Najbardziej pamiętna scena z Nowych Horyzontów 2025 to dla mnie moment podczas pokazu brazylijskiego klasyka Ziemi w transie, gdy w końcowej części filmu wyłączyły się napisy. Po prostu. Nagle, napisów nie było. Polskich ani angielskich. Co ciekawsze, film leciał dalej przez wiele minut. Sytuacja wyjątkowa i, uznałbym, bardzo zabawna.
Przy żałosnym poziomie rozumienia portugalskiego, starałem się słuchać w skupieniu, by dedukować te całe dialogi (tyle powiem na pewno, że często używali słów „lewica”, „wiara”, „demokracja” i „Bóg”!) – co było dość trudne, jako że na sali zaczęły się śmiechy, wzdechy, rozmowy i ogólne rozprężenie. Po pewnym czasie, film w końcu zatrzymano. Poinformowano nas, że poleci dalej, ale być może bez napisów. Większość przyjęła to po cichu. Pewien widz z Ameryki zaczął wyrażać swoje głośne oburzenie tą „nieakceptowalną” sytuacją i wielkim skandalem, na co większość sali zareagowała szyderą. Oburzony Amerykanin wstał i wyszedł z sali – oczywiście nie on jeden wyszedł, ale nasz głośny gość był jedynym, który zrobił to pomstując i krzycząc, pokazując palcem w stronę budki projekcyjnej, proponując zwolnienie odpowiedzialnych osób. Film obejrzałem do końca, rozumiejąc dialogi jako-tako.
Skandal na festiwalu filmowym! Nie dostarczono opłaconego produktu klientom! Nie było idealnie i gładko i przyjemnie! Na pewno organizatorzy bardzo by chcieli, by coś takiego się nie wydarzyło. To ich poważna praca, by szanse na takie wydarzenia minimalizować. Na pewno tak nie może być. Trzeba zrobić wszystko, by takie rzeczy się nie działy.
Jednocześnie… szczerze mówiąc, uważam, że człowiek żyje właśnie dla takich sytuacji. Byłem tak olśniony tym zwrotem akcji, który mnie spotkał, że nie wyobrażam sobie czuć jakiejkolwiek irytacji na to, że zostałem „okradziony” z należnych mi napisów. To było super! Będę to zawsze wspominał jako wzbogacające doświadczenie.
Ile może w życiu wszystko iść dobrze i komfortowo? Czy na pewno tego chcemy? Żeby wszystko po prostu szło zgodnie z planem i perfekcyjnie?
Zawsze miałem w życiu jedno marzenie: pozostać sobą, i zarabiać masę hajsu. Mało kto z nas ma okazję zrealizować taki plan w życiu. Często udaje się tylko jedno, albo tylko drugie, albo nawet ani jedno z dwojga. Nowe Horyzonty to festiwal, który kusi wizją spełnienia takiej wizji. Sale są pełne. Festiwal jest popularny. A jednocześnie – zachowuje nadal całkiem sprawnie PR wydarzenia bardzo indywidualistycznego, chodzącego swoją drogą.
Festiwal ten jest JAKIŚ, co widać już po nazwie – własnej, osobnej, niby wyrazistej, a jednak szalenie wieloznacznej (litościwie zostawmy na boku dyskusję o faktycznej pełnej nazwie BNP Paribas Nowe Horyzonty). Ani to banalny „Wrocławski Festiwal Filmowy”, ani też coś ograniczającego, jak „Festiwal Armeńskich Filmów Dokumentalnych”. Nowe Horyzonty to nie demarkacja, to marka. Wiesz tyle, że na Nowych Horyzontach ogląda się na pewno filmy… nowohoryzontowe. Z definicji! Just do it. I’m loving it. Nowe Horyzonty. Wiesz, że bierzesz udział w czymś wyjątkowym. Ale w czym właściwie? Jakie to filmy są, że są nowohoryzontowe? I czy to słowo na pewno znaczy ciągle to samo? Te pytania były wyjątkowo obecne podczas jubileuszowej 25. edycji, która pełna była materiałów odnoszących się do historii festiwalu, a zwłaszcza pierwszych edycji, gdy to w Sanoku i potem w Cieszynie zabłysnęła nowa gwiazda nadziei, wyznaczająca kierunek dla polskich kinomanów.
Odpowiedzi na te pytania znajdziemy pod dostatkiem w samym programie 25. edycji.
