyziemne postaci rozmawiają o najbardziej przyziemnych tematach, w chyba najbardziej „realistycznej”, medytacyjnej opowieści, jaką do tej pory zaserwował nam Taj. W czasach, w których widownia, mam wrażenie, coraz bardziej wymaga od filmów i seriali spełniania pewnych określonych kryteriów, Weraseethakul przypomina nam, że nie tyle ludzka wyobraźnia, ale nawet sama pozostawiona samopas jaźń potrafi bez wysiłku sięgać niesamowicie daleko i przenikać konwencjonalne bariery w tajemniczy, właściwy snu, jakby wyjęty z paranaturalnej wizji sposób. Najlepsze jest w tym wszystkim to, że to nie jest przecież wcale typowy „film festiwalowy”, który „opowiada obrazem”. Na początku, oczywiście, było słowo: nie znając historii, pewnie przez cały seans nie zdalibyśmy sobie sprawy, jak nie/zwykłe obrazy mamy przed sobą.

 

top10ghost

 

10. A Ghost Story, David Lowery 

 

Jak większość moich ulubionych filmów, Ghost Story to dzieło, które – jeśli ktoś chce – jest bardzo łatwo wyśmiać; ale w tym przypadku ton wielu negatywnych recenzji po pierwsze przypomniał mi tylko, że w Dzisiejszych Czasach wielu publikowanych młodych krytyków filmowych nie chodzi nawet do kina, bo po co marnować czas. Jeśli uważacie, że chodzenie do kina, do galerii, do muzeów, oglądanie statycznie zdjęć czy obrazów czy filmów to strata czasu, bo mało się rusza przed oczami, to faktycznie może nie być film dla was. Nie sprawdza się oglądany na komputerze, ale pamiętam, co czułem, gdy widziałem go w kinie. Zaiste, jest trochę jak seria zdjęć, z przerwą na jedną scenę, która jest jak stand-up. Wiem, brzmi fatalnie, ale jest tego więcej. Ghost Story to opowieść o mijaniu czasu i używa czasu w olśniewająco zaskakujący, pozbawiony (typowej w epoce sukcesu Avengers Bohemian Rhapsody) padaczki sposób. To dotyczy większej liczby filmów, ale Ghost Story to jeden z najbardziej przystępnych i klarownych na to przykładów – czasami film naprawdę nie może być „szybki”, żeby w ogóle miało to sens. Nie wiem, jak można by w inny sposób osiągnąć to wyjątkowe uczucie, jakie wywołuje tutaj Lowery, uczucie konfrontacji z jedną z najstraszniejszych myśli dla każdego człowieka: o upływie czasu i nieuchronnie z nim wiążącej się destrukcji wszystkiego, co nas dotyczy. I całej rozpaczy i desperacji, z którą chcemy krzyczeć, że tak być nie może – ale nikt nas już nie słyszy. Ten film to też historycznie dobry przykład na inną rzecz, którą tak często mam ochotę krzyczeć, patrząc w internet: że bycie mądrym nie jest wcale przeciwieństwem bycia prostym. Od kilkunastu lat mamy pewien trend w kinie popularnym, który zdaje się oparty o przeciwne założenie, a Ghost Story to cudowny i niekwestionowany dowód na to, że dużo ciekawsze są historie, w których udaje się powiedzieć jedną rzecz, ale naprawdę.

 

 

top10florida

 

11. Florida Project, Sean Baker

 

Przyznam, że w mojej pamięci z czasem ten film nieco zrósł się w jeden byt skojarzeń z American Honey – wiadomo, jest ciepło, ludzie są biedni, praktycznie identyczny film! – ale po obejrzeniu jeszcze raz całości, nie da się zaprzeczyć, że Florida Project (swoją drogą, wow, czy to najlepszy tytuł filmu ever?) to dzieło jedyne w swoim rodzaju. Baker jest prawdziwym artystą Naszej Epoki bynajmniej nie ze względu na samą nośną ciekawostkę, iż kręcić kinowo wyglądające filmy umie nawet iPhone’em (tutaj tylko bodaj jedną scenę), ale dlatego, że jak nikt inny potrafi opowiadać o śmieciowej Ameryce w sposób… widzicie, właściwe słowo to: uroczy, ale nie chodzi mi o to rozumienie słowa „uroczy”, jaki zazwyczaj serwuje nam Hollywood, czyniąc z życia w nędzy, niczym z wojny, akt godnej siły i romantycznego uniesienia w cierpieniu. Nie, Florida Project to film kompletnie niewysublimowany: bieda jest w nim do dupy, bohaterka jest okropną osobą, a uroczym elementem jest to, w jaki sposób wytatuowana na 15 sposobów samotna matka w szortach śmieje się do zarządcy swojej „faweli”, że ma pecha prosząc o czynsz, bo ona przecież nie ma kasy. Ktoś to już pewnie napisał, bo jest w filmie baaardzo mocno akcentowane, ale to generalnie opowieść o ucieczce. Rozbrajająco pokazana jest bezczelna analogia dorosłej matki i małej córki, które tak samo marzą o ucieczce od obowiązków i ciężaru życia, co w przypadku dziecka, cóż, po prostu czyni je dzieckiem, uroczym, dodającym optymizmu i energii widzowi, ale w przypadku matki przeradza się bardziej w koszmar. Absolutna, naiwna wiara w życie bez konsekwencji i łatwe wybaczanie (sobie i innym) dużych błędów są w wielu filmach dla dzieci i tych niby-nie-dla-dzieci ukazywane jako postawy, które czynią życie pięknym, cechy przy tym niemalże pozbawione wad – ale Baker, przepraszam za wyrażenie, opowiada o prawdziwym życiu. Robi to, co myślą, że robią Magazyn Porażka i wszyscy tego typu średnioklasowi warszawscy „zwykli ludzie” (albo, ok, celujmy wyżej: co myśli, że robi Ken Loach), czyli pokazuje porażkę jako… porażkę właśnie, piękną w swej głupocie i wolności, ale definitywnie pod każdym względem gorszą w życiu niż brak porażki. I to dobrze? Tak, uważam, że to dobrze, bo myślę, że nawet fajni ludzie czasami w życiu czują się tak, jak te postaci, gdy tylko sprawy układają się odrobinę zbyt źle, byśmy mieli siły nawet udawać, że je organiamy.

 

top10getout

 

12. Uciekaj, Jordan Peele

 

Coś gryzie w momencie, gdy ankietę na najlepszy film roku w „Sight & Sound” wygrywa taka oto gatunkowa mieszanka wielu znanych zagrywek komedii i horroru, mająca tyle wdzięku, ile można się spodziewać po twórcy znanym głównie z w miarę niezłych, doskonale sprawdzających się jako hity YouTube’a pastiszowych skeczów. Film, o którym nie wiem, czy powiedzieć, że wypromował na hit roku „Redbone” Childisha Gambiny, czy na odwrót. Aha, no i Oscar oraz szokująco wielki sukces kasowy. Furora zrobiona przez Uciekaj przerasta sam film, ale tylko trochę: trudno o coś lepszego niż odkrycie nowego, zupełnie unikatowego oraz przy tym sprawnego technicznie autora, a Peele zdecydowanie takim jest. Akcja, obraz i dialog są soczyste i przystępne niczym w mainstreamowej komedii, ale typowa dla horroru projekcja rzeczywistości jako wszystkiego najgorszego, czego się spodziewasz, jest tu subtelna i bogata niczym w najlepszych japońskich filmach poruszających takie tematy. Znów – polskojęzyczny blog o filmach to nie miejsce na zaznaczenie, że nie jestem czarny, ale lubię myśleć, że jakoś rozumiem, co przeżywa w kontekście tego filmu bohater Daniela Kaluuyi – codzienne, konwencjonalne, pozornie przecież miłe i grzeczne zdania, które jedno po drugim kłują jak igły, przypominając o społecznych hierarchiach. Nawet wtedy, gdy nikt nie miał złych intencji. A może miał? Ostatecznie, to „film gatunkowy”, więc udziela nieco bardziej dosłownych odpowiedzi na to pytanie, niż bym może chciał, ale jeśli w 2018 roku miałbym się czepiać filmu za to, że TYLKO dwa pierwsze akty są arcydziełem, a trzeci po prostu kawałem niezłej zabawy, to macie pozwolenie na zunfollowanie mnie na Twitterze, czy jakie są teraz najgorsze formy kary. Marzę, by tworzyć taką sztukę, jak udało się tu Peele’owi – na pierwszy rzut oka łatwą do zbycia jako nieco zbyt oczywistą i przyjazną, ale w pełni wartą myślenia więcej, oglądania powtórnie i szukania głębiej, nagradzającej dodatkowy wysiłek w niemalże każdym detalu. Hit roku? To dobrze, że gryzie.

