Przełamując kolejne bariery czasowe.
Sam już nie wiem, kim, gdzie i kiedy jestem. Ale to i tak lepiej, niż gdyby odpowiedź była każdego dnia oczywista i każdego dnia ta sama. Dobre/złe wieści są takie, że żyję i mam pracę, i że życie i praca nie ułatwiają bycia na bieżąco z kinem. A żyjemy w czasach, kiedy bycie na bieżąco wydaje się istotniejsze niż kiedykolwiek – mimo że kino wkracza coraz mocniej w drugie stulecie swojej aktywności (właśnie w latach 1918-19 pierwszy raz pojawiło się tak wiele atrakcyjnych aż do dziś filmów, jak Złamane lilie, Banici, Zwycięstwo czy Skarb Rodu Arne) i wydaje się dziedziną sztuki, w porównaniu do takich sfer jak gierki video czy też jakże cenione „robienie głupich min i piszczenie podczas grania w grę video i nagrywanie tego”, jakże przestarzałą.
To, że kino ewoluuje ostatnio w, zdaje się, szaleńczym tempie, jest dziwaczne jeszcze z innego powodu – przecież samo powstawanie filmów zajmuje lata, tak więc ewidentnie nawet one same nie są ze sobą „na bieżąco”. A jednak – pisanie o dziełach puszczanych w naszych kinach w roku przedzeszłym wydaje się jakoś kompletnie anachroniczne, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Od tego czasu Netflix zdążył już ze swoją produkcją wygrać Wenecję i ma niemałe szanse na Oscary, strasząc kolejką dziesiątek filmów na rok przyszły, Marvel nakręcił parę niezłych i jeden rewelacyjny film, monetyzując głosy o trafniejszą reprezentację wyglądu społeczeństwa USA, zaś coraz większa liczba mediów oraz Twitterowców wydaje się rozumieć słowa „dobry film” w sensie przede wszystkim moralnym: czy filmy, a także ich reżyserzy i producenci jako osoby… czynią „prawdziwe życie” lepszym? Chociaż to długi temat, to załóżmy na potrzeby tego jeno tekstu, że ja o tym nie mam pojęcia. Dla mnie tylko kino to „prawdziwe życie”. Wcale nie dlatego, że cieszę się jakimiś wspaniałymi przywilejami w realu. Och, nie. Mimo jakże opłacalnych cech białości i męskości, jakoś naprawdę nie mam nic, co by mnie trzymało na powierzchni, poza sztuką. Na szczęście wymienione powyżej filmy wydają się doskonale to rozumieć, i stanowią więcej niż wystarczający dowód, że reżyserzy potrafią do tego wszystkiego podejść w sposób po stokroć ciekawszy, bardziej przewrotny i mądrzejszy, niż większość odbiorców. (Zaznaczmy na marginesie, że w tym roku nie będzie żartów z tekstów magazynu „Kino”. Jeśli w grudniu 2018 nadal nie dopowiadacie ich sobie sami, to wasza strata).
Nie będę ściemniał: to nie był może najlepszy rok. Może to kwestia dystansu czasowego, ale nie miałem pojęcia, co wstawić na czołowych miejscach. Już w styczniu i lutym 2018 do polskich kin trafiły filmy, które podniecały mnie znacznie bardziej, niż wszystko, co rozważałem w podsumowaniu 2017. Wiele takich mogłem też zobaczyć nawet jednego dnia podczas Nowych Horyzontów. To nie znaczy, że nie wyselekcjonowałem elitarnej grupy, która w całości dała mi wiele radości podczas seansów. Na wielu z nich płakałem. Ale nigdy nie było mi tak trudno wstawić którykolwiek na pierwszym miejscu. To jednak coś znaczy.
Większość, oczywiście, wręcz cudownie podkreślała istotę epoki, w której wtedy żyliśmy; albo tej, w której żyjemy teraz, jakże długo później.