Podstawowej może udzielać Nouvelle vague Richarda Linklatera – film O Godardzie, ale na szczęście nie film Godarda, na szczęście amerykański. Godard oczywiście zawsze ma swoje miejsce w NH – w tym roku mieliśmy jego Zdrowaś Mario podczas retrospektywy żony Anne-Marie Miéville. Ale to było w sali 4, jednej z najmniejszych. Większość filmów Godarda, cóż… jest oryginalna. Jest wizjonerska. Jest erudyczna i olewa schematy. Jego Nowa fala to przykład filmu, który poleciłbym wszystkim miłośnikom kina nowohoryzontowego… Co nie znaczy, że by się im spodobał. Znajomym mniej „oryginalnym” bym go nie polecił. Są szanse, że ci określiliby go pretensjonalnym szajsem, masturbacyjną grafomanią, i tak dalej. Nową falę Linklatera z łatwością polecę niemal wszystkim. Ten nowy film jest czarno-biały, jest po francusku, ale na tym szaleństwa się kończą. On po prostu OPOWIADA o kimś, kto jest szalenie niekonwencjonalny. Ale jednocześnie bardzo fajny. Nie ma tu nudy. Nie ma tu ciężaru. Oglądamy bardzo zabawne, bardzo żwawe sceny o tym, jak to Godard w każdej sekundzie swojego życia szedł na wspak, i jakim był nonkonformistą.
W to, jak Godard się znalazł w tym miejscu, film nigdy nie wnika (spokojnie, nie bójcie się, sponsorzy, nie pada nazwisko „Marks”!) – niczym kreskówka Pixara, wydaje się sugerować, że każdy, kto „ma odwagę być sobą”, czy inne tanie hasełko, na pewno odniesie sukces, bo potęga oryginalności i autentyczności i płynięcia pod prąd spełnia marzenia. Taka wizja znacznie lepiej udaje się w scenariuszu, niż w życiu. Nikt nigdy nie odniósłby w życiu sukcesu, zachowując się ciągle tak, jak Godard w tym filmie – aby coś nakręcić, trzeba mieć sporo kasy i wsparcia ludzi, a więc, cóż, trzeba być lubianym. A by być lubianym, nie można być zbyt oryginalnym. Zachowania Godarda z planu, widoczne tutaj na filmie, są urocze tylko dlatego, że już wiemy, że Do utraty tchu odniosło sukces – gdybyśmy założyli, że sukcesu nie odniesie, koleś robiący to samo byłby koszmarnym gnojem, marnującym wszystkim czas swoją dziecinadą. W gotowym scenariuszu można pominąć cały aspekt ryzyka i cały ten aspekt przestaje być problemem, ale w życiu nie. Oryginalnym można być tylko w krótkich określonych momentach życia. Życie to nie Godard. Ale fajnie sobie pofantazjować.
Nowa fala Godarda to film, który nawet wielu fanom Godarda może się nie spodobać, albo mogą nic z niego nie zrozumieć – sęk tutaj w tym, że fani Godarda są na te uczucia gotowi i przyjmą je raczej z rozbawieniem, niż oburzeniem. Nowa fala w wykonaniu Linklatera z kolei to coś, co nikogo nie oburzy. Można go puścić w największej sali kina NH, można przed nim puścić reklamy usług finansowych, wody mineralnej i ubezpieczenia. Nonkonformizm mniej pachnie, gdy smakujemy go przez szybkę.
Urok tego Godarda-bohatera amerykańskiego filmu pokazuje pewien trend, który od dawna kocha kino: lubimy historie „jedynych sprawiedliwych”. Być może popularność tego motywu zapoczątkowała już postać Jezusa Chrystusa. Z definicji, w prawdziwym życiu nikt nie lubi „jedynego sprawiedliwego” – inaczej nie byłby jedyny. Jednak jest coś pięknego w identyfikowaniu się z postacią na ekranie, która znosi całe koszty, całą samotność, cały ból, zwątpienie i biedę, ale mimo tego nie ugina się, pozostaje sobą, po właściwej stronie. Być może widz lubi poczuć, że też właściwie jest takim „jedynym sprawiedliwym”, że zawsze stoi po właściwe stronie i ogólnie jest zajebisty, że ogląda kogoś podobnego do siebie – ale na szczęście bez tego całego bólu, ryzyka i poświęcenia.