 

 

 

Inne filmy, które rozważałem: Śmierć Ludwika XIV, Król rozrywki, The Square, Mięso.

 

Najgorszy film roku: Uczeń.

 

 

Nowe Horyzonty 2018: Party Like It’s the End of the World

Jeśli kino jakie znamy faktycznie umiera, wspaniały wrocławski festiwal jawi się jako bezwstydnie atrakcyjny zombiak niczym z opowieści dla nastolatek.

 

Rok temu spędziłem tutaj sporo czasu, by zwrócić uwagę na komercjalizację festiwalu: impreza za droga, twórcy chcą zarobić jak najwięcej, karnetowiczom ciężko pójść na filmy, które by woleli, i tak dalej – a ludzie i tak na to się zgadzają, bo mają zbyt dobrze w życiu. Właściwie to wszystko prawda, a w tym roku nie było lżej: zniknęło kino na Rynku i plaża na Solnym, dodano więcej sal, droższe bilety były jakby częstsze. Ale jak to zwykle w życiu (i tych mądrzejszych serialach kryminalnych) bywa, na każdą chęć zarobienia pieniędzy można spojrzeć z większą dozą empatii. Ktoś tam potrzebują zadbać o chorą córkę, kto inny utrzymać firmę w działaniu; a organizatorzy Nowych Horyzontów chcą nadal móc co roku otwierać kolejne edycje, do czego konieczne jest domknięcie jakoś budżetu. Po części z racji na ich właśnie słowa, myślałem o tym sporo w tym roku. Inaczej niż w kinie, w życiu Apokalipsa najczęściej przychodzi bardzo cicho i stopniowo, a gatunki wymierają nie wskutek uderzenia meteorytu, ale zapomnienia przez świat. W świecie szutki potężnym slo-motion meteorytem jest, oczywiście, internet. Ot, pisanie tekstów: lubię to robić od kilkunastu lat, od czasów, gdy „trzeba było” kupować pisma, bo nie było wiele innego do roboty. Wychowałem się w świecie, w którym np. zainteresowanie kinem oznaczało, że się czytało o kinie. W którym dokładnie momencie tych kilkunastu lat zdałem sobie sprawę, że nikt już nie czyta i nie będzie? Że ja sam z roku na rok wchodzę na coraz mniej stron, czytam dłuższe i mądrzejsze rzeczy coraz rzadziej, by pewnie też skończyć za jakiś czas tylko na przewijaniu palcem filmików na Fejsie i Twitterze?

W kinach zapach obawy też zaczyna coraz mocniej być odczuwalny po sukcesie Netflixa. Tak jak z tekstami, niby zalety kina są oczywiste, ale ile osób będzie to nadal obchodzić, gdy oglądanie w mieszkaniu kusi wygodą, oszczędnością, a teraz także możliwością obejrzenia… czegokolwiek? Ten rok był dla mnie przełomowy w tym względzie, bo Netflix ewidentnie przestał być syty samymi serialikami będącymi równowartością filmowego hamburgera: wypuścili Anihilację, a potem rąbnęli świat serią umów z „prawdziwymi” reżyserami, jak bracia Coen, Dan Gilroy, Alfonso Cuaron, David MacKenzie, Martin Scorsese, David Michod, i tak dalej… 2018 – to może być ostatni rok, kiedy mówiąc „premiera filmu” czujemy, że nie trzeba dodawać oczywistości, iż chodzi nam o wizytę w kinie. A ekskluzywnośc „kontentu” to dla kin istotny element bytu. Mając wybór – ludzie bez wątpienia częściej siedzą w domu, oglądając, co chcą, kiedy chcą, w piżamie i z kanapką. Sam już na początku festiwalu zwróciłem nieświadomie uwagę, jakie to dziwne uczucie w 2018 roku: kiedy przegapiam film i nie mogę po prostu go sobie puścić z internetu. Jak bez ręki. Wydawane czasem przez Gutka DVD to nie tylko rozdzielczość sprzed dwóch epok, ale też narzędzie, którego niektórzy nawet już nie mają w domu. Z perspektywy rynku, zrobienie z marki Nowe Horyzonty jakiejś kolejnej platformy do streamowania wydaje się… oczywiste. Współczesne. Jak z każdym innym biznesem. Cyfryzacja, stream, SaaS, niski abonament miesięczny, niskie koszta powielania produktu czy usługi, maksymalizacja zasięgu, i tak dalej – trudno nie mieć wrażenia, że chyba nic innego się dzisiaj nie może opłacać. Dopiero po pewnym czasie pomyślałem nad tą rozmową i zdałem sobie sprawę, jak smutna byłaby ta „rynkowa nieuchronność”. Owszem, faktycznie żałuję, że jakimś cudem jak co roku przegapiłem 90% filmów, które zdobyły najwięcej uznania wśród festiwalowiczów. Ale, zapytajmy szczerze, gdybym mógł je wszystkie streamować na komputerze… czy w ogóle robiłbym co innego? Czy zwlekałbym się z łóżka, by iść do kina? I czy teraz miałbym z czego pisać relację? Być może tylko oglądałbym Netflixa, a zamiast pisać bloga kręciłbym filmiki, głównie o samym sobie, robiąc krzykliwe miny, nie wstając z fotela, jak popularni Youtuberzy. Może tak by było lepiej. Wygodniej. Bardziej opłacalnie. Może wszyscy powinniśmy tak już robić.

W skrócie mówiąc, ten tekst dotyczy pewnego uczucia, które w tym roku po raz pierwszy się we mnie pojawiło: że może kino i festiwal Nowe Horyzonty to jest coś, o czym będę niedługo najwyżej opowiadał wnukom (czyimś), a one nie będą czaić.  

Ale na razie jesteśmy przy Kazimierza Wielkiego 19a-21, ja i oni, wydajemy liczne setki złotych na bilety, albo też zrywamy się o 8.30 celem rezerwacji na swoim karnecie, mordujemy swe młode organizmy, by oglądać filmy od godziny 10 rano do północy, zaburzamy swój rytm dzienny, nocny, trawienny, pracy, odpoczynku, podejmujemy ryzyko, często żałujemy, że poszliśmy na X, albo że nie poszliśmy na Y… I mamy czego żałować, bo bierzemy udział w aktywności takiego typu, jaki w XXI wieku (epoce ETEWAF) zanika: aktywności jednorazowej i niepowtarzalnej. Człowiek Netflixa nigdy nie ma czego żałować, a my owszem. Nadal, choć to może niewydajne, organizatorzy chcą to organizować, a ja chcę pisać długie eseistyczne teksty na blogu, którego nikt nie czyta. Nie jestem pewien, czemu tak się dzieje. Powiedzmy, że na razie zostawiam odpowiedź wam. Być może w tym, co niewydajne, jest jakaś inna wartość.