1. Elle, reż. Paul Verhoeven
Nie wiem, jak to o mnie świadczy w świetle dyskusji toczonych w Naszej Epoce, ale nadal lubię w sztuce bezwstyd, oczywiście najlepiej niepozbawiony empatii – i nie mogłem uwierzyć w to, jak słodki prezent sprawili mi 80-letni zbok z Amsterdamu oraz również mająca długą karierę za sobą Isabelle Huppert: dwoje wybitnych artystów, którzy w Elle znaleźli swój najlepszy i/bo najbardziej bezwstydny film. Najlepsze być może jest to, że każdy skrócony opis (dajmy na to: „film o właścicielce firmy produkującej ociekające seksem i przemocą gry video, toczącej widowiskowy i brutalny bój z nastawieniem swoim oraz innych do seksu i przemocy, często naraz”) będzie brzmieć bachanalnie, a jednak nadal w ogóle nie jest w stanie oddać, jak genialnie i przezabawnie perwersyjny jest na ekranie ten obraz, w jakiś sposób zawsze trzymając się tematu i jeszcze z minuty na minutę nakręcając akcję na najwyższe obroty. Nikt tu nie boi się krwi ani spermy, ba, specjalnie wręcz wsadzi rękę, niespiesznie, bez robienia taniej sensacji, zwyczajnie eksplorując ten typowy element życia. Huppert stoi za jedną z najciekawszych postaci kinowych ostatnich wielu lat – zawsze o krok przed innymi, komentująca rzeczywistość lakonicznym językiem i i genialnymi minami wartymi tysiąc słów, na jakie stać tylko kobietę, która spędziła kilkadziesiąt lat w Paryżu jako gwiazda i jest w kompletnie wszystkim lepsza od ciebie. Absolutnie bezlitosna, a przy tym tak inteligentna i w oczywisty sposób nadal… wrażliwa, że trudno jednak nie czuć sympatii. Wrzucając do miksera mnóstwo znaczeń i konfuzji, jakie wiążą się z relacjami siły, seksu, pożądania, fantazji i strachu, Verhoeven nie tylko robi film, który mógłby nakręcić Hitchcock, gdyby miał jaja, ale też, mam wrażenie, jeszcze przed rozkręceniem się w świecie kina Hasztaga Mi Tu dostarczył nam dzieło godne już następnej epoki, kiedykolwiek ona nastanie. W tym roku, poprzednim, albo w każdym innym – zawsze będzie to brzmiało tak samo genialnie i przewrotnie, gdy powiem zgodnie z prawdą, że pojawienie się Huppert we Wrocławiu na rozdanie Europejskich Nagród Filmowych rozbudziło moją największą niespełnioną filmową fantazję (nie, nie spotkałem jej, jestem tylko robolem), i może to podkreśla, czemu Elle jest moim filmem roku.

2. Personal Shopper, Olivier Assayas
Hipotetycznie, można by nazwać staroświeckim film o, cholera, spirytyzmie. Ale to pretekst do opowieści szokująco aktualnej, a przecież tylko w Naszej Epoce widz może zrozumieć i zidentyfikować się z tak naprawdę bardzo życiową sceną, w której roztrzęsiona Kristen Stewart stara się nie doznać załamania psychicznego jadąc pociągiem i prowadząc dramatyczną rozmowę przez SMS (podmieńcie sobie SMS na iMessage, iTalk czy czego tam się w obecnych czasach używa). Nie padają żadne słowa… nie na głos, ale widzimy, co pojawia się na ekranie telefonu. Słowa są napisane idealnie, dokładnie tak, byśmy nie byli pewni, która z możliwych w danym momencie rzeczy się dzieje. To kapitalny scenariusz. Widzimy, jak kobieta nerwowo wstukuje słowa (czy w tych ujęciach Stewart miała, niczym postaci udające pianistów, kaskadera od dłoni, który byłby najlepszy akurat w tym zadaniu?), zastanawia się, czy może wysłać dane zdanie, cofa… Nagle, wstrząśnięta możliwością odpowiedzi na to, o co zapytała, włącza tryb samolotowy i chowa telefon, jakby tak naiwna ucieczka miała odwołać słowa. Jest w strzępach. Oczywiście nie mija wiele czasu, jak włącza telefon z powrotem. Tak jak wiele legendarnych scen thrillerowych, ta też zaczyna szybko sprawiać wrażenie, że trwa koszmarnie długo, zdecydowanie za długo, ale oczywiście w jak najbardziej pozytywnym sensie słowa. Ma WIELE zwrotów akcji. Stewart gra w tym filmie fenomenalnie, ale nie tylko dlatego ja na fotelu jestem równie zdemolowany, co ona. Doprawdy warto było mi znosić personę Stewart, która w tym filmie w pełni realizuje swój imidż idealnego obiektu westchnień lesbijek (nie tylko jest Kirsten Stewart, ale, wymieńmy tylko kilka: pali po męsku papierosa, lata w celach haute couture od Paryża do Londynu, pracuje z postaciami ze śmietanki które traktuje chłodno, jeździ motorem, ZAKŁADA UPRZĄŻ gdy w tle leci Marlena Dietrich…) już choćby po to, by zobaczyć scenę, którą zawsze będziecie wspominać jako najlepsze filmowe odzwierciedlenie dramatycznych rozmów przez SMS.