Ale czy można naprawdę być wyjątkowym, pod prąd i pozostać sobą – kompletnie bez bólu, ryzyka i poświęcenia? Czy tylko fajnie tak sobie wyobrażać, de facto płynąc z prądem? Jak wielki można odnieść sukces, by nadal zachować tożsamość oryginała?
„Zawsze jest się samemu”, mówi Godard w Nowej fali Linklatera. „Być samemu to zadawać pytania”. Przepięknie ujmuje tym zdaniem schizofrenię wielkiej sztuki, i ogólnie sensu życia. Stawianie pytań o sens zawsze stawia nas na zewnątrz, osamotnia nas. Ktoś, kto kwestionuje wszystko, musi pewnie skończyć w wariatkowie, albo gorzej, bo nikt nie będzie go lubił. Może stworzy wybitną sztukę, ale nikt jej nigdy nie przeczyta. Z kolei kto nigdy nie kwestionuje niczego, ten nigdy się nie rozwinie, nie da światu nic nowego. Tyle że bycie samemu boli. „Sztuka to powołanie, a nie praca” – to inny cytat z filmu, zresztą podobnego typu teksty przewijają się przez całą Nową falę. To znaczące: film nie Godarda o Godardzie pełen jest fraz, które lepiej jest mówić, niż w nie wierzyć, jeśli chcecie osiągnąć w życiu sukces.
W tym roku we Wrocławiu mieliśmy okazję spotkać Godarda XXI wieku, czyli Radu Judego, który doskonale rozumie tę ironię sztuki, będąc jednocześnie i najbardziej zatroskanym o moralność filozofem obecnego panteonu reżyserów, i jego najtańszą dziwką, i pierwszym ikonoklastą. Jude nie ma problemów z używaniem AI, z kręceniem filmu kinowego telefonem, albo z quasi-pirackimi metodami korzystania ze starych reklam telewizyjnych, by na festiwalu puścić film będący w całości z nich złożony. Oglądanie jego popisów w akcji daje niesamowitą przyjemność właśnie dlatego, że widzimy coś, co NIE POWINNO się udać – ale jemu akurat wiecznie się udaje. Pomysł na Osiem pocztówek z Utopii (no… oglądamy reklamy z TV) brzmi jak coś, co nie przedefiniuje wam sensu życia i kapitalizmu zarazem, a jednak film bez wątpienia to robi. Warto pomyśleć, co sprawia, że Jude jest tak ubóstwiany, a bez wątpienia byłem chętny piszczeć na jego widok bardziej, niż na koncercie Eda Sheerana – ten dogłębnie zafascynowany porażką człowiek robi wiecznie swoje, a jednak wygrywa.
Pocztówki z Utopii były moim drugim ulubionym filmem w tegorocznej ofercie NH, za Siratem. Wizja tego filmu opiera się na totalnym szaleństwie idei „pójścia swoją drogą” i niepatrzenia dokoła. Pośrodku rave’u na pustyni i mnóstwa przedziwnych wyrzutków, którzy przewidywalnie mogli się znaleźć na takim wydarzeniu, spotykamy zwykłego tatuśka w średnim wieku, który szuka swojej córki. By ją znaleźć, pojedzie w głąb pustyni swoim cienkim vanem, co brzmi jak bez wątpienia najbardziej skazany na porażkę pomysł świata. Dzieci, pliz, nie róbcie tego w domu. Ale on to robi! I, Boże drogi, jak bardzo reżyser Olivier Laxe potrafił pokazać uczucie tego szaleństwa na ekranie. Kompletny bezsens. Ale, Panie, jak dobrze, że scenarzysta napisał postać, która robi coś, czego tak naprawdę nikt by nie zrobił, i daje nam ten show.
Nikt nie chce być wyrzutkiem w realu. Choć ma to jedną zaletę – wyrzutek nie ma wiele do stracenia. Może przeżyć autentycznie decydującą o życiu przygodę. Nikt nie chce przeżywać faktycznie decydującej o życiu przygody, tak jak nikt nie chce iść na wojnę. Jednak jakże lubimy oglądać i się w to wczuwać.
Do podobnego wniosku prowadzi spora popularność Łobuza Harrisa Dickinsona, filmu wypełniającego największą salę, mimo że w prawdziwym życiu (choćby pod Dworcem Głównym we Wrocławiu) nie zauważyłem nigdy fenomenu zainteresowania klasy średniej życiem bezdomnego menela. Gdy jednak stoi między nami ekran – o empatię i trzymanie z wykluczonymi jakby nagle łatwiej.