Może, i tutaj już kontynuuję myśl sprzed roku, to głównie kwestia przynależności społecznej. Jak na imprezach. Widzisz fajne miejsce i fajnych ludzi, i chcesz tam, bez dodatkowego celu. Towarzystwo i wspólne przeżycia pompują ci poziom endorfin. Dla mnie Horyzonty na pewno są taką imprezą. Robię to, bo mogę, bo mam siły, bo chcę myśleć że jestem młody, bo nigdy nie wiadomo czy kogoś nie spotkam, bo to nie jest siedzenie w domu. W tym roku, mając oficjalnie urlop zaplanowany głównie w celu oddania się Horyzontom, przy tej piekielnej temperaturze od pierwszego do ostatniego dnia festiwalu, próbowałem, jak mogłem, by bawić się, jakby świat (kina) się kończył. Oczywiście, bawić tak, jak to już ja umiem najlepiej, czyli siedząc na fotelu bez ruchu oglądając czyjś film, a następnie dla odmiany siedząc na fotelu bez ruchu myśląc, cóż to się zdarzyło. 

 

tajemnicesilverlake

 

Wyjątkowo długo siedziałem na fotelu po zakończeniu Tajemnic Silver Lake Davida Gordona Mitchella. Okej, nawet nie: zrobiły na mnie takie wrażenie, że w końcu wstałem, podszedłem do ekranu i chłonąłem jak cep plansze z napisami wykonane w tak samo powalającej estetyce, jak całe dzieło. Czułem, że doświadczyłem czegoś wzniosłego. Po świetnie przyjętym Coś za mną chodzi, Mitchell niespodziewanie dla mnie wypada teraz niczym prodiż pisarski, który wypromowawszy kilka zgrabnych opowiadań bierze się za powieść i od razu jak na złość okazuje się także wybitnym powieściopisarzem. W tym przepastnym (trudno uwierzyć, ile się dzieje przez 140 minut!) filmie jest właściwie wszystko, co kojarzymy z kalifornijskim noire, z takimi filmami jak Chinatown, Tajemnice Los Angeles itd.: bohater, którego ciało i dusza błąkają się bez celu, odkrywający pomniejsze intrygi składające się na absurdalnie głęboko sięgającą całość, a to wszystko w klimacie całodobowej glamour-imprezy wypełnionej groteską, światłami, gwiazdami świata rozrywki i skakaniem do basenów. Ale jest tu też wiele więcej. Zamyślony ton filmu (odzwierciedlany w twarzy wspaniałego Andrew Garfielda) sprawia, że drobne teorie spiskowe, z których utkana jest tu właściwie akcja, nie tylko zapewniają masę śmiechu, ale też nabierają wymiaru wręcz filozoficznego, a bohater szuka już nie tyle odpowiedzi na pytanie „kto zabił?” czy nawet „kto za tym stoi i czemu?”, lecz sensu życia, miłości ORAZ sztuki. Nie każdy weźmie to wszystko serio (wystarczy zobaczyć opis Małgorzaty Sadowskiej na stronie Nowych Horyzontów, po którym spodziewałem się zupełnie innego filmu…), ale ja nie miałem z tym problemu i czułem się, jak po rytuale religijnym – po rytuale opowiadającym takim językiem, którym można przemówić właśnie do mnie.

 

lemondetoi_Moviestill08

 

W wiecznej udręce z cyklu „który film wybrać?”, dość często stawiam na obrazy, powiedzmy, „rozrywkowe” – przy których idzie się pośmiać i posłuchać śmiechu innych. Pełna sala ekscytująca się akcją czy humorem i napędzająca się wzajemnie do okazywania emocji to jedno z tych wyjątkowych przeżyć, dla których chodzi się do kina, a w tym roku doświadczyłem na Horyzontach więcej udanych selekcji tego typu, niż w ostatnich latach. Wtopy też się trafiły (wyglądającą studencko kompilację 10-minutowych horrorów The Field Guide to Evil broni co najwyżej tak-zły-że-prawie-dobry gniot na poziomie The Room), wiele pozycji oczywiście przegapiłem (będę zawsze się zastanawiał, jak to wyszło, że nie zobaczyłem nowego Pan-Eka Ratanaruanga). Ale zazwyczaj wieczór spędzałem czy to próbując dosłuchać się dialogów spod salw śmiechu na BlaKKKlansman, czy też podziwiając bezceremonialne kolory i sound design w Niech ciała się opalają, filmie biorącym podejście „zróbmy stary spaghetti western” duużo bardziej dosłownie, niż Tarantino. Ale na najwyższych obrotach bawiłem się oglądając francuski film, który w Polsce obdarowano tytułem The World Is Yours. Jakoś po cichu liczyłem, że znany do tej pory z teledysków Romain Gavras odzwierciedli nastrój gorących imprez toczących się całe lato w Paryżu i dostałem dokładnie to, ale co lepsze – Gavras pod każdym innym względem okazał się też wybornym reżyserem. Podobnie nieco jak Silver Lake, Cytat ze Scarface’a przedstawia nam bohatera, który cały czas ma minę, jakby nie ogarniał, co się dzieje – a także historię, która w pełni tę minę uzasadnia. Cały zastęp postrzelonych antygeniuszy zbrodni tworzących tutejsze ensemble wymyśla w każdej scenie kolejne szokujące sposoby, by wszystko spieprzyć, ale są to też mistrzowie w uciekaniu do przodu i robieniu tego ze stylem. Film jest na swój sposób bardzo brutalny, nie pod kątem przemocy, ale nihlistycznego i pozbawionego szacunku posługiwania się postaciami, rzeczami, stereotypami w celu akcji i humoru – jednak Gavras często przypomina nam, że rozumie świat i pokazywanie świata oczami rzezimieszka wcale nie oznacza wspierania tej wizji. Jednocześnie… efekt jest po prostu spektakularny. Dzięki takim filmom mniej wstydzę się mówić, że jestem za stary na Pacino, na Chłopców z ferajny – jakkolwiek buńczucznie by to nie brzmiało, dzisiaj młodzież, która umie się bawić, bawi się tak, jak na The World Is Yours. Tak w każdym razie sądzę. Ja spędziłem projekcję niczym weekend w Paryżu, czyli – patrząc się i ciesząc, w jakiej to imprezie biorę udział. Oglądając ją. C’est la vie.

 
touchmenot

 

Żebyście nie pomyśleli bynajmniej, że mówiąc o festiwalu jako „imprezie” rozumiem to słowo jako potupanki przy elektro, najlepiej wspomnieć o filmie, który również stworzył niesamowitą, wyjątkową atmosferę… międzyludzką na sali, chociaż od wszelkich standardów popularnej sztuki rozrywkowej jest mu kompletnie daleko – a mowa o Touch Me Not. Rzeczy, którą nadal trudno mi streścić ludziom lepiej niż „wiecie, to sztuka, jak w muzeum”. To naprawdę kontrowersyjny film, także w środowisku krytyków („Guardian” dosłownie zaczął swoją relację z Berlina słowami „Brexit. Trump. A teraz ogłoszenie Złotego Niedźwiedzia”) – liczne grono szyderców i gardzących właściwie rozumiem, sam bym chętnie takie rzeczy zjechał jako typowy snobistyczny pokaz galeriankowego traktowania siebie dużo, dużo zbyt poważnie… ale nie mogę, bo prawda jest taka, że dość szybko Touch Me Not mnie przekonało do swojego języka, wciągnęło, a co za tym idzie, rozłożyło na łopatki.