Oczywiście to tylko przykład. W tym filmie każda scena, począwszy od gdzieś tak drugiej czy trzeciej, ma genialne napięcie, dialogi, głębię i jest ogólnie piorunująca.

3. American Honey, Andrea Arnold
Podobno w Naszej Epoce bogaci mają się coraz lepiej, a biedni coraz gorzej, ale niektóre tego oznaki potrafią na filmie wypadać uderzająco ponadczasowo: ot, ludziom zostaje „jedynie” tułaczka i cieszenie się pogodą, muzyką oraz swoimi młodymi, chętnymi, nieraz atrakcyjnymi ciałami. Zamiast uczyć się programowania i chińskiego, dzieci chwali się za słuchanie Dead Kennedys, a potem trzeba je podrzucać niczym kukułcze jajo… ich własnym rodzicom. Widok zaiste zarezerwowany dla śmieciowej Ameryki i trudny do znalezienia w jakiejś Holandii czy innym porządnym kraju – a jednak przez niemal trzy godziny filmu nie ma tu momentu na oddech, by pomyśleć, że chyba powinniśmy współczuć. Arnold ujmuje przestrzeń amerykańskiego południa, współczesną muzykę oraz roztańczone, niewyżyte ciała z powalającym, bombastycznym zachwytem: dopiero po seansie można zdać sobie sprawę, że najbardziej zachęcający film roku zdaje się zachęcać przede wszystkim do bycia biednym. No, dokładnie rzecz biorąc: bycia biednym w ciepłym kraju… American Honey jest nakręcone jak jedna wielka impreza, wzbudzająca tęsknotę do tego, co nie aż tak łatwo kupić: bycia ciekawym i młodym duchem człowiekiem. Każdy dzień wydaje się przygodą, nawet jeśli dość żałosną. To przepotężna deklaracja mocy pozbawionych pieniędzy mas, o których zazwyczaj w popularnej sztuce nie mówi się wiele; ale w znacznie większej mierze po prostu przepotężny pokaz mocy kina: ten film wygląda tak, jak myślicie, że wy wyglądacie, gdy po dwóch butelkach taniego wina śpiewacie do lecącej z komórki Rihanny na Wyspie Słodowej.

4. Zabicie Świętego Jelenia, Jorgos Lantimos
Grek pierwszy raz gościł na tej liście ze swoim pierwszym puszczanym w Polsce dziełem, Kłem, i od tego czasu każdy jego film zbiera absolutnie dramatyczne opinie, ale dla mnie, właśnie teraz (wiem, wiem, nie jestem na bieżąco – udawajmy, że jest 2017 i to jego najświeższy film) w końcu zrobił coś być może jeszcze lepszego. Podejrzewam, że zajawki scenariuszy, jakie Lantimos sprzedaje producentom, zawsze zaczynają się od słów: „czy zauważyliście, że [element relacji międzyludzkich] to tak właściwie [brawurowo mocna metafora]???”. To jest… dobra zajawka, ale trudno w skrócie oddać z kolei, jak głębokie są jego filmy. Tutaj, dodatkowo, udało się zrobić dzieło niesamowicie emocjonujące, a powodem tego jest sięgnięcie po najbardziej oczywisty wzór pisania historii – greckiej tragedii. Właściwie, powiedzieć można, że autor celuje wręcz dokładnie pomiędzy dwie najbardziej klasyczne w historii pisma metody budowania konfliktu i narracji: te motywy to walka człowieka z bogiem oraz negocjacja człowieka z diabłem. Główne uczucie pozostaje takie same, jak w bardziej „socjologicznych” filmach Greka do tej pory, czyli: bezradności. Jak zawsze – podkreślanej tymi jego genialnymi dialogami, które są bez wyjątku przeokrutne i przezabawne. Uwięzione w sztywnych formach, nieskłonne do zmiany; umiejące negocjować i walczyć, ale nie rozmawiać z sobą; postaci te są – jak bohaterowie antycznych tragedii – skazane na odegranie swojej roli w krwawym spektaklu, którego każda minuta była niby do uniknięcia, a jednak, w pewnym sensie, w ogóle nieunikniona. Może wam ten film skojarzy się z którąś pracą socjologii, może historii… może i ekonomii. Zabicie Świętego Jelenia to kapitalna komedia, zagwozdka moralna i starcie charakterów, ale też miło jest na koniec zdać sobie sprawę, że kiedy Florida Project czy American Honey są radosnym okrzykiem odnajdywanej godności klasy niższej, to Lantimos nie waha się wziąć tych żyjących w dostatku na cel, zawiązać im oczy i… hm, może tylko pozostawić każdego, by grał swoją rolę.