Wiele pytań wynika też z fascynującej wizji przedstawionej w awangardowym Królestwie, które miało na NH swoją premierę. Często rzucane o łysych karkach hasełko „w razie wojny tylko oni będą bronić Polski!” zostaje tutaj wcielone w życie, acz atmosfera jest mało heroiczna. Przyznajmy wprost – jeśli naprawdę jesteś ostatnim, który broni ojczyzny, to pewnie sytuacja nie rysuje się optymistycznie. Królestwo skończy zapewne w najlepszym razie jako kultowe dziwadło, ale imponuje bezceremonialnym okrucieństwem i mrokiem, które oddają przerażającą rzeczywistość stania tam, skąd większość uciekła.
Temat indywidualistycznej odwagi napędza też kapitalnego Pawia zwyczajnego, ale z drugiej strony, niż w większości filmów. Tutaj tematem jest tej odwagi brak. Tutejszy Mathias kompletnie nie ma jaj. No, w ogóle nie jest mentalnie mężczyzną przez duże M. I o tym jest film. I się śmiejemy, że koleś nie ma jaj, i z tego, jak kąśliwie jest to pokazane. Jest to bardzo śmieszne, zaiste, ale warto się zastanowić, czemu. Czy przeciętny widz na sali nie jest w swoim życiu bardziej jak Mathias, niż jak Luis z Sirata? Oczywiście, że jest. Ludzie bez kręgosłupa, których zlecenia w pracy i konieczność zadowalania wszystkich ustawiają w dowolnej pozycji pod swoje dyktando, jakby lepiły plastelinowego ludka – to nic rzadkiego w życiu. Śmiejemy się z tego, jak dziwny jest Mathias jako bohater filmu – bo jest tak zwykły jako prawdziwy człowiek.
Ale zauważyłbym, że coś jest w Mathiasie nietypowego – wątpliwości. Znając wielu takich uśpionych zadowalaczy, nie znam zbytnio przypadków, by faktycznie mieli oni jakieś problemy psychiczne z powodu braku integralności. Każdy z nas chyba takich Mathiasów zna, i kroczą oni od sukcesu do sukcesu, bo przecież na tym polega życie, na zadowalaniu innych. Są z siebie dumni. Uważają, że są lepsi do przegrywów. Można to nazwać „brakiem autentyczności i swojego zdania”, ale kogo w realu obchodzi autentyczność? Takie rzeczy są raczej tematem na kino festiwalowe. Na co dzień, wszystkich nas obchodzą fajne wycieczki do fajnych krajów, ładny wygląd ludzi i przedmiotów (i zwierząt!), i ogólnie fajność i sukces.
Czym jest więc wobec tego tak naprawdę Paw zwyczajny? Satyrą na „nasze czasy”, jasne, ale czy sukces tego filmu nie bierze się z pewnej tęsknoty widzów za światem, w którym ludzie byliby jak jakiś Kurt Cobain, i serio starali się być „true”, i coś dla tego poświęcali? A jeśli tak, to powstaje pytanie, czemu widz w takie rzeczy wierzy? Co jest niby złego w byciu zadowalającym wszystkich bezkręgowcem z ładną buzią i ładnym domem? Na co dzień, oczywiście nic. Ale bohater dzieła sztuki powinien być odważniejszy…
Przekleństwa konformizmu z perspektywy osoby w komforcie opłakiwały też Kontinental ‘25 (drugi w zestawie film Radu Judego, równie fenomenalny co pierwszy), gdzie najtypowsza przedstawicielka klasy średniej próbuje ogarnąć umysłem, bez spiny, całą istotę teodycei; czy też izraelski Tak, który zdecydowanie chce wykrzyczeć, że… jest coś nie tak w entuzjazmie wobec wojny. Aż głupio mi pisać takie zdanie – przecież, czytelnik zarzuci mi, to chyba oczywiste, że nikt nie powinien się śmiać i celebrować, gdy jego kraj morduje inny, co nie? A jednak miałem ciągle spore wątpliwości, czy rozwrzeszczany (dosłownie) miszmasz Tak jest w dobrym tonie. Ostatecznie, Nadav Lapid po prostu nakręcił film. Sarkastyczny, ale tylko film. Nie poświęcił wiele, by zatrzymać tę wojnę, powiedzmy wprost. Czy krytykując bezpiecznie, zza kamery, nie wychodzi na hipokrytę? Czy ktokolwiek z nas powinien w ogóle odzywać się w sprawie Izraela, jeśli odzywanie się to wszystko, co robimy? Czy to nie jest „zbieranie punktów” w najłatwiejszy sposób, gdy tak naprawdę nic nie poświęcamy, nic nie ryzykujemy? Tylko mówimy dzielnie: „wojna zła”, a inni przytakują? Czy taka „odwaga” nie jest największym tchórzostwem, bo tak brak tu kręgosłupa stojącego twardo w miejscu, gdzie deklarują się usta?