Nie byłem chyba nigdy na tak napiętym pokazie w kinie – czułem się, jakbym oglądał pornografię. Ale taką udaną, mądrą, „realną”, znacznie bardziej niż klasyczne pornosy – te zazwyczaj operują wyobraźnią widza na poziomie pewnej mało wnikliwej bajeczki. Tutaj zaś bohaterowie skłaniają poprzez kolejne rozmowy o swoim ciele, by widz zaczął myśleć o swoim. By zaczął myśleć o własnym dotyku, o potrzebie cudzego dotyku, o swoim napaleniu, o swoich seksualnych realiach i fantazjach. Jeśli ktoś krytykuje film mówiąc, że dość banalne są wnioski typu „ciało jest barierą tak samo dla każdego, obojętnie jak wygląda i jak jest popularny” (i wiele innych), to mam tylko ochotę zapytać, ile z waszych ulubionych filmów mówi niby coś BARDZIEJ donośnego? Na jakim świecie wy żyjecie? Touch Me Not trudno jest podsumować w jakichś wyjątkowo mądrych słowach, ale fillm działa, i to dla mnie najważniejsze. Robi to na kilka sposobów. Byliście kiedyś na imprezie, na której każdy podpiera ścianę? Wyobraźcie sobie, że ktoś zaczyna mówić za was wszystkich, a wy, cóż – pewnie dalej podpieracie ściany, nie zaczynacie żadnych interakcji, ale czujecie, że poprzez ten jeden głos, jakoś się zrozumieliście. Nie możecie, nie chcecie wyrazić siebie… Może nie macie z kim. Może brak wam właściwej, szczerej reakcji świata. Może nie wiecie, co właściwie można by wyrazić, nie ma na to słów, jest tylko uczucie bycia właśnie wami. Może ludzie niemający takich barier nie poczują tego filmu, a może chodzi o coś innego. Ja czułem. Wiele osób dokoła też. Czy ostatecznie lepiej czy gorzej było to zrobić z nimi, a nie samemu w domu? Nie wiem, ale nie żałuję.

 

western_2_h_2017

 

Jeśli uczuciem nieodłącznie towarzyszącym Nowym Horyzontom jest strach, że coś nas ominie, to w oczach widowni dość specyficzną pozycję zaczynają mieć filmy „średnio stare”: te już nie do końca „premierowe”, pokazywane na świecie może ponad rok temu, z wygasłym już „hype’em” – więc niezachęcające tylu osób do oferowania dziewictwa w zamian za bilet jak ClimaxShoplifters, Kafarnaum, Siedzący słoń itp. A jednak ciągle hity światowej publiki kinomanów, hity nadal u nas niepuszczane w kinach, poza może jakimiś pojedynczymi przeglądami, kroczące gdzieś w cieniu tego dzikiego harmonogramu, puszczane tutaj zazwyczaj na małych salach, gdzie można poczuć się jak nowohoryzontowa alternatywa i nawet nie wiedzieć, dlaczego (czy inni olali te filmy? A może już je jakoś widzieli na wakacjach w Londynie?). Kilka spośród właśnie takich filmów uzupełnia moją listę największych zachwytów tej edycji. Jeden to Western, który ma wyjątkowo wiele czaru dla robola pracującego w obcym kraju, ale z sali czułem wyraźnie, iż nie trzeba nim być, by poczuć magię tego baletu – przywodzącego trochę na myśl Claire Denis i jej kino zwykłości pokazanej z taką wrażliwością, że aż hipnotyzująco pięknej. Obserowane w tym „Z kamerą wśród ludzi” na pograniczu bułgarsko-greckim pod flagą niemiecką sytuacje wydają się początkowo drażniąco pozbawione znaczenia, bo nikt nie może się z nikim dogadać. Z czasem… nie, żaden z bohaterów nie robi wielkich postępów w nauce bułgarskiego ani niemieckiego, ale zaczyna się czuć, że ta historia brzydkich typków w dżinsach ma czysto mityczny charakter – tak ponadczasowe i ponad słowami są przedstawione tu konflikty. Valeska Grisebach robi to neutralnym, jakby podglądającym postaci kadrem; statecznym, a jednak tanecznym tempem; robi to kapitalnymi dialogami-niedialogami. Ostatecznie przypomina, że choćby dokoła nas byli ludzie, z którymi nie chcemy być, do których nie pasujemy, i którzy nas też nie lubią – gdy gra muzyka, chcemy tańczyć.

 

foxtrot

 

Wśród filmów typu „nie wierzę, że nie ma więcej osób na sali” znalazł się też Fokstrot, inny nowy klasyk z zamierzchłych czasów roku 2017, a przez to jakoś mało już dla horyzontowiczów podniecający. To też jednak dla nas film przyszłości, bo dopiero będzie w kinach. I to jest dla kin wiadomość doskonała. Tak jak inni z moich osobistych faworytów, dzieło Samuela Maoza doskonale uderza jakby właśnie w moje poczucie humoru i moje poczucie mroku, splatając je w Pinterowsko pełnym napięcia uścisku, tak, że widzowie w DCF-ie muszą siedzieć na krańcu krzesła, nie wiedząc, co właściwie powinni teraz czuć. To wyjątkowa gra. Poważne to jest, czy niepoważne? O tym, jak soczysty jest styl Maoza, niech świadczy fakt, że można by już godzinami opisywać rękę kolesia mającego właściwie na koncie dwa filmy: jak łączy teatralnie kameralne sceny w budzacy nowe znaczenia sposób, na jaki pozwala tylko kinowy montaż; jak wydobywa stresującą groteskę wojny z jej najbardziej banalnych momentów i jak kompletnie beztrosko odnosi się do jej momentów najbardziej makabrycznych… Fokstrot budzi ekscytację tego najlepszego typu „spodziewałem się dużo, a dostałem więcej”, bo wiele lat po nagrodzonym stertą pochwał Libanie czuć, że reżyser znacząco podniósł poprzeczkę. Jest coś bardzo właściwego w możliwości zobaczenia filmu tak dopracowanego i kapitalnego od początku do końca na sali, która nie jest nawet pełna, schowana przed Romanem Gutkiem w innym budynku – a na twarzach imprezowiczów dokoła widzisz, że nie tylko ty myślisz: „wow, jak można by to przegapić”.

 

twarzeplaze

 

Jakby sam festiwal nie dawał wystarczająco zajęcia, miałem przecież jeszcze w tym czasie 10 dni letnich wakacji, a każdy dzień z tak samo idealną pogodą, bez niemal żadnej chmurki, w otoczeniu ludzi wakacyjnych jak nigdy. Po prostu fenomen. Dziś już pada we Wrocławiu, a ja zastanawiam się, czy można by kiedykolwiek mieć wystarczająco dużo lata. Te gorące Horyzonty będą mi więc zawsze kojarzyć się także z takimi filmami, jak Mektoub (tyuł dłuższy, tytuł dłuższy) Abdellatifa Kechiche’a: mocno fetyszystyczny obraz beztroskich (jak dla kogo) wakacji wypełnionych tańcami i podrywami, rozciągnięty na wiele godzin mimo braku treści, a jednak zawsze sprawiający, że chce się więcej; lata, plaży, alkoholu, tańca i młodych kobiet zawsze chce się więcej.