5. Lady M., reż. William Oldroyd
Opowieści o dawnych purytańskich rodzinach arystokratycznych, oraz traktowaniu żon i służących jako swoją własność, wydają się być w Dzisiejszych Czasach także o czym innym, co widać doskonale przeglądając recenzje Lady Makbeth – ale nie myślcie sobie, że nawet specjalnie mnie to w tym filmie obchodzi. Jeśli debiut Oldryoda – nadal, odważę się powiedzieć, jednego z najmniej znanych reżyserów na świecie – nie wszystkim przypasował jako satysfakcjonująca współczesnych krytyka ról płciowych i rasowych (oni są w błędzie, ale mniejsza z tym…), to zawsze bawię się doskonale oglądając go z powodów, w które wierzę. Mianowicie, to bardzo ładny film. To bardzo emocjonalny film. Przede wszystkim – to bardzo zimny film. Jeden z najzimniejszych, jakie widziałem. Od samego początku stanowi serię scen, jedna po drugiej, praktycznie bez wyjątku, które przeżywa się mniej więcej tak, jakby w metrze ktoś podszedł do ciebie, strzelił ci policzek i poszedł sobie, kompletnie nic nie mówiąc, kompletnie nie tłumacząc. To mocny akt, ale być może najmocniej przeżyjecie ten brak komentarza, ton oczywistości i faktu dokonanego. Tajemnica to ostatnia rzecz, jaką zawarł tutaj Oldryod, ale wszystkie pojedyncze ujęcia są rozkosznie bezceremonialne, co tworzy wspaniałe napięcie. Czasami przez długi czas nie mówi się tu nic, a czasami padają słowa, które bolą jak bicz, często w niezwykle zabawny sposób. Potraktujcie to jak specjalny odcinek Breaking Bad – opowieść o władzy, walce o władzę i o tym, jak to każdy radzi sobie z problemami i potrzebami; opowieść przy tym używająca przesady i aktów przemocy jako akcentów. Oglądając Lady Makbeth nieustannie chichotałem z zachwytu: „wow, ktoś się odważył tak to zrobić”. Albo, czasami, krzywiłem się z niesmakiem: „wow, ktoś odważył się to zrobić”.

6. Moonlight, Barry Jenkins
Gdy 10 lat temu czułem się jak jedyny w promieniu tysięcy kilometrów fan filmu Medicine for Melancholy, nigdy bym nie pomyślał, że już za moment nastanie Epoka, w której następny film „indie” Jenkinsa będzie mógł dostać cholernego Oscara. Czymże jednak jest popularność tej miary? Nie oszukujmy się – żyjemy w czasach, w których na listach „top 10 najbardziej oczekiwanych filmów roku” widzimy 10 filmów Disneya; ale filmy czy gry video „indie” mogą przynajmniej doczekać się w Polsce premier kinowych, jeśli są naprawdę, naprawdę dobre i wyjątkowe. Moonlight zdecydowanie jest – przenosząc w realia amerykańskie czułość, ostrość i kontrast kamery znane do tej pory tylko zś filmów Claire Denis czy innego Wonga Kar-Waia, daje nam okazję poczuć żar i żal Florydy tak dosadnie, że aż przechodzą ciarki. Jeśli Moonlight jest dosłownie opowieścią o kolorze skóry, to jeszcze bardziej w sensie zmysłowym, niż społecznym, wyróżniając się przede wszystkim jako jeden z najciekawiej oświetlonych, a może i w ogóle najlepiej nakręconych filmów, jakie widziałem – wczesna scena pływania jest zrealizowana z tak namacalną techniczną maestrią i tak niewiarygodnie piękna, że nie może nie przejść do historii sztuki obok obrazów Vermeera i Caravaggia. Kiedyś, by coś takiego zrobić, trzeba byłoby na samą kamerę wydać więcej, niż na budżet całego tego filmu – ale w Naszej Epoce wystarczy Alexa i komputer, a z tego wynika, że filmy o tak niesamowitej estetyce może nakręcić nawet specyficzny i bezkompromisowy artysta, który zamiast oferować sprawdzony towar dla możnych sponsorów, ma ochotę powiedzieć i pokazać nam wiele rzeczy, jakich jeszcze nie widzieliśmy. Najlepsze jest to, że mimo tego wszystkiego Moonlight jest cholernie daleki od bycia filmem, który po prostu byłby ładny – każdy obraz jest tu też