„Bycie samemu to zadawanie pytań”. Zadawanie pytań to bycie samemu.
W filmowym kulcie „jedynych sprawiedliwych” istnieją pewne specyficzne subkategorie, z których jedną na topie jest obecnie na pewno „wiedźma”, obecna co roku w przynajmniej kilku filmach na NH. Wiemy chyba, o co chodzi – „wiedźma” czyli kobieta-indywidualistka, niesłusznie tępiona przez męski świat za to, że zadziera nosa. Najmniej subtelnie ten trop ograno w tym roku w polsko-francuskim Bądź wola moja, gdzie poza świeżym dość wątkiem życia polskich imigrantów drugiego pokolenia klepane są cały czas bez litości wszystkie dziś popularne klisze zarówno „horroru w lesie”, jak i „opowieści o wiedźmie”. I tak, oczywiście, nasza bohaterka fantazjuje o tym, by uciec. Uciec ze wsi. Od pracy w rodzinnym gospodarstwie. Od swojego kochającego, ale surowego i konserwatywnego, ojca-wąsacza. Marzy o tym, by iść własną drogą. Gdyby tylko świat jej nie ograniczał! Spotyka w końcu Sandrę, która w pełni realizuje stereotyp kobiety wyzwolonej – Sandra przyjechała z miasta, ma wszystko gdzieś, chodzi gdzie chce (nawet jak ją wypraszają!), ubiera się jak chce, i ogólnie szokuje wieśniaków. Motłoch, jak to motłoch, urządza Sandrze lincz, z mętnie dość przedstawionego powodu (głównie dlatego, że jest zły i głupi).
Scenariusz Bądź wola moja nie chce zostawiać żadnych wątpliwości, że nasze niezależne bohaterki są Dobre, a wieśniaki Złe. Warto jednak zwrócić uwagę na finał, w którym motłoch dogaduje się, że nikomu nie powie o tym całym linczu. I tyle. Oczywiście, że się im to udaje. Jest to bardzo życiowy moment tej historii. Bo życie ogólnie naprawdę jest tak proste – dopóki wszyscy się dogadają ze sobą i zgodzą i nie będą chcieli cię odrzucać, to nawet to, że wbiłeś komuś siekierę w korpus, nie będzie problemem.
Koneksje czynią dobrym człowiekiem, nie czyny. Bądź… doskonale to więc rozumie. Po raz kolejny, film jest tylko wyrazem tęsknoty widzów za światem, w którym tak nie jest.
Drugi wszechobecny dziś archetyp „samotnego przeciw wszystkim” określiłbym na pewno jako „potwór” – rok temu na NH była nawet sekcja o potworach (ale i o „wiedźmach” zarazem!). Fantastyczne wynaturzone kształty zmutowanych ciał na ekranie mają odzwierciedlać czyjąś inność, sarkastycznie komentując bigoterię społeczeństwa, które zamiast innego przytulić i zaakceptować, to go demonizuje. W tym roku naprawdę obrzydliwe (cieleśnie!) potwory oglądaliśmy np. w bardzo dobrym Kwietniu, przemrocznej acz zostawiającej niedosyt Alphie, no i oczywiście Zmartwychwstaniu Bi Gana, który do kwestii bycia potworem podszedł tak bogato, że to materiał na inną książkę.
Bycie samemu to i niezależność, jak widzieliśmy w Miroirs III Christiana Petzolda – w którym, dość szokująco, bohaterka po śmierci partnera w wypadku wydaje się z dużym apetytem patrzeć na opcję rozpoczęcia nowego życia na wsi wśród obcych ludzi, bez wracania kiedykolwiek do Berlina. Petzold rozczarował mnie tutaj małą skalą filmu i brakiem rozwinięcia wątku, ale podoba mi się ta akurat tajemnica, że nigdy nie dowiadujemy się nic o życiu, które Laura porzuciła. Łatwo uznać, że chodzi tu po prostu o bycie wolnym. Może o bycie wolnym od miłości.