Ale jeśli chcecie być pewni, że opisywane przeze mnie lato to nie kwestia młodego ciała i gibkich ruchów, ale kwestia podejścia, możecie zajrzeć w kierunku Twarzy plaży stworzonych przez 90-letnią Agnes Vardę. Belgijka nakręciła film do spółki z JR-em, francuskim artystą ulicy nazywanym „współczesnym Cartierem-Bressonem”, ale samo dzieło jest zdecydowanie bardziej pogodne, relaksacyjne i w sumie płytkie, niż by można się spodziewać widząc takie zestawienie dwóch wybitnych artystów „zaangażowanych”. Nie żeby zaangażowania dało się im odmówić, ale zaangażowani są w same pozytywne relacje i zabawę. Oglądamy, jak oboje siedzą przy stoliku, a odziany zawsze w okulary i kapelusz JR pyta Vardy o jej pomalowane włosy: „dlaczego?”. A ona odpowiada, że to ciekawsze. Potem gdzieś sobie jadą na wieś i gadają z rolnikami czy robolami. Chociaż film to sielanka, nie da się nie zauważyć, że tematy, o które się ociera, mogłyby być w innym przypadku użyte do zaniepokojonego, może wręcz apokaliptycznego spojrzenia na Francję, i może słusznie: a to hodowla zwierząt wcale-nie-free-range, a to wielokrotnie zmniejszająca zatrudnienie na roli mechanizacja, a to pracownicy na dokach, a to przemijanie czasu i śmierć naszych znajomych. Jakby tego było mało, Jean-Luc Godard okazuje się gnojem. Jednak Varda i jej współreżyser postanawiają w trakcie swojej słonecznej wycieczki po Francji zachwycać się wszystkim i każdym, a spotkanym ludziom dać trochę radości przez sztukę. Nie zmieniają wiele na świecie, drukując czyjeś twarze na zdjęciach, a zdjęcia umieszczając na ścianach: przyjemny, ulotny gest. Bezrobocie wśród młodzieży od tego nie spadnie, klimat nie wróci do stabilizacji, kobiety nie przestaną być obłapiane. Filmowcy nie dają tym ludziom wiele. Tylko jakieś momenty do zapamiętania w inny sposób niż taki, że siedzieli w domu. Trochę chętnego towarzystwa. Trochę imprezy. Dopóki jest coś poza Netflixem i dopóki mają na to budżet.

 

 

Oscary 2018: Typowanie – kategorie techniczne

Kliknij by przekonać się, w której kategorii stawiam na Baby Drivera i czy ma to coś wspólnego z Kardashianami!!! …Tak to się robi?

[more]

Reżyseria: przez długi czas „najlepiej wyreżyserowany film” stał blisko „najlepszego”, ale system głosowania Oscarów uczynił tę kategorię tylko jedną z wielu. Dość powiedzieć, że na ostatnie 5 lat tylko raz statuetkę otrzymał tutaj reżyser zwycięskiego filmu, pojawiło się też rzadkie niegdyś zjawisko, by ostateczni triumfatorzy gali nie byli tu nawet nominowani. Teraz też może tak być, bo o ile stawka kandydatów do wygranej w głównej kategorii jest szeroka, tak nagroda za reżyserię ma murowanego faworyta. Mógłbym tu wstawić jakiś tekst o relacjach USA do Meksykanów, ale darujmy sobie – po kolejnych nagrodach dla Cuarona i dwóch dla Iniarritu, a poprzednich dla Tajwańczyka, Francuza czy Anglików, powoli trzeba uznać za truizm, że Amerykanie są w tej kategorii uciskaną mniejszością. Wygra: Guillermo del Toro. Mój głos: Paul Thomas Anderson.

 

Scenariusz oryginalny: w formie Big Sick dostaliśmy odpowiedź na pytanie, kiedy nominację do Oscara dostanie scenariusz zawierający żarty z World Trade Center, ale poza tym mamy tu rekordowo wypełnioną hitami stawkę, a przewidywania zaczynają się robić naprawdę trudne. Dodatkowo nagroda ta będzie ekscytującym momentem wieczoru – pokaże wielu typerom, jak na tle oczekiwań wygląda poziom sympatii do kilku kandydatów, a zwycięzca dostanie spory zastrzyk optymizmu przed ogłoszeniem głównej nagrody. Większość typerów podzieliła się po połowie między Uciekaj oraz Billboardami, a ja chyba utrzymam pobożne życzenie, że po 2016 roku Hollywood zauważył, że kiedy masz wybór, może lepiej nie wybierać tej głupiej opcji. Oh man. To jest być może przekaz, jaki Martin McDonagh miał na myśli, pisząc to swoje dzieło. Już się cieszę, że nawet jeśli Billboardy zgarną statuetki za scenariusz i za tydzień wygaśnie na wieki „konieczność” rozmawiania o tym filmie. Nie będę zaskoczony, jeśli na scenę wyjdzie Greta Gerwig. Wygra: Uciekaj. Mój głos: Kształ wody.

Scenariusz adaptowany: …a skoro tam pełno hitów, to tutaj trafiły się takie kwiatuszki jak smutny film będący dziesiątym w serii produkcyjniaków albo Molly’s Game, czyli ten film z hardą kobietą sukcesu-narratorką Jessicą Chastain, w którym Michael Cera gra w pokera (ten, w którym Michael Stuhlbarg gra w bilarda, nazywał się bodajże Sama przeciw wszystkim). Trafiła się też tutaj jedyna nominacja dla filmu opowiadającego o tym, jak z przeciwnościami losu walczy osoba nielubiana, wykluczona i wyśmiewana, ale spoko – nieatrakcyjni hetero mężczyźni tacy jak Tommy Wiseau absolutnie nikogo nie obchodzą jako grupa warta pochylania się. Nie trzeba więc tutaj wcale sięgać po biografię i filmografię Jamesa Ivory’ego, by wyjaśnić, czemu wybitny twórca ze swoją adaptacją przeboju O pianinie i brzoskwinie jest tutaj absolutnym pewniakiem. Wygra: Tamte dni, tamte noce. Mój głos: Mudbound.

 

Muzyka: u bukmacherów Kształt wody jest tutaj niemal takim samym pewniakiem, jak w przypadku reżyserii, ale wiele osób wietrzy szanse dla po prostu rewelacyjnego soundtracku z Nici widmo. Niemało głosów dostanie też zapewne tradycyjnie… głośny Hans Zimmer. Jednak gdy spojrzymy na wszystkie większe nagrody, widzimy prawie zawsze jedno nazwisko, zaś Jonny Greenwood musi pocieszyć się, że przynajmniej dostał od Akademii po raz pierwszy nominację – a na wygraną może czekać tak długo, jak fani na dobry album Radioheadu. Wypełniony uroczymi ilustracyjnymi drobiażdżkami soundtrack Alexandre’a Desplat jest nie tylko w pełni zgodny z profilem typowego zwycięzcy w tej kategorii, ale też naprawdę dobry i trudno tu mieć wątpliwości. Wygra: Amelia 2. Mój głos: Nić widmo.

Piosenka: Mary J. Blige ma w tym roku rzadki przywilej nieposiadania szans zarówno w kategorii aktorskiej, jak i za śpiewaną piosenkę, ale i tak zapewne zgarnie na scenie więcej braw, niż Gael Garcia Bernal do spółki z Natalią Lafourcade oraz kimś nazywanym po prostu Miguel – czyli wykonawcami Remember me. Jako możliwy czarny koń jest tu widziany utwór „This is me”, który można uznać za najmniej usypiający w stawce. Nie widziałem jeszcze tego filmu, ale z tego co rozumiem, utwór jest tam wykonywany bodaj raz, a nie co 10 minut, co każe wątpić w jego szanse w tej rywalizacji. Wygra: „Remember me”, Coco. Mój głos: „Mystery of Love”, Call Me by Your Name.