treścią, która za nim stoi. Zanurzenie w wodzie oceanu to zmierzenie się z siłą przeznaczenia i otoczenia, spod siły których nie sposób się uwolnić, a padające na spoconą czarną twarz upalne słońce nie daje szans ukryć tego, jak powierzchowność definiuje naszą rzeczywistość, z wielu więcej powodów niż tylko kolor. To nie jest film o płynięciu pod prąd, ale raczej o tym, jak prąd uderza w ciebie z całą siłą: o małej rybce, która nie wiedzieć czemu słyszy cały czas od prądu, że „z nim to jest coś nie tak”, by ostatecznie wyłonić się, jako, cóż, jakiś swój rodzaj rybki. Niekoniecznie wygrany, ale Jenkins naprawdę kocha i twarze ludzkiej porażki, o wiele bardziej niż większość osób opisujących się w Obecnych Czasach jako aktywiści „równościowy”. Strach, przemoc, siła, słabość, rozmowa, walka, dotyk, seks, ciepło, zimno, ludzie, jednostka, czas, zabawa – czy to nie cud, że w jednym „małym” filmie może być tak wiele.

7. Toni Erdmann, Maren Ade
Co, gdyby zrobić Milczenie owiec, z taką głębią tematu i emocji, a przede wszystkim, dwoma tak przepotężnie mocnymi i fenomenalnie zagranymi postaciami w nierozwiązywalnym konflikcie charakterów i wizji świata – ale tematem tego wszystkiego uczynić nie zjadanie ludzkich wątrób, tylko coś nieco bliższe życiu, jak praca w korpo? Powstanie Frankenstein codziennego życia, a na imię mu Toni Erdmann. Miejsce tego filmu w panteonie współczesnych klasyków i jego obowiązkową obecność na każdej liście można by ująć już w jednym niewiarygodnym osiągnięciu Maren Ade: otóż udało jej się sprawić, że na dwie i pół godziny cały świat pokochał niemieckie poczucie humoru. To jedyny film, który zajął jednocześnie miejsce na szczycie top 10 roku wszystkich mediów, które znam, czyli „Slant”, „Cahiers du Cinema” i „Sight & Sound”. Niespotykany triumf filmu jako komedii wynika, oczywiście, z faktu, że Ade chciała zrobić dramat o wielu poważnych sprawach. Na szczęście, kiedy robisz film tak dobrze, obie te rzeczy, i wiele więcej, pojawiają się samoistnie na każdym kroku, a lista osiągnięć Ade nie ma końca. W pewnym sensie jest to film, jak Florida Project, o rodzicu, który nie chce wydorośleć: a jednak ze względu na inne okoliczności, jakże łatwo tutaj dojść do odwrotnego wniosku, iż to jest właśnie to, czego dziecko potrzebuje. Być może żaden film wcześniej tak dobrze nie oddał wieloznaczności wiążącej się z czystą radością rodzica z kontaktu ze swoim dzieckiem: przez lata czujemy zażenowanie, że ta osoba mówi na nas „Pawełku” podczas załatwiania spraw w urzędzie i ogólnie robi nam wstyd swoją (ble!) miłością na każdym kroku, aż nagle zdamy sobie sprawę, często za późno, że to i tak najlepsze, co ktokolwiek będzie do nas kiedykolwiek czuł. W każdej sympatii do drugiego człowieka jest niemały element kompromitacji, i to starcie korpo-człowieka-sukcesu (naszej generacji ludzi klasy średniej, którzy chyba najbardziej są dumni z bycia „normalnym” i niewychodzenia nigdy na scenę zaśpiewać) z kompletnie niesukcesywnym, nieeuropejskim typem (dzisiejsza młodzież powiedziałaby pogardliwie o nim tylko: „cringe”, „autyzm”, czy co teraz jest na topie). Wydaje mi się to najbardziej życiową batalią ze wszystkich dotykających nas osobiście konfliktów codzienności Naszej Epoki. I naprawdę nie da się powiedzieć, żeby ktoś tu miał „rację”. Nie chcę przesadzać po dosłownie dwóch filmach, jakie widziałem (jeszcze chyba fajniejsi Wszyscy inni byli tutaj na liście w 2011 r.), ale Ade może być najlepszym twórcą filmów na świecie: niezrównany jest jej talent do ukazywania, jak kompleksową i wymagającą czasu wojnę gestów, słów i myśli stanowi każda relacja dwojga ludzi, i że to jest właśnie najpiękniejsze.