Bycie samemu to i czysty ból, jak w przypominanym w retrospektywie Lee Chang-Donga „Całkiem nowym życiu”, rozgrywającym się w całości w sierocińcu. Ależ okropnie się ogląda te biedne słodkie dziewczynki, które nie mają rodziców i nikt ich nie chce. Któż fascynuje się takimi historiami w prawdziwym życiu? Ale gdy są na ekranie, z bezpieczną barierą, wczuwamy się i przejmujemy losem wyrzutków. I potakujemy, gdy wszyscy starają się przekazać sierotkom prostą lekcję: „życie może być tak kiepskie. Nic magicznie nie zmieni się na lepsze. Jedyna twoja metoda na sukces to zaakceptować to i obniżyć wymagania”.
Bycie samemu to i gloria poniżenia, jak w Poecie Simona Mesy Soty. Tytułowy bohater jest do absurdalnego stopnia opętany ideą bycia takim swoistym Godardem, ciągle mówiąc, że „prawdziwy artysta” nie może być popularny, nie może zarabiać, nie może być lubiany. Wszystko to mu się naprawdę udaje – nikt nie podejrzewałby go o bycie wygrywem. Jednak w imię bycia innym, chodzenia własną drogą, poeta jest też strasznym dupkiem.
Są też, oczywiście, „jedyni sprawiedliwi” polityczni.
Z mieszanką przerażenia i smutku ogląda się Dwóch prokuratorów Siergieja Łoźnicy, bo sprawa wydaje się tak oczywista. Nasz bohater to prokurator dobry. Zauważył nieprawidłowości i chce zrobić to, co oficjalnie się powinno zrobić w świetle prawa. Niestety, mówimy o nieprawidłowościach w ZSRR lat 30. Od początku więc mamy w głowie kwestie, które nasz bohater-idealista naiwnie ignoruje, wierząc, że właśnie prowadzi pracę u podstaw i naprawia ZSRR. W końcu powiedzieli, że naprawią wypaczenia, więc gdy je zgłosi, to na pewno zajmą się naprawianiem, co nie? Ludzie przecież działają według wartości moralnych, które mówią na głos, tak powinno być, prawda? Film Łoźnicy doskonale eksploruje przepaść pomiędzy tym, co deklarujemy, a tym, jak tak naprawdę trzeba żyć. I daje nam komfort identyfikowania się z dzielnym prawnikiem zderzającym się ze stalinowskim aparatem, ryzykującym wszystko w imię swojej niewzruszonej wiary w prawo i prawość, gdy sami wygodnie siedzimy w fotelu.
Dużo bardziej skomplikowany jest koncept „jedynego sprawiedliwego” w fascynującym Eddingtonie. Przez całą pierwszą połowę filmu, znany z horroru raczej surrealnego Ari Aster zaskakuje dosłownością swojej opowieści o Ameryce, przeciwstawiając bez większych przenośni współczesną lewicę i prawicę. Zaskakuje tym, że obu stronom udziela niemało i empatii, i szydery, co na festiwalach filmowych jest raczej rzadką łaską. I tak, choć ustawiony ostatecznie po stronie „konserwatywnej”, szeryf Joe Joaquina Phoenixa namalowany jest pod wieloma względami jako człowiek, który chce tylko kierować się zdrowym rozsądkiem i szacunkiem dla wszystkich mieszkańców swojej pustynnej mieściny. Uważa obowiązek maseczkowy za zbyt ograniczający – bo w jego mieścinie nie ma słychów o przypadkach korony. Uważa protesty przeciwko policji za histeryczne – bo w jego mieścinie nie ma przypadków złego zachowania policji. Jego początkowe argumenty zawsze odnoszą się do całkiem przyziemnych kwestii.