Montaż dźwięku: po raz pierwszy dwie kategorie dźwiękowe zaprezentowały tę samą stawkę pięciu filmów, i to rok po gali, w której zapadły tutaj najdziwniejsze decyzje. Ogólnie Dunkierka wydaje się wystarczająco głośna, by mieć to wszystko w garści, ale w obu kategoriach Baby Driver ze swoim kursem na poziomie 5-6 może być ekscytującym typem. Szanse są jednak największe na to, że Dunkierka dołączy do licznego grona WielkichIntensywnych Kinowych Doświadczeń z Dwoma Oscarami Za Dźwięk. Wygra: Dunkierka. Mój głos: Baby Driver.

Miks dźwięku: nikt nie chce tu stawiać na Baby Driver po tym, jak rok temu taki potentat muzyczny jak La La Land przegrał ze strzelanko-wybuchowanką Mela Gibsona. Życie pokaźnej grupy ludzi – życie przewidywaczy nagród Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej w dziedzinie miksu dźwięku – już nigdy nie będzie takie samo. Świat zwrócił uwagę na to, że w Hollywood nie można czuć się bezpiecznie nawet stawiając na świetnie technicznie wykonany musical w tej dziedzinie. Wygra: Dunkierka. Mój głos: Baby Driver.

 

Scenografia: nic poza Blade Runnerem nie jest tu w przybliżeniu tak efektowne pod tym względem, by zasługiwać na wzmiankę o możliwości zaskoczenia twórców Kształtu wody. Którzy i tu powinni czuć się dość pewnie dzięki ogólnie pozytywnym wrażeniom Akademii ku filmowi del Toro. Jeśli zakładamy, że w prawie-realistycznym, kolorowym świecie del Toro ma się znaleźć miejsce na jakąkolwiek statuetkę, trudno sobie wyobrazić, by nie była to ta dla twórców chyba najważniejszego narzędzia narracyjnego w całym filmie (z całym szacunkiem dla Hawkins czy Jenkinsa, samo akwarium w tym filmie jest chyba bardziej poruszające niż oni). Klasa Blade Runnera sprawia jednak, że powinno być emocjonująco już na tym etapie gali. Wygra: Kształt wody. Mój głos: Kształt wody.

Zdjęcia: jeśli nominacja może być nieco przygnębiającym historycznym sukcesem, to na pewno może o nim mówić Rachel Morrison, pierwsza kobieta nominowana do Oscara w tej kategorii. Tak że, stało się, świat naprawiony – to była ostatnia kategoria, o której można było to powiedzieć. Morrison pewnie jeszcze nie wygra, ale w dziedzinie nadrabiania długoletnich oczekiwań swoje powinien w końcu wymodlić Roger Deakins. 14-krotnie nominowany operator już kilka razy „miał” wygrać i bywał nawet większym faworytem, niż teraz (nie tylko Kształt wody goni, ale i Mudbound oraz Dunkierka zgarną sporo głosów), ale zrobię to znowu i uznam go nieśmiało za faworyta. Choć na pewno nie takiego, jak by sugerował kurs 1.10 na zwycięstwo. Wygra: Blade RunnerMój głos: Blade Runner.

Charakteryzacja: po tym, jak rok temu wygrał tu Suicide Squad, chciałoby się zamiast opisywania tej kategorii wstawić po prostu uśmiechniętą buźkę, albo tę modną z myślącą twarzą. Nie czeka nas chyba aż tak dziwnego, jak wygrana sequelu mało znanego filmu z lat 90. (czy Judi Dench na pewno nie budzi się wyglądając już mniej więcej jak Królowa Elżbieta?), zostaje więc do wyboru produkcja, w której charakteryzatorzy zamienili znanego młodego aktora w prawdziwego potwora, oraz druga, w której aktor z kolei wcielił się… nie w Winstona Churchilla, a zwykłego miłego chłopca bez imperialistycznych zapędów, tylko o nietypowym wyglądzie. To nawet wzruszające, ale myślę, że byłoby nietaktem nagradzać tylko jednego z twórców roli manekina recytującego te wszystkie „wiarygodne historycznie” teksty w Czasie mroku i zostawić na lodzie pozostałych. Wygra: Czas mroku. Mój głos: Czas mroku.

Kostiumy: całkiem prawdopodobne, że najlepszy nominowany do czegokolwiek w tym roku film, a może i najlepszy film w ogóle w tym roku, dostanie swojego jedynego Oscara za kostiumy. Zawsze coś. To lubiany film, to film „o ubraniach”, ubrania są dobre. Dawno nie było tak dogodnego kandydata by udawać, że ta kategoria kogoś obchodzi i po coś jest. Wygra: Nić widmo. Mój głos: Nić widmo.

 

Montaż: można by zapewne zrobić ciekawszy film niż te wszystkie komiksowe „trylogie” o historii trzech starć, w których Dawid w postaci Baby Drivera ma szanse pokonać Goliata Dunkierki. Tak samo jak w przypadku kategorii dźwiękowych, uderzające gości IMAX-ów po twarzy swoim wykonaniem dzieło Chrisa Nolana wydaje się być zrobione specjalnie po to, by tu wygrać. Ale Baby Driver wygrał ostatnio w Londynie nagrodę BAFTA, a te często się pokrywają. Jak choćby rok temu, gdy Przełęcz ocalonych pokonała faworytów w postaci La La Land Nowego początku. Życie nie jest takie proste, ale ja mam ochotę podwyższyć nieco stawki i pomyśleć w tym roku o Brytyjczykach jako trendsetterach, zwłaszcza że nagrody związku montażystów (tam wygrała Dunkierka, a w kategorii komediowej Ja, Tonya) pełnią tę rolę znacznie rzadziej. Wygra: Baby Driver. Mój głos: urgh, Dunkierka?

Efekty specjalne: po tym, jak wypełnione generowanym komputerowo wszystkim filmy z serii Planeta małp poległy tu już dwukrotnie, muszę uznać rozsądnie, że tylko uparci będą trzymać się po stronie małpiszonów, chociaż nadal robi to większość mediów filmowych, wierząc zapewne, że starego goryla można nauczyć nowych sztuczek (patrzcie! Teraz małpy także mówią! Jeżdżą konno! Strzelają karabinem w półobrocie granatnikowym jak Rambo! Wow!). Nie mam żadnych mądrych słów co do dokładnych kryteriów grupy, która wybrała tutaj Ex Machinę. Może poza tym, że pewnie wybierają ten film, który widzieli, i który im się choć trochę podobał. W tym przypadku jest to zdecydowanie tylko jeden, otoczony czterema akcyjniakami, których przegapienie zdecydownanie nie sprawi, że stracicie jakieś wzbogacające refleksje. WygraBlade RunnerMój głos: Planeta Małp.

 

I tak oto zakończyłem, a szereg kategorii technicznych pozwolił mi zapomnieć o mrocznym widmie Trzech billboardów.

Oscary 2018: Typowanie – kategorie filmowe i aktorskie

Dobiega końca jeden z najdziwniejszych i najciekawszych wyścigów Oscarowych w historii. Aż zbyt ciekawy – nikt nie chce pisać w przewidywaniach „cholera, wszystko jest możliwe”.

[more]

Wow. Od czego zacząć? Gale Oscarowe są coraz mniej ciekawe – prowadzi je cholerny Jimmy Kimmel. Głosowania są coraz ciekawsze – w zeszłym roku porażka hegemona sezonu La La Land, chociaż trochę mówiłem tu o jej szansach, była sensacją. Ale bardziej ogólnie, żyjemy w czasach, w których Ex Machina dostaje Oscara za efekty specjalne, Przełęcz ocalonych miażdży popularny musical w takich kategoriach jak dźwięk czy montaż, a statuetkę dostaje nawet Suicide Squad. W zeszłym roku nie trafiłem tutaj 8 kategorii na 21, a kilka razy nawet nie widziałem faktycznego zwycięzcy wśród faworytów. Oczywiście, nie tylko ja. Ale fakt faktem – Akademia staje się jakimś specyficznym bytem wśród podmiotów „gusto-filmowych”, dodając nowych członków ewoluuje, i nikt chyba znowu nie wie, gdzie jej łaska.