8. Twój Vincent, reż. Dorota Kobiela i Hugh Welchman
Dość sporo w przypadku tego filmu mówi się o wykorzystaniu technologicznych zdobyczy Naszej Epoki i stworzeniu/zmontowaniu/wymalowaniu przepięknego dzieła. To prawda, film zachwyca oko, i to w sumie najważniejsze. Jednakże ironia jest trochę taka, że mimo wielu podobieństw, wygląd tego filmu nie oddaje wcale tego, co w malarstwie Van Gogha jest najważniejsze – ale za to mamy do czynienia z opowieścią o Van Goghu, która najlepiej oddaje ducha opowieści o Van Goghu. Przez co, oczywiście, mam na myśli, że najlepiej oddaje to, jak ja sobie wyobrażam sens istnienia tej postaci. A nie wyobrażam sobie nic, co by wymagało przytaczania nieskończonych powierzchownych detali dotyczących akurat tej jednej osoby na świecie, ale pewnego typu artystów, z których Holender miał akurat traf być tą jedną znaną. Twój Vincent, choć początkowo tego nie zapowiada, jest przede wszystkim po prostu smutny. Osiąga to, robiąc coś, czego filmowi biografowie zazwyczaj unikają: nie starając się na siłę robić wiernej biograficznej opowieści O Van Goghu, zamiast tego skupiając się na tym, co ciekawe i rezonuje powszechnie u każdego człowieka. Ostatecznie, to sama prawda, że ten film – choć nie dostałby wtedy kasy – mógłby chyba być o każdym tragicznym artyście. Może i jest wierny faktom, może nie, ale co z tego, jeśli używa tego nie do opowiadania o heroizmie, a o człowieku, który „jest tak samotny, że nawet kruk kradnący mu śniadanie rozświetla jego dzień”? W epoce, w której świat narzędziami social media przypomina nam wręcz z obsesyjną nieustannością, że miarą człowieka jest to, jak wielu innych „go lajkuje”, ten film – zgodnie z oryginalnym tytułem Loving Vincent – skupia się przede wszystkim na zaprezentowaniu człowieka, który może nie otwierał codziennie rano Fejsbuka z tysiącem nowych powiadomień, ale przede wszystkim sam miał do rozdania wiele „lajków” dla świata, a jego jedyną „ambicją” było podzielić się ze światem tym, jak mocno czuł.
Gdzieś tam pod koniec filmu, pojawia się plotka, że był geniuszem, ale trudno powiedzieć, na ile popularna. Przy wielu niepewnościach dotyczących śmierci van Gogha, pewnym pozostaje tylko to, że w każdym możliwym wariancie, umarł tak, jak żył: jak szczur, z lekką nutką romantyzmuu.
A nawet nie zacząłem mówić o głównej postaci filmu, czyli wkręcającym się w mini-dochodzenie synu listonosza, który poznaje jakże przydatne życiowo lekcje: że wystarczy bez uprzedzeń wszystkich pytać o prawdę, żeby w ciągu najwyżej tygodnia wszyscy cię nie lubili! Boże, co za film.

9. Cmentarz wspaniałości, Apichatpong Weerasethakul
Wyjątkowe uczucie bycia w filmie Weraseethakuna to jeden z prostych dowodów na to, ile tracą Netfliksiarze. Podglądanie Cmentarza na małym ekranie nie daje zbyt wiele wskazówek co do tego, czemu ludzie wychodzili z kina przemienieni – nawet w takich okolicznościach jak ja, oglądający ten film w malutkiej, biedniutkiej salce w skromniutkim łódzkim kinie Charlie, samemu, mimo przybycia na premierowy seans w piątkowy wieczór. Popularny „Joe” kompletnie nie przejmuje się wrażeniami domowych oglądaczy i nadal kadruje w sposób, który ma sens tylko na ścianie: rozmawiające postaci zajmują zazwyczaj obszar na jakieś 20% ekranu, nie tyle ginąc w tle, co stanowiąc pewną jedność z otoczeniem, nabierając równie względnego i pomijalnego znaczenia, co wszystko inne w kinie. Czy te postaci istnieją? Czy są duchami? Czy to wszystko jakiegoś typu religijna przypowieść? Tak można by nazwać ten klimat, nawet gdy zupełnie przyziemne postaci rozmawiają o najbardziej przyziemnych tematach, w chyba najbardziej „realistycznej”, medytacyjnej opowieści, jaką do tej pory zaserwował nam Taj. W czasach, w których widownia, mam wrażenie, coraz bardziej wymaga od filmów i seriali spełniania pewnych określonych kryteriów, Weraseethakul przypomina nam, że nie tyle ludzka wyobraźnia, ale nawet sama pozostawiona samopas jaźń potrafi bez wysiłku sięgać niesamowicie daleko i przenikać konwencjonalne bariery w tajemniczy, właściwy snu, jakby wyjęty z paranaturalnej wizji sposób. Najlepsze jest w tym wszystkim to, że to nie jest przecież wcale typowy „film festiwalowy”, który „opowiada obrazem”. Na początku, oczywiście, było słowo: nie znając historii, pewnie przez cały seans nie zdalibyśmy sobie sprawy, jak nie/zwykłe obrazy mamy przed sobą.