Niestety, Joe wydaje się otoczony ludźmi, którzy bez wątpienia ześwirowali. Przede wszystkim, mało kto wydaje się faktycznie żyć, mentalnie rzecz biorąc, w jego mieścinie – ci ludzie żyją tym, co widzą na ekranie swojego telefonu. Szaloną spiralę, która rozkręca się w trakcieEddingtona, napędza głównie wieloznaczny stosunek szeryfa Joe’ego do standardów współczesnego internetu – do rozdmuchiwania wybranych historii, do bezlitośnie viralnego uogólniania, oceniania i zwykłego zmyślania. W pewnym sensie Joe tym ciągle gardzi, a jednak zaczyna sam dostosowywać się do brutalnego świata wirtualnego postmodernizmu, w którym prawda i odpowiedzialność zdają się tylko cyfrowym konstruktem.
Ostatecznie, wiara w konsekwencję, oddanie swoim ideom i chęć bycia człowiekiem czynu, a nie tylko internetowym krzykaczem, spychają Joe’ego, i cały film, w rejony niezwykle mroczne. Skoro świat ciągle każe Joe’emu, by wybrał, lewo czy prawo – on wybiera, oj, wybiera. W reakcji na zadane pytania, podejmuje wiele nieodwracalnych wyborów. I możemy spytać się na koniec, czy to wszystko oznacza, że zachował swoją niezależność, czy że ją stracił? Pokazywany pod koniec festiwalu Eddington szokująco mocno wystrzelił z automatu w dzwony, których brzmienie – jak widać z tego tekstu – słyszałem w tak wielu poprzednich filmach. Ale i w codziennym życiu. Bycie „jedynym sprawiedliwym” to przyjemny koncept, ale realny świat ma tendencję, by na takich jednostkach wymusić albo poddanie się prądowi, albo radykalizm. I co wtedy nasz jedyny sprawiedliwy wybierze?
Na tle bombastycznego Eddingtona, bardzo przyziemnych odpowiedzi w tym temacie udziela francuski niemalże-dokument Sprawa osobista (Dossier 137), skupiony na (nieco suchym jak na fabułę) rekonstruowaniu świeżych faktów o protestach „żółtych kamizelek”, i pewnie dlatego umiarkowanie popularny wśród widowni festiwalu. „Jedyną sprawiedliwą” jest tu policjantka spraw wewnętrznych, która, oczywiście, ma tu być bohaterką pozytywną, a więc nonkoformistycznie dzielnie tropi, który to policjant postrzelił nieagresywnego protestującego i zniszczył mu życie.
Sprawa tutaj akurat może jest osobista, ale relatywnie prosta. Wiadomo, że protestujący był niewinny, strzelający – zły, ci, którzy go chronią – źli, nasza bohaterka – dobra. Policjanci dokoła niej uważają ją za zdrajczynię, która naraża bezpieczeństwo Republiki, kwestionując obrońców prawa zamiast im ufać, i wychodzące na jaw fakty nie zmieniają znacząco ich opinii. Niemniej, reżyser Dominik Moll nie pokazuje drogi „jedynej sprawiedliwej” jako szczególnie bolesnej w znaczeniu typowym dla wielkiego ekranu – Stéphanie nie napotyka na groźby, nikt nie wybija jej szyb w oknie, wywołuje raczej ogólny kwas. Nie, żeby Moll idealizował ścieżkę. Ten film po prostu jest dość reporterski – Stéphanie nie doczeka się również zbyt wielu scen łez i przytulania z wdzięczności.
Zrobi po prostu to, co uważa za swoją moralną odpowiedzialność. Będzie to dostosowane do ogólnych wartości, jakie często deklaruje ludzkość – ale mocno niedostosowane do faktycznie praktykowanych wartości w jej konkretnej grupie. Jej kariera po tym nie rozkwitnie, co chyba nie jest żadnym spoilerem, a najoczywistszym truizmem życia. Współpracownicy się od niej odwrócą. Syn będzie się wstydził. Efekty będą niedrastyczne, ale bardzo życiowe.
Sprawę osobistą zamyka cytat postrzelonej ofiary, który trafnie podsumowuje faktyczne możliwości osoby wierzącej w prawdziwą, nie tylko deklarowaną, sprawiedliwość, i zderzającej się z tym jakie ma ona szanse wobec systemu konformizmu. Chłopiec mówi o policjantach, którzy wystrzelili mu w twarz: „staram się ich nie nienawidzić. Staram się być pozytywny. Jest to ciężkie”.
I tak zazwyczaj samotny sprawiedliwy może iść przez ten świat, gdy opuści salę kinową, gdy ucichną slogany. Może starać się ich nie nienawidzić. Jest to ciężkie.