Aha, no i tzw. tematy społeczne.

O nastrojach wobec… niepożądanego seksualnego traktowania kobiet w branży wspomina chyba każdy tekst na świecie dotyczący gali Oscarowej. To jest duży temat i wydaje się, że nie ma już uczciwej metody, by pisać cokolwiek o Hollywoodzie nie wspominając o sprawach, którymi żyje. W Polsce ogół dyskusji dotyczący Hasztaga Mi Tu został, oczywiście, mocno spaczony w tłumaczeniu, zarówno przez wspierających, jak i krytycznych.  

Chcecie czy nie – jesteśmy w takim momencie historii, że na ocenę waszej działalności będzie wpływać fakt tego, czy, hm, stoicie po właściwiej stronie moralności i historii. Żyjemy w czasach, gdy nagrodę Royal Society za książkę naukową dostaje Miranda Fine. Nagrody za dziennikarstwo o grach dostaje Yussef Cole piszący o rasizmie w kreskówkowej strzelance Cuphead. Jeśli chodzi o świat kina – dosłownie w tym roku nagle wszyscy zgodzili się, że pewnych zajwisk tolerować nie można, i nie ma już mowy o rozdzieleniu życia prywatnego artysty od jego sztuki. To dosłownie napisał czołowy krytyk świata A.O. Scott o Woody’m Allenie, którego przypadek doskonale pokazuje, jak nagły nastąpił zwrot w życiu społecznym światka filmowego. 82-latek wydawał się najbardziej nienaruszalnym reliktem Hollywoodu – aż praktycznie z dnia na dzień stał się symbolem wszystkiego, co obrzydliwe, do tego stopnia, że ostracyzm spotkać ma wszystkich, którzy mieliby jeszcze chcieć z nim kręcić filmy. Nic w tym konkretnie czasie ku temu raczej nie zrobił – zmieniło się zwyczajnie podejście do oskarżeń, które Dylan Farrow powtarza od 25 lat, nie pojawiły się w tej sprawie zupełnie żadne nowe poszlaki mogące potwierdzić czy zaprzeczyć jego czy jej wersji wydarzeń. A jednak – pewnego dnia Scott i inni obudzili się i uznali: ok, przez dekady robiłem coś oczywiście złego, koniec z domniemaniem niewinności i separacją życia artysty od wartości jego dzieł, od dziś nikt normalny nie jest w stanie oglądać filmów Allena bez obrzydzenia nadmiarem mizoginizmu (fun fact: „NY Times” uznał za stosowne spytać ostatnio, czy Woody Allen w ogóle jest dobrym filmowcem. Jak na razie nie pojawił się pomysł, by anulować statuetkę dla Annie Hall i dać je retrospektywnie mniej kontrowersyjnym Gwiezdnym wojnom).

Tak intensywnie jednoczącego ruchu nie było w Hollywood dawno – wspomnijmy tyle, że na Złotych Globach prowadzący Seth Meyers mógł rzucić może najostrzejszy żart (żart?) w historii takich gal, mówiąc, iż Harvey Weinstein zostanie wygwizdany przez salę, gdy w końcu umrze i pojawi się na Oscarach w sekcji „In Memoriam”. Ałć.

W tym roku „ma wreszcie chodzić o kobiety” i tak na przykład nagrody dla najlepszej aktorki nie przyzna tradycyjnie męski zwycięzca sprzed roku. O ile Casey’owi Affleckowi, mimo przyzwoitej konkurencji, nie przeszkodziły ostatnio w zwycięstwie oskarżenia o molestowanie z 2010 roku, tak teraz wydawało się oczywiste, że w ich świetle na scenie pojawiać się nie powinien. 

 

 

Ogólnie, ciekawe czasy. Dzieje się tak wiele, że już nawet zapomniałem, jak podczas Złotych Globów zebrani wiwatowali, bez ironii, na hasło o wybraniu Oprah Winfrey na prezydenta USA. Powiedziałbym, że żarty prowadzącego w takich czasach same się piszą – ale żartów Kimmela nigdy i tak o oryginalność nie można było oskarżać. Przejdźmy jednak z ciekawostek na temat samych Oscarów. Czy „to wszystko” powinno mieć duży wpływ na to, kto w niedzielę wygra? 

Pewnie nie.

 

Próby przewidywania tych nagród na podstawie społecznych, moralnych czy politycznych poglądów Hollywoodu są zawsze łatwe… po fakcie (sławetne „oczywiście, że film X…”, które obśmiewałem tu nieraz), natomiast przed nim wydają się prowadzić donikąd. Największe zaskoczenie ostatniej gali, czyli Przełęcz ocalonych, raczej trudno określić jako film polityczny „postępowych” kolorowych gayfriendly intelektualistów Kalifornii. Moonlight to zdobywca głównej nagrody wyjątkowy w aspekcie wykonania oraz tematyk ? ale też trudno powiedzieć dokładniej, czemu akurat ten film indie sięgnął po ten akurat laur. Po prostu podobał się bardziej, niż inne.

 

A co w tym roku podoba się bardziej? To właśnie pytanie napędzało wieloznaczny wyścig Oscarowy. Zazwyczaj pod koniec roku mamy już faworyta gali, a także 1-2 potencjalnych „czarnych koni” (które w ostatnich latach zaczęły wygrywać). Teraz sympatie rozkładają się znacznie równiej na wiele filmów. Wydawało się długo, że faworytem jest Dunkierka. Długo wysoko stały akcje Czasu mroku (ble). Mometami myślałem, że na drogę do zwycięstwa wkroczył film o uroczym polskim tytyle Tamte dni, tamte noce, jeden z faworytów krytyków. Podobnie z Lady Bird, która długo była w moich oczach mocnym pretendentem, ale obecnie wydaje się chyba pozostawać najwyżej „czarnym koniem”, na którego wygraną żaden ekspert już grosza nie postawi.

Na czele wyścigu pozostały dwa filmy. Faworyci „klasyczni” – wystawny majstersztyk Kształt wody (kurs ok 2,35). i poważne (choć w istocie bardzo niepoważne) „kino aktorów” Trzy billboardy za Ebbing, Missouri (na dziś kurs ok. 1,75 – czyli niby mocny faworyt). Jednak nadal mam wrażenie, że pozostaje w stawce kandydat „nieklasyczny” – Uciekaj. Tak, wietrzę nadal dla niego szanse, mimo kursu, który urósł do 17:1 (niby wyższy nawet od Lady Bird, choć na niektórych stronach ma dziesięciokrotnie od niej niższy). Nie mogę jakoś odpuścić myśli, że Uciekaj to film, który zarówno ma sporo oddanych fanów (pierwsze miejsce w ankiecie Sight & Sound), jak i stosunkowo mniej osób wyjątkowo mu niechętnych, niż infantylne i moralnie opustoszałe Trzy billboardy czy też bajeczkowaty Kształt wody. Ze wszystkich nominowanych – nie ma wątpliwości, że to Uciekaj będzie pamiętane za 10 lat jako film z 2017 roku, opierając się na zdecydowanie najciekawszym i najświeższym pomyśle. Z drugiej strony – jestem świadom, że swoich „hejterów” też ma. Bo nie jest to „duży” film. Dla niektórych jest wręcz komedią, albo horrorem, albo thrillerem. „Nie daje się” Oscarów takim filmom. Mamy jednak taki rok, i tak dziwaczny jest system głosowania w głównej kategorii, że… kto wie. To samo mówiono o Moonlight.