10. A Ghost Story, David Lowery
Jak większość moich ulubionych filmów, Ghost Story to dzieło, które – jeśli ktoś chce – jest bardzo łatwo wyśmiać; ale w tym przypadku ton wielu negatywnych recenzji po pierwsze przypomniał mi tylko, że w Dzisiejszych Czasach wielu publikowanych młodych krytyków filmowych nie chodzi nawet do kina, bo po co marnować czas. Jeśli uważacie, że chodzenie do kina, do galerii, do muzeów, oglądanie statycznie zdjęć czy obrazów czy filmów to strata czasu, bo mało się rusza przed oczami, to faktycznie może nie być film dla was. Nie sprawdza się oglądany na komputerze, ale pamiętam, co czułem, gdy widziałem go w kinie. Zaiste, jest trochę jak seria zdjęć, z przerwą na jedną scenę, która jest jak stand-up. Wiem, brzmi fatalnie, ale jest tego więcej. Ghost Story to opowieść o mijaniu czasu i używa czasu w olśniewająco zaskakujący, pozbawiony (typowej w epoce sukcesu Avengers i Bohemian Rhapsody) padaczki sposób. To dotyczy większej liczby filmów, ale Ghost Story to jeden z najbardziej przystępnych i klarownych na to przykładów – czasami film naprawdę nie może być „szybki”, żeby w ogóle miało to sens. Nie wiem, jak można by w inny sposób osiągnąć to wyjątkowe uczucie, jakie wywołuje tutaj Lowery, uczucie konfrontacji z jedną z najstraszniejszych myśli dla każdego człowieka: o upływie czasu i nieuchronnie z nim wiążącej się destrukcji wszystkiego, co nas dotyczy. I całej rozpaczy i desperacji, z którą chcemy krzyczeć, że tak być nie może – ale nikt nas już nie słyszy. Ten film to też historycznie dobry przykład na inną rzecz, którą tak często mam ochotę krzyczeć, patrząc w internet: że bycie mądrym nie jest wcale przeciwieństwem bycia prostym. Od kilkunastu lat mamy pewien trend w kinie popularnym, który zdaje się oparty o przeciwne założenie, a Ghost Story to cudowny i niekwestionowany dowód na to, że dużo ciekawsze są historie, w których udaje się powiedzieć jedną rzecz, ale naprawdę.

11. Florida Project, Sean Baker
Przyznam, że w mojej pamięci z czasem ten film nieco zrósł się w jeden byt skojarzeń z American Honey – wiadomo, jest ciepło, ludzie są biedni, praktycznie identyczny film! – ale po obejrzeniu jeszcze raz całości, nie da się zaprzeczyć, że Florida Project (swoją drogą, wow, czy to najlepszy tytuł filmu ever?) to dzieło jedyne w swoim rodzaju. Baker jest prawdziwym artystą Naszej Epoki bynajmniej nie ze względu na samą nośną ciekawostkę, iż kręcić kinowo wyglądające filmy umie nawet iPhone’em (tutaj tylko bodaj jedną scenę), ale dlatego, że jak nikt inny potrafi opowiadać o śmieciowej Ameryce w sposób… widzicie, właściwe słowo to: uroczy, ale nie chodzi mi o to rozumienie słowa „uroczy”, jaki zazwyczaj serwuje nam Hollywood, czyniąc z życia w nędzy, niczym z wojny, akt godnej siły i romantycznego uniesienia w cierpieniu. Nie, Florida Project to film kompletnie niewysublimowany: bieda jest w nim do dupy, bohaterka jest okropną osobą, a uroczym elementem jest to, w jaki sposób wytatuowana na 15 sposobów samotna matka w szortach śmieje się do zarządcy swojej „faweli”, że ma pecha prosząc o czynsz, bo ona przecież nie ma kasy. Ktoś to już pewnie napisał, bo jest w filmie baaardzo mocno akcentowane, ale to generalnie opowieść o ucieczce. Rozbrajająco pokazana jest bezczelna analogia dorosłej matki i małej córki, które tak samo marzą o ucieczce od obowiązków i ciężaru życia, co w przypadku dziecka, cóż, po prostu czyni je dzieckiem, uroczym, dodającym optymizmu i energii widzowi, ale w przypadku matki przeradza się bardziej w koszmar. Absolutna, naiwna wiara w życie bez konsekwencji i łatwe wybaczanie (sobie i innym) dużych błędów są w wielu filmach dla dzieci i tych niby-nie-dla-dzieci ukazywane jako postawy, które czynią życie pięknym, cechy przy tym niemalże pozbawione wad – ale Baker, przepraszam za wyrażenie, opowiada o prawdziwym życiu. Robi to, co myślą, że robią Magazyn Porażka i wszyscy tego typu średnioklasowi warszawscy „zwykli ludzie” (albo, ok, celujmy wyżej: co myśli, że robi Ken Loach), czyli pokazuje porażkę jako… porażkę właśnie, piękną w swej głupocie i wolności, ale definitywnie pod każdym względem gorszą w życiu niż brak porażki. I to dobrze? Tak, uważam, że to dobrze, bo myślę, że nawet fajni ludzie czasami w życiu czują się tak, jak te postaci, gdy tylko sprawy układają się odrobinę zbyt źle, byśmy mieli siły nawet udawać, że je organiamy.

12. Uciekaj, Jordan Peele
Coś gryzie w momencie, gdy ankietę na najlepszy film roku w „Sight & Sound” wygrywa taka oto gatunkowa mieszanka wielu znanych zagrywek komedii i horroru, mająca tyle wdzięku, ile można się spodziewać po twórcy znanym głównie z w miarę niezłych, doskonale sprawdzających się jako hity YouTube’a pastiszowych skeczów. Film, o którym nie wiem, czy powiedzieć, że wypromował na hit roku „Redbone” Childisha Gambiny, czy na odwrót. Aha, no i Oscar oraz szokująco wielki sukces kasowy. Furora zrobiona przez Uciekaj przerasta sam film, ale tylko trochę: trudno o coś lepszego niż odkrycie nowego, zupełnie unikatowego oraz przy tym sprawnego technicznie autora, a Peele zdecydowanie takim jest. Akcja, obraz i dialog są soczyste i przystępne niczym w mainstreamowej komedii, ale typowa dla horroru projekcja rzeczywistości jako wszystkiego najgorszego, czego się spodziewasz, jest tu subtelna i bogata niczym w najlepszych japońskich filmach poruszających takie tematy. Znów – polskojęzyczny blog o filmach to nie miejsce na zaznaczenie, że nie jestem czarny, ale lubię myśleć, że jakoś rozumiem, co przeżywa w kontekście tego filmu bohater Daniela Kaluuyi – codzienne, konwencjonalne, pozornie przecież miłe i grzeczne zdania, które jedno po drugim kłują jak igły, przypominając o społecznych hierarchiach. Nawet wtedy, gdy nikt nie miał złych intencji. A może miał? Ostatecznie, to „film gatunkowy”, więc udziela nieco bardziej dosłownych odpowiedzi na to pytanie, niż bym może chciał, ale jeśli w 2018 roku miałbym się czepiać filmu za to, że TYLKO dwa pierwsze akty są arcydziełem, a trzeci po prostu kawałem niezłej zabawy, to macie pozwolenie na zunfollowanie mnie na Twitterze, czy jakie są teraz najgorsze formy kary. Marzę, by tworzyć taką sztukę, jak udało się tu Peele’owi – na pierwszy rzut oka łatwą do zbycia jako nieco zbyt oczywistą i przyjazną, ale w pełni wartą myślenia więcej, oglądania powtórnie i szukania głębiej, nagradzającej dodatkowy wysiłek w niemalże każdym detalu. Hit roku? To dobrze, że gryzie.
Inne filmy, które rozważałem: Śmierć Ludwika XIV, Król rozrywki, The Square, Mięso.
Najgorszy film roku: Uczeń.