 

Zaczynam żałować, że chciałem zmieścić ten najciekawszy za mojego życia rok Oscarowy w jednym tekście, ale wiecie, jak jest. I tak nikt tego nie czyta. Jedziemy.

 

Najlepszy film: może to moja osobista antypatia, ale nie mogę się przekonać do wygranej Trzech Billboardów. Przypomnijmy, że w tej kategorii wprowadzono „system proporcjonalny” i nie wygrywa ten film, który najwięcej osób wskaże na 1. miejscu – ale ten, który też uniknął niskich pozycji na liście. A oglądając Trzy billboardy jakoś nie mogę uwierzyć, że wszystkim ten film się podoba. Preferencyjny system jest używany np. przez związek producentów, który nagrodził Kształt wody. Związek aktorów nagrodził, oczywiście, Trzy billboardy, a reżyserzy – Del Toro. Nie mam tu nic mądrego do powiedzenia, co by przeważyło sprawę. Poza tym, że stawiam kasę na Uciekaj, bo 17 do 1 to wysoki kurs. I nie, wcale nie będę w szoku, jeśli w tak zaciętej stawce nagle wygra Dunkierka, czego może nikt nie chce. Albo Lady Bird. Pomijając jednak szukanie niespodzianek – myślę, że największe szanse ma ten film, który mimo wszystko wygrał najwięcej i ma najbardziej, hm… pasujący do czerwonego dywanu profil. Wygra: Kształt wody. Mój głos: Nić widmo.

 

Aktor: ok, pomówmy o prawach seksualnych płci. Otóż zdecydowanie największy fandom z tegorocznych kandydatów zdobył 22-latek, który wyróżnia się głównie tym, jaki jest piękny. Tego jeszcze nie grali. Nie na Marsie. Oczywiście – to, że Timothee „Tańczący z brzoskwiniami” Chalamet trafił na plakaty wieszane w pokojach każdej nastolatki i nastolatka, a moja fryzjerka musi znosić co miesiąc pytania „jak to nie da się zrobić na mojej głowie?”, nie zmienia faktu, iż nagrodę dostanie tradycyjnie wcieleniowa, absurdalnie przesadzona w naśladownictwie rola biograficzna. Co prawda oglądając koszmarny Czas mroku nie mogłem uwierzyć, by Gary Oldman wykonał jakikolwiek research do roli poza oglądaniem występów Matta Lucasa w Małej Brytanii, ale przesada i Oscar za aktorstwo to duet bardziej ikoniczny niż Harvey Weinstein i molestowanie. Wygra: Gary Oldman. Mój głos: Daniel Kaluuya. 

 

 

Aktorka: tutaj dla odmiany pięć dobrych ról, a nie dwie. Dodatkowo trudno uznać za zdziwienie, że 23-letnia Saoirse Ronan pojawia się na gali już trzeci raz, dokręcając śrubę kompleksów starzejącym się bez osiągnięć młodym ludziom świata. Wszelkie większe nagrody (związku aktorów, BAFTA, Globa) dostała Frances McDormand, która chyba nigdy nie była nie-faworytem. To nie jest ten ciekawy element wyścigu. Wygra: Frances McDormand. Mój głos: Meryl Streep.

Aktor drugoplanowy: wszelkie większe nagrody dostał Sam Rockwell, w ten sposób nie zostawiając chyba nadziei wczesnemu faworytowi krytyków, Willemowi Dafoe. Nie uważam, by zniechęcać do głosowania na Rockwella powinien fakt, iż jego postać jest okropnym człowiekiem. To aktorstwo. Bardziej zastanawia mnie sam fakt warsztatu, który oczywiście nie jest zły, ale też mówimy o czysto komediowej roli, odegranej z subtelnością godną Jasia Fasoli. Czy to na pewno jest aktorstwo, które… czekaj, zajrzę w słowniku, hasło Oscar aktorski, przesada… aha, tak. Widzę jakieś 1% szans dla Dafoe. Wygra: Sam Rockwell. Mój głos: Willem Dafoe.

Aktorka drugoplanowa: wszelkie większe nagrody dostała jedna aktorka i położyła kwestię wyboru spośród tych matek, sióstr i sprzątaczek w jednoznacznej pozycji. Wygra: Allison Janney. Mój głos: Lesley Manville.

 

 

Film animowany: nominacja dla produkowanego we Wrocławiu Twojego Vincenta sprawiła, że chyba jedyny raz w życiu czytałem o światowych nagrodach filmowych w prasie lokalnej. Pisano głównie o porażkach, ale to jakby Śląsk przegrywał z Realem w finale Ligi Mistrzów. Dla mnie spoko, chociaż żeby docenić film musiałem dosłownie oglądać go w samej Brabancji, uciekając od polskiego dubbingu. Ogółem skończyło się Eldorado i w tym roku nie dostaliśmy w tej kategorii jakichś wyjątkowych zaskoczeń. Bo chyba nie można już do nich zaliczyć trzeciej nominacji dla trzeciego filmu studia Cartoon Saloon – Akademia ewidentnie uwielbia Irlandczyków. Co prawda wyreżyserowany przez Norę Twomey Breadwinner zwraca uwagę na to, iż „problemy kobiet” w pewnych miejscach świata bywają z deczka bardziej ograniczające niż to, co obecnie zdobywa nagłówki w USA, ale nie stawiajcie na to, że Pixar nie odstawi Pixara, czyli zdobędzie już dziewiątą statuetkę za jedenasty nominowany film. Wygra: Coco. Mój głos: Twój Vincent.

Film nieanglojęzyczny: wśród nielicznych nominowanych, których nie widziałem, znajduje się nieuchwytny libański L’Insult – a szkoda, bo muszę w ciemno przewidywać wcale niemałe szanse tego filmu na wygraną. Raczej z tych zaskakujących, bo liderami pozostają bardziej powszechnie docenione Fantastyczna kobieta oraz The Square. Kandydat chilijski wydaje się najbardziej popularny. Wygra: Fantastyczna kobieta. Mój głos: The Square.

Film dokumentalny: kursy w tej kategorii są dość zaskakujące, sugerując niemal-pewniactwo filmu Visages Villages Agnes Vardy. Niektórzy eksperci jednak są podzieleni wręcz po połowie, dając spore szanse Icarusowi, bardziej klasycznej, amerykańskiej propozycji. Może to kwestia zimowej Olimpiady – która idealnie zgrała się w czasie z głosowaniem, tak by film o dopingu w sporcie po prostu musiał wydawać się głośniejszy i bardziej na rzeczy, niż był i będzie w dowolnym innym okresie. Przeciwko filmowi Vardy przemawia fakt, iż trzeba się na niego specjalnie wybrać, a o ile wiem, teraz nie trzeba już nikomu „udowadniać” zobaczenia wszystkich pięciu propozycji, by zagłosować w tej kategorii. Aby obejrzeć Icarusa, wystarczy włączyć Netflixa, podobnie jak w przypadku nagradzanego Strong Island. Ten ostatni film z racji kursu 26 to jeden z moich finansowych typów na zarobek. Ale z tego samego powodu – jednak będę zdziwiony, jeśli wygra, choć nie wątpcie w nic w tej kategorii. Wygra: Visages Villages, podobno. Mój głos: nie widziałem Visages Villages, ale wierzę, że jest lepsze niż Strong Island, nie mówiąc o reszcie.

 

Druga część niedługo.